16.10.2016

5 rzeczy, które pokochałem w Tallinie



Nie tak miało ziścić się moje kolejne marzenie – pomyślałem, gdy Tallin przywitał nas strugami deszczu. Dwukilometrowy spacer w kierunku hostelu, nieustanne omijanie kałuż, chlapiące po spodniach, przejeżdżające samochody. I jeszcze to niespodziewane, tallińskie City. Wielkie wieżowce, żółte taksówki, zaskakująca wielokulturowość na ulicach. Jestem w Tallinie, czy w Nowym Jorku? Na powitanie czułem się tym miastem lekko przytłoczony.


Wejście do hostelu było znaleźć arcytrudno. Z pomocą przyszedł właściciel, który akurat pojawił się na dziedzińcu. Mówił bezbłędną angielszczyzną, był Australijczykiem. Wprowadził nas na klatkę schodową i… zamarłem.

Schody wyglądały jakby przetoczyła się przez nie druga wojna światowa. W iście egipskiej ciemności udało się dostrzec stare, odrapane graffiti. Do tego zapach sugerujący, że właśnie wchodzimy do prawdopodobnie największej speluny w mieście. I weszliśmy - do hostelowego baru, w którym unosił się smród, którego nie da się opisać cenzuralnymi słowami. Na tamten moment miałem w głowie tylko jedną myśl. Uciekajmy.

Na szczęście po przejściu przez ten śmierdzący bar otworzyły się przed nami kolejne drzwi. Obrzydliwy zapach zniknął, a z końca korytarza biło oślepiające światło. Co za ulga, jednak nie jest tu tak źle, jak nam się wydawało. Dostaliśmy pokój, w którym czekała już na nas jedna z dwóch współlokatorek.

Nasza nowa koleżanka bardzo szybko została ochrzczona pseudonimem "Japoneczka". Nic dziwnego,  była malutka, milutka i miała azjatyckie rysy twarzy. Już miałem nadzieję, że wyniesiemy z tej podróży jakąś sympatyczną znajomość. Aż tu nagle Japoneczka zastrzeliła nas pytaniem:

Guys, are you from Russia?

Moje wielkie, głośne "no!" pogrzebało szansę na jakąkolwiek zażyłość pomiędzy Japoneczką a dwójką kolesi podejrzewanych o ruskie pochodzenie. W tym momencie w naszym pokoju pojawiła się kolejna towarzyszka tallińskich wieczorów. Kiedy tylko zobaczyłem jej spojrzenie, wiedziałem, że na większą wymianę zdań niż krótkie, zimne "Hi" nie ma co liczyć. Po przejściówce do kontaktu stwierdziliśmy, że przyjechała z Wielkiej Brytanii, jednak w jej oczach, poza "jestem wielce zachwycona, że muszę dzielić z Wami pokój" wyczuwałem skrzętnie ukrywaną polskość… Dlatego w jej towarzystwie nie komentowałem jej wieczne skrzywionej twarzy, nieistniejącego otwarcia na innych ludzi i tego, że mam obawy, że zadźga nas nożem pod osłoną nocy.

Po konsultacjach z recepcjonistką wyruszyliśmy w poszukiwaniu dobrego, niedrogiego, lokalnego jedzenia. Tallin był chłodny i szary, a my wygłodniali i zmęczeni odbijaliśmy się od drzwi do drzwi. Menu każdej restauracji mówiło tylko jedno: "Nie stać Was". Nawet w Rydze nie było tak drogo.

Po zjedzeniu przeciętnej w smaku, lecz taniej pity z frytkami wróciliśmy do hostelu. Zapach tej pity towarzyszył nam przez wszystkie trzy dni w naszym pokoju. Mieliśmy wybór. Albo ugotować się przy zamkniętym oknie, albo przez całą noc wdychać jedzenie przez nos.

Nastał wieczór. Pragnąłem już tylko napić się lokalnego piwa i położyć do łóżka, gdy podeszła do nas jakaś Brytyjka z pytaniem "Idziecie na pub crawl?". Och, jak bardzo mi tego brakowało.

Nie pokochałem Tallina od pierwszego wejrzenia.

Kolejny dzień powitał nas piękną pogodą, a my obudziliśmy się wypoczęci jak nigdy dotąd. Nie pozostało nam nic innego, jak dać temu miastu drugą szansę i zakochać się w estońskiej stolicy. I pokochałem to miasto. Z kilku prostych powodów.


 1. Za architekturę i wzgórze Toompea

Tallin to kwintesencja średniowiecza. A wszystko to zadbane i świetnie zachowane. Przemierzyliśmy chyba każdą uliczkę tallińskiej starówki, przebijając się prze tłumy turystów z Niemiec, Skandynawii i Azji, wyłapując w tym gwarze mieszankę estońskiego i rosyjskiego. Wystarczyło zejść w pierwszą lepszą uliczkę, by znaleźć się z dala od utartego, turystycznego szlaku i zaznać chwili spokoju. Polecam Tallin zwiedzać popołudniami, kiedy grup turystycznych jest znacznie mniej i wszystko można zobaczyć na spokojnie. Miasto wtedy zwalnia i od razu można nacieszyć się jego urokiem. O ile nie zachwycił mnie rynek – był zatłoczony i architektonicznie mdły, tak polecam zwrócić uwagę na mury Tallina i wspaniałe widoki, jakie na miasto roztaczają się ze wzgórza Toompea.









 2. Za street art

Powiedziałbym, że street art w każdej formie psułby klimat starego miasta w Tallinie. Jednak na tutejszych ścianach można znaleźć kilka ciekawych sentencji, które w żaden sposób nie rzutują na urodzie miasta, za to świetnie wkomponowują się w klimat starówki. Do niektórych napisów ustawiają się kolejki. Nic dziwnego, w końcu przy okazji towarzyszą im świetne plenery.




3. Za wszechobecnych artystów

Każde z odwiedzonych podczas tej podroży miast miało swoich artystów. W Tallinie dominowali przede wszystkim malarze, którzy siedzieli porozstawiani ze swoimi sztalugami na starówce i godzinami przelewali Tallin na płótno, czy papier. Byli dosłownie wszędzie, deklasując swą ilością nawet muzyków, którzy zwracali na siebie uwagę przedziwnymi instrumentami i często typowo średniowiecznymi strojami.








4. Za kościół św. Olafa

To chyba mój ulubiony punkt widokowy w stolicy Estonii. Położony na peryferiach starego miasta pozwala na rzut okiem właściwie na cały Tallin. Widać stąd całą starówkę i wzgórze Toompea, tallińskie city, port i wybrzeże. Ten widok był wart znacznie więcej, niż dwa euro za bilet wstępu na wieżę. 





5. Za zaskakującą nowoczesność

Złowrogie City kolejnego dnia odebrałem zupełnie inaczej. W pełnym słońcu można było rozkoszować się wspaniałą, nowoczesną architekturą. Architekturą, której się tutaj nie spodziewałem. Między wielkie wieżowce świetnie wkomponowano nowoczesną architekturę mieszkalną, a w tutejszych knajpkach chciałoby się przesiadywać godzinami.






I tak szary, smutny i przytłaczający Tallin zdecydowanie zmienił swoje oblicze, stając się miastem, które nie zawiodło moich oczekiwań. Było takie, jak je sobie wyobrażałem, a mimo to potrafiło mnie zaskoczyć rzeczami, których się po nim nie spodziewałem.


Zbliżał się wieczór, nadszedł więc czas na powrót do hostelu. Kolejnego dnia czekała nas bardzo wczesna pobudka i pierwszy poranny prom do Helsinek.

Podobał Ci się post? Zostaw komentarz, lub polub go na facebooku :)

6 komentarzy:

  1. Przyznam, że i mój pierwszy dzień w stolicy Estonii był delikatnie pisząc mało udany. Pogoda była podobna do tej, o której wspominasz mokro, deszcz, szaro no i jeszcze zimno, albowiem ja odwiedzałem Tallinn w lutym. Jednakże kolejne dni były już o wiele bardziej pozytywne. Tallinn i mnie przypadł do gustu. Między innymi z tych powodów co Tobie. Miło popatrzeć na znajome mi miejsca, ale w letniej szacie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałem tak z Helsinkami podczas tej podróży. Miło mi było odkrywać to miasto na nowo, podziwiając je latem, a nie późną jesienią. Zupełnie inne wrażenie, nie mówiąc już o zupełnie innej długości dnia w tamtych rejonach.

      Usuń
  2. Tallin i cała Estonia jeszcze na nas czekają. Dziękuję za wskazówki, a zwłaszcza za punkt widokowy, z którego można robić świetne zdjęcia. Teraz jeszcze musimy poczekać na wiosnę i jedziemy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie życzę, by wiosna nastała jak najszybciej! :) Udanego zwiedzania przepięknej Estonii :)

      Usuń
  3. Tallin jest na mojej liście od długiego już czasu, ale ta relacja zachęciła mnie do tego miasta jeszcze bardziej! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To cieszę się niezmiernie :) Obyś szybko miał okazję tam dotrzeć :)

      Usuń