29.12.2016

Garść przemyśleń na koniec 2016 roku


"A gdyby tak sylwestra spędzić w Tel Awiwie?" padło pytanie na kilka tygodni przed nowym rokiem. Kusił mnie ten Izrael. Kolejna podróż, nowy kraj, być może wreszcie jakiś naprawdę fajny sylwester. Głos rozsądku powiedział – nie stać Cię na kolejną podróż w tym roku. Do marca się nie odkujesz. Posłuchałem go. Nie poleciałem.

Pierwszego stycznia w Tel Awiwie doszło do strzelaniny. Zginęły dwie osoby, w tym właściciel ostrzelanej wówczas restauracji. Mieliśmy mieszkać na tej ulicy. I może dobrze, że obudziłem się tego dnia u znajomych w Katowicach, a nie siedziałem w tej restauracji zajadając falafel.

"(…)od pamiętnego poranka 14 listopada zaczynam odnosić wrażenie, że przed nami ciężkie czasy. Obyśmy w przyszłym roku po pierwsze mogli, a po drugie nie bali się podróżować."

I taki był początek tego roku. Przepełniony podróżniczym strachem. Każdy dzień przynosił kolejne doniesienia o zamachach. Każda droga do pracy to kolejny nagłówek wyświetlany na pasku tramwajowych ekranów reklamowych z kolejną liczbą osób, która zginęła w jakimś miejscu na Ziemi. I ta pieprzona myśl, że przejmujemy się wydarzeniami we własnym kręgu kulturowym, a takim zamachem w Bagdadzie, gdzie ginie 250 niewinnych ludzi, to już niekoniecznie.


Te wszystkie informacje budziły we mnie strach przed podróżowaniem. Do tego stopnia, że na marcowe Targi Turystycznie do Berlina naprawdę bałem się jechać. W końcu całkiem niezłe miejsce, żeby zrobić małe boom i sprzątnąć garstkę Niemców z powierzchni ziemi.

Skończyło się na eksplodującym samochodzie w centrum Berlina dzień po moim powrocie. Tym razem na szczęście obyło się bez ofiar. Od tamtej pory przestałem na bieżąco śledzić medialne doniesienia. Robiłem to już tylko od czasu do czasu. W końcu, jak to mówią, im mniej wiesz, tym lepiej śpisz.

Siedząc na kawie w moim ulubionym kijowskim hostelu, z moim współpilotem rozmawialiśmy sobie kiedyś na temat tej sytuacji na świecie. Powiedział wtedy zdanie, które siedzi mi w głowie do dziś. "Żyjemy w czasach, o których będą pisać w podręcznikach historii". I choć dla świętego spokoju coraz rzadziej zaglądam do mediów, śmiem twierdzić: cholera, chyba miał rację.

I kiedy już miałem spuentować, że temat ucichł, okres spokoju okazał się tylko ciszą przed burzą. Choć w Berlinie bywałem wielokrotnie, ostatnie wydarzenia nie zrobiły jednak na mnie aż takiego wrażenia. Nie wiem, być może to kwestia przywyknięcia do realiów współczesności. Choć brzmi to brutalnie – może i dobrze. Przecież w tym wszystkim właśnie o to chodzi. Żeby się bać. Ja przestałem.

"Bez większej prywaty, bez negatywnych emocji."

Ten rok prywatnie kopał mnie w dupę praktycznie na każdym kroku. Okazał się rokiem diametralnych zmian, rokiem nauki życia w pojedynkę. W pewnym momencie tak bardzo go nienawidziłem i tak bardzo brakowało mi motywacji, że miałem nawet ochotę zorganizować przyspieszonego sylwestra w środku lata i zacząć wszystko od nowa. Jak w tym filmie „Lejdis”. Tylko bez przebieranek za rzymianina. I o ile jeszcze wiosną przyszedł szczyt sezonu, który skutecznie odciągał mnie od myślenia o życiowych odciskach podeszwy na tyłku, tak nagle przyszło lato. A z nim zbyt dużo wolnego czasu na myślenie.

Na szczęście ten rok zrobili mi przyjaciele. Bo wszystkie tegoroczne prywatne podróże spędziłem w ich towarzystwie. Bo byli zawsze wtedy, kiedy ich potrzebowałem. Bo przeżywaliśmy wspólnie naprawdę piękne chwile. Bo pamiętali o moich urodzinach, choć skrzętnie to przed nimi ukrywałem. Bo mimo dzielących nas kilometrów, czy tego, że każdy ma swoje życie, wciąż potrafimy się spotkać i spędzać ze sobą czas jak dawniej. I to wszystko mimo to, że ciągle mnie nie ma, albo ciągle mam dużo pracy. Odkąd zrozumiałem, jak ważną częścią mojego życia są Ci ludzie, upominam każdego, kto pisze ze mną siedząc w międzyczasie ze znajomymi. Odłóż telefon i skup się na przyjaciołach. Są najważniejszą wartością. Mówię to ja. Uzależniony od telefonu, snapchata i klikania serduszek na Instagramie.

Gdańsk, maj 2016
Wilno, lipiec 2016
Wieprz, sierpień 2016
Londyn, listopad 2016
"(…) W tym roku mam ochotę na Tallin, Rygę i Wilno. Myślę też o Lizbonie, choć nie jest ona na mojej liście. Pilotaży właściwie wystarczy mi tyle, ile było w tym roku (…)"

Śmiem twierdzić, że w podróżowaniu do wszystkiego trzeba dojrzeć. Mieć przeczucie, że na ten wyjazd nadszedł w naszym życiu odpowiedni moment. Tak mam ze swoją listą marzeń.

Przeczytałem gdzieś w tym roku, że życie blogera podróżniczego jest trudne, bo sam musi planować podróże. Kraje Nadbałtyckie były moimi pierwszymi w pełni samodzielnie zaplanowanymi wakacjami, ale z racji wykonywanego zawodu nie było to dla mnie wielkim wyzwaniem. Nie uważam też, by moja praca była najtrudniejszą na świecie. Mimo wszystko ta podróż była mi potrzebna. Bo dodała skrzydeł, by odbywać kolejne. Większe i coraz dalej.

Z Lizboną się nie udało. Nie miałem parcia, a do tego pojawiły się inne, nieplanowane wcześniej wyjazdy. Kawalerski we Lwowie, ślub we Włoszech czy odwiedziny w Anglii. To był czas z przyjaciółmi. Wspaniały czas.

Włoski ślub. Portovenere, wrzesień 2016 Fot. Aga Bondyra

Pilotaży było dokładnie tyle, co w ubiegłym roku. Mogło być ich jednak znacznie więcej. Z wielu zrezygnowałem, bo to miałem coś już w tym terminie, bo jest szczyt sezonu i nie mogę wyrwać się z biura, bo muszę dopilnować kolejnego wyjazdu, więc musi pojechać ktoś inny. Gdyby nie to wszystko, pewnie ranking najczęściej odwiedzanych krajów wygrałyby Niemcy. Ale znów wygrała Ukraina.


Pilotaż to taka rzecz, za którą tęsknisz, a jak już ją masz, to często zaczynasz żałować, że za nią tęskniłeś. Pilotowanie w tym roku też było jakieś trudniejsze. O ile strach przed sytuacją na świecie minął dość szybko, to ten rok stał pod znakiem wielogodzinnych kolejek na polsko-ukraińskiej granicy, czy gigantycznych korków w Polsce i Niemczech, utrudniających, a czasem wręcz uniemożliwiających realizację programu.

Czasem myślę sobie, że mam dość tego jeżdżenia. Że mógłbym pracować sobie w regularnych godzinach za biurkiem, mieć dużo mniej stresu i nie zarywać nocy. Dobrze wiem, że o ile zawsze będę Birówką, tak kiedyś przestanę być pilotem. Jednak czuję, że to jeszcze nie ten moment. Że chcę jeszcze trochę pojeździć, pozwiedzać kawał świata i pokazywać ten świat innym ludziom. Poznawać ich, widzieć jak spełniają swoje podróżnicze marzenia, czasem usłyszeć "dziękuję". Tak jak w tym roku. Roku, w którym na mojej drodze stanęły setki naprawdę świetnych turystów.

Prypeć, maj 2016

Czarnobyl, maj 2016

Kijów, czerwiec 2016

Aiguille du Midi, październik 2016

Aiguille du Midi, październik 2016
Ten rok spędziłem jednak bardziej za biurkiem, niż w trasie. I wiele wskazuje na to, że ta tendencja może postępować. Mogę go jednak nazwać rokiem sukcesu zawodowego. I tu nawet nie chodzi o wyniki, które udało mi się osiągnąć, ale o doświadczenie, które zdobyłem przez ostatnie dwanaście miesięcy. Bywało naprawdę ciężko, ale co z tego wyniosłem, to moje.

"A przede wszystkim chciałbym się w końcu nauczyć systematyczności. (…). Pisać na bieżąco, na fali emocji po powrocie, a nie kilka miesięcy później, usiłując przypomnieć sobie jak to leciało."

 To był rok pierwszych wymiernych korzyści. Pomyślałem sobie, że skoro inni mogą, to ja też mogę. I jak się okazało – mogłem. Bywało zabawnie. Kiedy na Targach ITB podszedłem do stoiska Andaluzji by sprawdzić się w kwestii tego typu rozmów, pani od razu dała po sobie poznać, że ma "blogerów" potąd, burcząc pod nosem po hiszpańsku do swojej koleżanki "kolejny dziennikarzyna…". Lata nauki hiszpańskiego jak widać nie poszły na marne.

Zabawa we współprace była fajnym doświadczeniem. W końcu kilka razy się udało. Ale pomyślałem sobie, że są ważniejsze rzeczy, niż obwieszanie się reklamami z każdej strony. Wciąż jestem specjalistą do spraw turystyki, czasem pilotem wycieczek, a tym "blogerem" to w dalszej kolejności. Choć nie ukrywam, że propozycje wyjazdów pilockich czasem przychodzą do mnie same. Właśnie dzięki blogowaniu. I pomyśleć, że dziesiątki razy przeszło mi przez myśl w tym roku, że to wszystko nie ma sensu.

Przez sporą część tego roku pragnąłem, by wreszcie się skończył. Chciałbym, by kolejny rok należał do mnie. Bo to, że będzie lepszy od poprzedniego, to wiem na pewno. Już ja się o to postaram.

Co postanawiam? Zbyt wiele może się zmienić, bym postanawiał. A może nie potrzebuję już wrzucać czegoś w Internet, by to zrealizować?

"I czego bardzo chcę, to nieść pozytywny przekaz i inspirować Was do podróżowania."

Tego nie planuję zmieniać :) 

Roku 2017. Bądź dla mnie dobry.


*cytaty kursywą pochodzą z podsumowania roku 2015

11 komentarzy:

  1. I dla mnie pilotaże były w tym roku jakoś trudniejsze. Ale wiesz jak to mówią: im dłużej się uczysz, tym bardziej widzisz, jak mało wiesz ;) Na pewno wiesz o co mi chodzi :)
    I te wewnętrzne wzloty i upadki to też chyba domena 2016. Życzę Ci mocno, żeby 2017 był dużo bardziej radosny i szczęśliwy, a pilotaże i podróże dokładnie takie, na jakie masz ochotę ❤

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to mówią, co nas nie zabije, to nas wzmocni. Więc oby było już tylko lepiej. Tobie również powodzenia i szczęścia w 2017 :)

      Usuń
  2. Tak jak Ty masz świadomość, że kiedyś przestaniesz być pilotem, tak jak kiedyś skończę swoją karierę wychowawcy i kierownika kolonijnego. Nic nie trwa wiecznie. Dobrego 2017 roku! I więcej pilotaży, i więcej czasu wolnego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, nic nie trwa wiecznie :) Dziękuję, Tobie również! Choć nie wiem czy to zestawienie więcej + więcej będzie wykonalne :) Ale spróbujemy :)

      Usuń
  3. Ja na szczęście chyba nie zaczęłam się bać - mimo wszystkich czarnych wiadomości... Berlina się nie bałam, choć niekoniecznie pojechałabym tam akurat na sylwestra (rozsądek?), w Rzymie niemal otarłam się o próbę (która przekuta została w żart? zabawę?) zamachu na dworcu Termini. Do Pragi trafiałam w tym roku dwukrotnie - ponowna wizyta odbyła się tuż po uruchomieniu bramek kontrolnych wokół Hradczan po wygłupach jakichś pajacy - artystów na rynku, czego spanikowany tłum omal nie przepłacił wcale nieśmiesznymi konsekwencjami. Bałkanów nie bałam się nigdy - wbrew wszystkiemu, co o nich wypisują... Ja znam kompletnie inne Bałkany i wakacje były cudowne. Londyn też mnie nie przerażał, a południowa Anglia (tak, tam przy tych samych klifach ;) ) to niemal sielanka... W najbliższych planach Lizbona. Tyle jest jeszcze do zobaczenia - muszę znosić ograniczenia wynikające z czasu i z pieniędzy, ale nie akceptuję tych wynikających ze strachu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to jest prawidłowe podejście :) Mnie też pytają o uchodźców na Cyprze, a jak tam byłem w czasie, kiedy mówiło się o tym najwięcej, nie spotkałem na swojej drodze żadnego. Trzeba normalnie żyć i spełniać marzenia. Oby na ich spełnianie było jak najwięcej czasu i pieniędzy :) Wszystkiego dobrego na Nowy Rok :)

      Usuń
    2. Wszystkiego i jeszcze trochę! ;)

      Usuń
  4. Ja w tym roku pierwszy raz miałem obawy, gdy miałem lecieć do Tel Awiwu. W sumie to sam się nawet tak nie bałem, ale wszyscy dookoła mnie nakręcali. Byłem, wróciłem, w Tel Awiwie ani przez moment nie czułem się jakoś niepewnie. W Berlinie byłem tydzień przed ostatnim zamachem. Chodził gdzieś kiedyś pomysł Sylwestra w tym mieście, ale chyba teraz bym się nie zdecydował. Chociaż wiem, że pewnie nie raz wsiądę jeszcze w pociąg i pojadę do Berlina... :)

    Wszystkiego dobrego i spełnienia marzeń w 2017! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. nadgonilam! :)
    rację masz o tych przyjaciołach :) też zaczęłam to bardziej doceniać w tym roku a zdrugiej strony skończyłam relacje takie hmm jednostronne. powodzenia na ten rok - jestem pewna ze będzie super! :)

    ps. widzę że też wyliczania nie robiłeś :D (piona!)

    zaproszenie do poz masz ciągle otwarte :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A myślałem, że już dawno przeczytane :P
      Właśnie dlatego poruszyłem ten temat wyliczeń :D
      Uff, czyli że nie pozostawiłem po sobie aż tak złego wrażenia :D
      Szczęścia w Nowym Roku :)

      Usuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń