26.10.2016

Helsinki. Podróż sentymentalna


Mówić im, czy nie mówić? Dywagowaliśmy między sobą przez pół dnia, włócząc się po Tallinie. Japoneczka do rany przyłóż, ale ta druga? Sam nie wiem. Powiedzmy. Nie mówmy. Prom mamy o siódmej trzydzieści, musimy być godzinę wcześniej. Dwadzieścia minut na dojście do portu. Budzik zadzwoni o piątej trzydzieści. Koleżanki na pewno będą zachwycone.


Budzik nie zadzwonił. Nie musiał. Tamtego wieczoru, zmęczeni Tallinem i świadomi konieczności złapania jak największej ilości snu przed tak wczesną pobudką postanowiliśmy położyć się jak najszybciej. Był piątek wieczór. I kiedy już zamykaliśmy okno, nasza dotychczas milcząca i zabijająca wzrokiem koleżanka przemówiła. "Do you mind…" i przyszło nam przez całą noc wdychać zapach pity.

Tamtej nocy brakowało mi tylko jednej rzeczy. Karabinu maszynowego. Zamknięte okno nie uratowałoby nas w żaden sposób. Tuż za ścianą, w recepcji, obywała się gruba impreza. Sam nie wiem co było gorsze. Głośne rozmowy, trzaskanie drzwiami, które wprowadzało w drgania ściany hostelu, czy to, że co chwile ktoś dziwnym trafem właził do naszego pokoju, rozglądał się, krzyczał "oh, sorry" i jak na nietrzeźwego przystało, bardzo cichutko zamykał za sobą drzwi. Zastanawiałem się, czy Ci ludzie nie mogli po prostu pójść na ten ich pieprzony pub crawl?

A najlepsze w tym wszystkim było to, że nic nie mogłem z tym zrobić. Bo jak się później okazało cisza nocna w tym hostelu w weekendy jest od trzeciej w nocy.

Robiło się już jasno, kiedy impreza ucichła. Zdenerwowanie pozwoliło mi zasnąć zaledwie na pół godziny. Kiedy obudziłem się około piątej nad ranem  stwierdziłem, że doczekam już do tego budzika. Tego ranka na nogi nie postawiły mnie ani kawa, ani prysznic. Na promie do Helsinek miałem tylko ochotę położyć się na podłodze. Miałem tylko dziką satysfakcję, słysząc "fuck, fuck, fuck!" recepcjonisty sprzątającego zarzygany kibel.

Zaokrętowanie było dziecinnie proste. Szybko odebraliśmy bilety, szybko weszliśmy na prom i całkiem sprawnie pokonaliśmy nim Zatokę Fińską. Cieszyłem się, że nie przyjeżdżam do Helsinek pierwszy raz. Pewnie niewyspanie popsułoby mi całkowicie obraz tego miasta.

Wybrzeże Finlandii tuż przed portem w Helsinkach

Przeprawa promowa miała jeden drobny minus. Po przypłynięciu na stały ląd czekał nas prawie półgodzinny marsz do centrum miasta. Szliśmy zatem, najpierw portową dzielnicą, a potem przez powoli budzące się do życia w ten sobotni poranek helsińskie ulice.


Dom handlowy Stockmann, miejsce spotkań mieszkańców i ścisłe centrum miasta. 
Nawet w samym centrum miasta nie było wtedy naprawdę nikogo. Dopiero, gdy zasiedliśmy przy kubku kawy w Starbucksie przy centrum handlowym Stockmann, wokół zaczęli kręcić się ludzie. Znów mogłem podziwiać Finów, których twarze nie pokazują zbyt wielu emocji, którzy właściwie nie przejmują się niczym wokół siebie. I wspominać, jak kiedyś dostałem w tym samym Starbucksie kawę za darmo, bo tutejsza obsługa przechodziła szkolenie przed oficjalnym otwarciem.
Wieża dworca w Helsinkach

Lekko pobudzeni ruszyliśmy na zwiedzanie. Przemierzając nowoczesną dzielnicę tuż przy centrum miasta ruszyliśmy ku kościołowi wykutemu w skale. To miejsce nie było takie, jak za pierwszym razem. W środku nic się nie zmieniło, jednak ilość turystów przewalająca się wtedy między ławkami nie wskazywała na to, jakobyśmy znajdowali się właśnie w miejscu służącym kontemplacji.

Nowoczesna architektura w Helsinkach


Wnętrze kościoła wykutego w skale.

Chyba w żadnym mieście nawigacja nie jest tak prosta. Helsinek w średniowieczu nie było, trudno tu więc o plątaninę uliczek czy mury obronne. Zabudowa jest tak niska, że sami mieszkańcy mówią, że najwyższymi budynkami w mieście są przypływające do portu promy. Orientację ułatwiają zewsząd widoczne wieże i kopuły, dworca, katedry przy Placu Senackim i cerkwi.

Helsinki ożyły. Zbliżało się południe, w centrum miasta dało się odczuć upał, jakiego w tym mieście nigdy nie zaznałem. Swą pierwszą wizytę zaliczyłem w listopadzie, trudno wiec było o wysokie temperatury na dalekiej dla nas północy, gdy ciemno robiło się już o szesnastej.


Ulicami było przeciskać się coraz trudniej. Nawet na Placu Senackim nie widziałem wcześniej tylu turystów, o autokarach nie wspominając. Wydawało się, jakby wszyscy nagle znaleźli się w jednym miejscu. Obsiedli monumentalne schody, by zrobić sobie zdjęcie z budynkiem, przy którego budowie sami mieszkańcy zakładali się, na którą stronę się zawali, tak wielki był to projekt. Katedra wciąż się nie zawaliła, a z najwyższych schodów można podziwiać wystające znad niskiej zabudowy, przypływające promy.

Górująca nad miastem katedra przy Placu Senackim
Love is in the air

Od surowości wnętrza katedry ciekawsze wydają się najstarsze zachowane do dziś zabudowania Helsinek, które znaleźć można u rogu Placu Senackiego. Dlatego, by nacieszyć nieco oko wnętrzami udaliśmy się do niemniej monumentalnej cerkwi. Pamiątka po rosyjskich rządach w Finlandii to idealny kontrast z surowym wnętrzem katedry. Bogactwo, złoto i zapach kadzidła nadają tutaj typowo cerkiewny klimat.


Sobór Uspieński w Helsinkach

Zabudowa przy Placu Senackim


Nadszedł czas na skosztowanie wyśmienitej lokalnej kuchni. Pierwsza myśl – Harald. Restauracja utrzymana w klimacie wikingów, choć to paradoks, bo wikingów nigdy w Finlandii nie było. Trzy lata temu urzekła mnie smakiem i sensownymi jak na północ cenami. Zaskoczyły mnie pustki w porze obiadowej. Tym bardziej, że jedzenie było tu niezmiennie pyszne. Nic tak nie smakowało podczas tej podróży. Nawet łosoś w Tallinie nie miał takich walorów smakowych, jak ten przepyszny żurawinowy sos połączony z mięsem i lokalnym białym serem.



Najedzeni ruszyliśmy włóczyć się dalej. Pod Stockmannem, tuż za rogiem usłyszeliśmy dźwięki muzyki. What does the fox say? Przecież to był hit mojej pierwszej wizyty w tym kraju. Jeden dzień w Helsinkach stawał się coraz bardziej podróżą sentymentalną. A ja znów przekonałem się, jak rozrywkowi są mieszkańcy Finlandii. Muzyka na całego, każdy z nas, polaków, ruszałby się do niej z mniejszą lub większą ekspresją. A w tłumie finów, którzy pokusili się zaledwie o wieńczące występ oklaski, bawiliśmy się tylko my. Dając po sobie znać od razu, że nie jesteśmy lokalsami.


Dalej pomknęliśmy przez Esplanade, gdzie znów przyszło nam się zderzyć z zaskakującym tłumem ludzi. Odbywał się tam festiwal, po alei spacerowały całe rodziny. Dzieci biegały i rozbijały fruwające, wielkie mydlane bańki. Sielankowy nastrój pikniku, głośna muzyka. Było fantastycznie. Chwilę później przebiliśmy się przez targ Kuappatori, gdzie z każdej strony atakowały nas pamiątki i słodycze, by stamtąd odbić w kierunku Kallio. Dzielnicy, o której słyszałem kilka lat wcześniej, że jest super.

Esplanade w środku dnia


Ścisłe centrum Kallio

Półgodzinny marsz w kierunku widocznej  daleka świątyni na Kallio nie był wart poświęconego czasu. Zaczynałem żałować, że nie popłynęliśmy łódką na Suomenlinnę, by zobaczyć tamtejszą twierdzę i trochę odpocząć, ponieważ Kallio nie urzekło nas niczym. Jak szybko tam dotarliśmy, tak szybko wróciliśmy do centrum. Z tą różnicą, że niewyspanie zaczęło dawać nam w kość. I rozłożyliśmy się nad niewielką mariną na trawie w towarzystwie opalających się tam finów, by nieco odpocząć.

Marina nieopodal Soboru Uspieńskiego

Do naszego hostelu wróciliśmy późnym wieczorem. Nie jestem w stanie opisać mego entuzjazmu, kiedy zobaczyłem radosną, integrującą się gromadę obcokrajowców tuż obok recepcji. Tym razem jednak zmęczenie wzięło górę i już o pierwszej w nocy spaliśmy jak dzieci, niewzruszeni na imprezowe odgłosy zza ściany. Obudziło mnie dopiero poranne pakowanie bagaży naszej wiecznie obrażonej współlokatorki.

Nadszedł czas powrotu do domu. Trzy nowe kraje, które odwiedzić chciałem od dawna. Chwilowe wyjście ze strefy komfortu, spanie w dormach bez łazienki, kiedy zawsze pilot dostaje najlepszy pokój w każdym hotelu. I tyle napotkanych postaci, tyle anegdot, które wspominamy do dzisiaj. Niespodzianki, takie jak Ryga, drobne rozczarowania, kolejne spełnione marzenie w postaci Tallina. I ta wieńcząca wyjazd sentymentalna podróż do Helsinek.


To była wspaniała podróż.

8 komentarzy:

  1. Bardzo przyjemna ta Twoja sentymentalna podróż do Helsinek. Miasto wydaje mi się dość interesujące i chciałbym je odwiedzić. Planowałem popłynąć promem (podobnie jak Ty) jednak wówczas skutecznie zniechęciły mnie ceny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto kupić sobie bilety wcześniej przez internet, mi się udało za około 20 euro w dwie strony, taniej jest dość ciężko znaleźć. A Helsinki polecam zobaczyć, to bardzo interesujące miasto :)

      Usuń
  2. Helsinki wciąż przede mną, ale zdecydowanie chciałabym się tam wybrać. Widzę, że w tym mieście jest wiele do odkrycia, a Twoja sentymentalna podróż przypadła mi zdecydowanie do gustu :) Śmieszna ta wieża dworcowa.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Już wiem gdzie pojadę w te wakacje 😀

    OdpowiedzUsuń
  4. Cieszę się, że znalazłeś inspirację ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czuję, że na tym blogu znajdę jeszcze wiele inspiracji 😊

      Usuń