03.08.2017

Sztokholm



"Gdyby ktoś mnie zapytał, co można zobaczyć w Sztokholmie, z nieukrytą szczerością powiedziałbym, że nie wiem. Moja wiedza o tym mieście zaczyna się na „jest stolicą Szwecji” a kończy na „jest drogo”. (…) Do Sztokholmu chciałbym pojechać w ciemno. I odkryć go własną ścieżką, a nie tą wytyczoną przez przewodnik."

Do Sztokholmu leciałem z naprawdę niewielkim wyobrażeniem. Poza oczywistą funkcją stołecznego miasta Szwecji i skandynawskim stereotypie cenowym w głowie huczały mi hasła "Gamla Stan", "Vasa", "food trucki" i "metro". Reszta miała zaskoczyć mnie sama.

Gdziekolwiek bym się nie zjawił, za każdym razem przekonuję się, jak mały jest ten świat. Nie inaczej było podczas tej podróży – tym samym samolotem leciała znajoma ze szkolnych lat, od prawie dekady mieszkająca w stolicy Szwecji. Chwila rozmowy od razu poszerzyła wyobrażenie o tym, co czekało nas jeszcze tego dnia. Ale najpierw trzeba było dolecieć, a przede wszystkim przejechać 100 kilometrów z lotniska Skavsta do celu naszego wyjazdu.

Szwecja przywitała nas ciepłem i słońcem. Szybko przeszliśmy przez niewielkie lotnisko i udaliśmy się na autobus Flygbussarna, łączący Skavstę z centrum Sztokholmu. Bilety w dwie strony, ważne przez trzy miesiące od daty zakupu nabyliśmy przez Internet, jednak można je też kupić w licznych kasach na lotnisku. Cena połączenia to około 130 zł w dwie strony, co oznacza, że zdarza się taniej dolecieć do Szwecji, niż dotrzeć z lotniska do miasta. Autobusy są zsynchronizowane z lotami, więc nie powinno być większego problemu, by po godzinie i dwudziestu minutach znaleźć się w centrum miasta. Przejazdowi towarzyszył swojski krajobraz pełen lasów, jezior, skał i czerwonych drewnianych domków. Trzeba było nam zostać na tej skandynawskiej wsi, a nie z dużego miasta jechać do jeszcze większego - pomyślałem.

Dotarliśmy. Sztokholm już wtedy porwał mnie za serce swą architekturą, widokami i ukształtowaniem terenu. Czekał nas trzykilometrowy spacer w kierunku hotelu. Przemierzanie brukowanych ulic starówki czy części wyspy Sodermalm z walizkami na kółkach być może nie było najwspanialszym pomysłem (zwłaszcza, gdy okazało się, że minutę od hotelu mamy stację metra bezpośrednio skomunikowaną z dworcem), jednak pozwoliło mi to wyrobić sobie pierwsze wrażenie na temat szwedzkiej stolicy. W hotelu czekał na nas prawdopodobnie najbardziej klaustrofobiczny pokój, w jakim miałem okazję przebywać, co było dodatkową motywacją, by w miejscu noclegu nie spędzać zbyt wiele czasu. Po chwili wytchnienia wyruszyliśmy na spacer po Sodermalm. Poszukiwanie miejsca ze stosunkowo niedrogim jedzeniem trwało długo, ale obfitowało w coraz to nowe widokowe odkrycia. Podziwianie panoramy miasta przy powoli zachodzącym słońcu na przypadkowo znalezionym punkcie widokowym oraz przemierzanie opustoszałych ulic w centrum wielkiego miasta przypomniały mi, czym jest dla mnie radość odkrywania nowego miejsca. Już wtedy byłem szczęśliwy, że tu jestem. A to był dopiero początek.

Jedna z licznych restauracji przy Hornsgatan, Sodermalm
Rowery. Wszędzie rowery!
Pierwszy zachód słońca widziany z okolic Slussen
Widok na Riddarfjarden z Sodermalm
Północny brzeg Sodermalm spodobał mi się tak bardzo, że postanowiłem rozpocząć od niego kolejny dzień. Rzut beretem od miejsca naszego noclegu znajdował się Skinnarviksberget – najwyższy naturalny punkt widokowy w centrum miasta. Ze skały widać było miasto jak na dłoni, łącznie z Kungsholmen po drugiej stronie zatoki, starym miastem Gamla Stan oraz charakterystycznym budynkiem ratusza. Pewnie gdybym mieszkał w Sztokholmie, jako miłośnik punktów widokowych byłbym tu stałym bywalcem. Zresztą, podczas całego pobytu wróciliśmy tu trzykrotnie. I o ile wieczorami pojawiało się tam dość sporo ludzi, tak o poranku mogliśmy się rozkoszować tymi widokami w całkowitej samotności.

Wybrzeże Kungsholmen z punktu widokowego Skinnarviksberget
Stare miasto w Sztokholmie widziane ze Skinnarviksberget
Widok w godzinach popołudniowych
Nadszedł czas na Gamla Stan, którego brukowane uliczki dały nam się we znaki podczas spaceru z walizkami. Zanim jednak najstarsza część miasta, zatrzymaliśmy się na Riddarholmen, wyspie pełnej budynków pełniących funkcje sądownicze. Jesteśmy tak blisko turystycznego serca Sztokholmu, a na wysepce prawie nikogo. To niesamowite, jak w wielu miejscach ścisłego centrum tego tętniącego życiem miasta można było przypomnieć sobie, co to znaczy spokój.

Zabudowania na Riddarholmen
Ratusz miejski w Sztokholmie
Widok z Riddarholmen
Riddarholmen. Jaki tu spokój.
Widok na Sodermalm
Gamla Stan to miejsce, gdzie wszystko się zaczęło. Tu narodził się Sztokholm, tu znajduje się monumentalny Pałac Królewski, tu napotkamy też ogromną ilość turystów. Mimo często uświadczanego tłoku pokochałem to miejsce za detale. Znaczna większość turystów przemierzała właściwie tylko dwie ulice – Prastgatan i Osterlanggatan, przepełnione restauracjami i sklepami z pamiątkami. Pozostałe uliczki były zazwyczaj puste. I kiedy wydawało mi się, że nie zobaczę już ładniejszej, każda kolejna okazywała się jeszcze bardziej urokliwa.










Stortorget z Muzeum Nagrody Nobla po prawej.
Prawda o głównej ulicy miasta. Sklepy, restauracje, tłum ludzi.
Błądzenie po starym mieście trwało dość długo, przez co spóźniłem się na ostatnie tego dnia wejście na wieżę ratusza. Pozostało nam rozkoszować się spacerem wzdłuż promenady Norr Malarstrand, zlokalizowanej na południowym brzegu Kungsholmen. Po drodze mnóstwo zacumowanych łajb, parkowe wybrzeże, pomosty i urokliwe knajpy nad brzegiem. Po środku, jak przystało na Sztokholm, ścieżka dla pieszych i droga dla rowerów. To było miasto rowerów. Szlaki rowerowe szerokości jednego pasa jezdni były tu dosłownie wszędzie. Odnoszę wrażenie, że jak nine milion bicycles to nie tylko w Pekinie. Nie inaczej było na najdłuższym moście w Szwecji - Vasterbron, który łączy Kungsholmen z Sodermalm, choć wysokość, drgania i wspomniani rowerzyści przyprawiali mnie tam o zawał, zwłaszcza podczas robienia zdjęć.

Widok na Gamla Stan spod ratusza

Sodermalm widziane z Norr Malarstrand


Widok z Vasterbron
Wieczorem przyszło się nam zderzyć z dylematami dorosłego życia. Jesteśmy na półmetku naszej wizyty w Sztokholmie, na kolejny dzień planujemy muzea, portfel się kurczy, a my trafiliśmy właśnie do Eken – knajpy z widokiem na miasto. Wypiłem tam najdroższy w życiu cydr (dwa cydry), ale popijając go i podziwiając zachód słońca nad Gamla Stan czułem, że osiągam apogeum chilloutu w centrum wielkiego miasta. W głowie miałem tylko jedną myśl. Mógłbym tu żyć.




Kolejny dzień wydawał się nie lada wyzwaniem. Portfel po wieczornym spontanicznym cydrze wydawał się być zatrważająco pusty, zmuszając do podejmowania kolejnych decyzji. Nie przeszkodziło to jednak w realizacji celów, które pozostały nam na ten dzień. Kiedy Kasia wybrała się do muzeum Nagrody Nobla ja, jak przystało na zdobywcę wież, postanowiłem pokonać 365 stopni by rzucić okiem na miasto z wysokości ponad 70 metrów. Mimo, że wejście na wieżę okazuje się być tańsze niż cydr w knajpie (jak się okazało knajpa była częścią pobliskiego hotelu Hilton, stąd taka przyjemność kosztowała nas w przeliczeniu 30 zł za sztukę), sama atrakcja jest można powiedzieć dość ekskluzywna. W ciągu dnia ilość wejść jest dość ograniczona, a podczas każdej z tur na wieży przebywać może zaledwie 30 osób. 

Podejście okazało się łatwiejsze niż się spodziewałem. Zmęczyłem się jednak nie ilością schodów a tempem, które sobie narzuciłem. Widok z wieży chciałem mieć choć przez chwilę tylko dla siebie, zanim grupka Włochów, Hiszpanów i Japończyków wejdzie po schodach na szczyt. Udało się. Wyprzedziłem nawet tych, którzy połowę podejścia pokonali windą. Tylko ja i widok na Sztokholm. Ależ byłem wtedy szczęśliwy!

Widok z wieży ratusza. Od lewej: Sodermalm, most Vasterbron, Kungsholmen.
Stare miasto widoczne z wieży ratusza.

Po zdobyciu wieży czekała nas wizyta w muzeum okrętu Vasa. Architektura miasta po drodze miała tu zupełnie inne oblicze, a promenada Strandvagen wraz z otaczającą ją zabudową okazała się jednym z najpiękniejszych miejskich pejzaży.

Strandvagen
Dotarliśmy do muzeum Vasa, wobec którego po wielu pochlebnych opiniach mieliśmy dość wygórowane oczekiwania. Niestety nie zachwyciło mnie ono niczym, było przeciętne, a każda tablica informacyjna podkreślała tylko, że 10 sierpnia 1628 roku okręt Vasa zatonął po przepłynięciu zaledwie 1500 metrów. Nie mówię, że to muzeum było złe. Po prostu spodziewałem się czegoś dużo lepszego. To był ten moment, kiedy powiedzenie "droga jest ważniejsza od celu" nabrało nowego znaczenia. Z tym większą przyjemnością rzuciłem okiem na architekturę wzdłuż promenady podczas drogi powrotnej.

Okręt Vasa
Jeden z widoków podczas spaceru Karlavagen
Ostatni dzień naszej wycieczki przyniósł załamanie pogody. Na szczęście nam pozostało do zobaczenia już tylko sztokholmskie metro, o którym wyczytaliśmy, że jest najdłuższą podziemną galerią sztuki. Wystarczyło jednak zjechać schodami na naszą stację Zinkendamm, by przekonać się, że nie jest to regułą. Wyposażeni w mapę metra, 75-minutowe bilety za 43 korony oraz bagaże, udaliśmy się w kierunku centrum. Szybko zorientowaliśmy się, że najciekawsze pod względem artystycznym stacje zlokalizowane są na linii niebieskiej. Wyskakiwaliśmy tam praktycznie na każdej z nich, by fotografować prawdopodobnie najpiękniejsze metro, jakie kiedykolwiek widziałem. Moim faworytem została główna stacja przesiadkowa T-Centralen, jednak Solna Centrum, Radhuset, Ostermalmstorg czy Kungstradgarden wcale nie były gorsze. Bilet wykorzystaliśmy dosłownie do ostatniej minuty. Taką przejażdżkę warto sobie dobrze zaplanować, 75 minut mija szybciej, niż myślałem.

Stacja metra Radhuset
Jedna z najlepszych - Solna Cetrum


T-Centralen

Ostermalmstorg
Nadszedł czas pożegnania z miastem. Udaliśmy się na dworzec, by ustawić się w kolejce do naszego Flygbussarna. Samolot mieliśmy dopiero o 19:00, jednak w piątkowe popołudnie sensownym rozwiązaniem wydało się nam wyjechać o 14:50. Już o 14:00 musieliśmy ustawić się w bardzo długiej kolejce i wystarczyłoby przyjść kilka minut później, a nie udałoby się nam wsiąść do autobusu. Dlatego w celu bezstresowego transferu i spokojnego powrotu do Polski polecam docierać na dworzec w Sztokholmie odpowiednio wcześnie. Lepiej ponudzić się na lotnisku, niż utkwić w mieście.

Sztokholm żegnał nas strugami deszczu, jednak zapamiętam to miasto w zupełnie inny sposób. Leciałem tam bez wiedzy, wyobrażenia, siły, wręcz bez chęci podróżowania. Żadna podróż w tym roku nie dała mi tyle energii a żadne odwiedzone miejsce tak dużo inspiracji. Mój trzydziesty kraj i dwudziestą szóstą stolicę zapamiętam jako miasto kolorów, rowerów, życzliwych ludzi i spektakularnych widoków. To było najpiękniejsze z dotychczas spełnionych marzeń. To pewnie dlatego, że nie myślałem, jakie będzie. I dałem się pozytywnie zaskoczyć.


Podobał Ci się post? Zostaw komentarz lub polub go na facebooku :)

7 komentarzy:

  1. Mateusz, dobrze było sobie do porannej yerby poczytać normalny wpis na blogu. Jak zwykle sama przyjemność z lektury :)
    Sztokholm w tych pejzażowych ujęciach przypomina mi Helsinki, tylko 3 razy większe. Natomiast przytulne uliczki rodem z Tallinna. Chyba nadbałtyckie stolice mają jakieś wspólne mianowniki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaintrygowałeś mnie tym "normalnym" wpisem :) Chyba musisz rozwinąć myśl :P
      Co do Tallina i Helsinek też miałem podobne skojarzenia. Architektura z XX wieku jest bardzo podobna do tej w Finlandii, tylko bardziej kolorowa. Starówka w Tallinie chyba prezentowała się lepiej niż ta w Sztokholmie, ale ogólnym wrażeniem Sztokholm zdeklasował oba miasta. Polecam Ci, to naprawdę wspaniałe miasto :)

      Usuń
  2. Sztokholm taki jest! Uwielbiam tam wracać! Podczas każdej wizyty w tym mieście pojawia się w głowie myśl "mógłbym tu mieszkać". :) Ze stacji metra chyba jednak najbardziej uwielbiam Solna Centrum. A miejsca takie jak Skinnarviksberget i Eken sobie zapisuję i postaram się je odwiedzić we wrześniu! Dotychczas moim najpopularniejszym punktem widokowym była Katarinahissen. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Solna Centrum była super, to fakt. Zapisz sobie, tym bardziej że Katarinahissen raczej nie zachwyci, Slussen jest w solidnym remoncie i psuje to widoki :)

      Usuń
  3. Świetna relacja i zdjęcia. :) Z przyjemnością przeczytałam. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, cieszę się, że się podobało :)

      Usuń
  4. Super relacja, piękne zdjęcia, aż chciałoby się tam polecieć i spędzić trochę czasu :)

    OdpowiedzUsuń