09.08.2016

Wilno. Polskie, czy litewskie?


Warszawa Centralna, sobota, godzina dwudziesta pierwsza. Po prawie godzinnym krążeniu po okolicy Pałacu Kultury i Nauki odnaleźliśmy nasz przystanek. Na nim gromadka ludzi, w większości władających językiem podobnym do rosyjskiego. Pewnie też czekali na autobus do Wilna, przynajmniej taką mieliśmy nadzieję.  O ile rzeczywiście z przystanku Dworzec Centralny 04 odjeżdżały autokary rejsowe do krajów nadbałtyckich, tak brak jakiegokolwiek rozkładu naszej liniówki wywołał lekki dreszczyk niepewności.

Z resztą, nie tylko nam. Na przystanku czekało kilku zakłopotanych obcokrajowców, którzy pytali miejscowych, czy to na pewno dobre miejsce i czy przypadkiem ostatni autokar tego wieczoru im nie ucieknie. Jedna z takich zagubionych pań angielszczyzną dopadła młodą parkę, na oko po piętnaście lat. Oni sami, choć lokalni, nie byli pewni czy to stąd, tak bezsensownie rozwiązane jest numerowanie przystanków w Warszawie. Robili co mogli, nawet odpalili Google Maps, by sprawdzić, czy to dobre miejsce. Serce mi się radowało, że byli tak pomocni.

Zbliżał się moment przyjazdu autokaru. Na przystanku pojawiły się dwie backpackerki, ewidentnie w którymś z kolei dniu swojego szalonego eurotripa. Podeszły do nas, pytając swoim perfekcyjnym angielskim, czy też czekamy na ecocośtam do Vilnius, i czy to stąd? Tak, odrzekliśmy, z pewną dozą niepewności. Mimo to zostaliśmy ich bohaterami dnia, uratowaliśmy im życie, a wniebowzięte dziewczyny odeszły na przystanek, porobić sobie ostatnie zdjęcia w Warszawie – na przystankowej rurce w pozycji na pole dance.

Przyjechał. Opóźniony kilkanaście minut, ale dotarł. Co za ulga. Z autokaru wypadła garść turystów z Berlina i pilotka Darya. Oczywistym było, że zwrócę uwagę na to, jak wykonuje swoje obowiązki. Na początku sprawiła wrażenie zmęczonej, poirytowanej faszystki, a do jej wizerunku brakowało mi tylko karabinu maszynowego przewieszonego przez ten jej uniform. Ruski? Inglisz? To Wasze miejsca, spadajcie.
Kiedy odnaleźliśmy nasze miejsca siedzące i już mieliśmy odetchnąć z ulgą, podniosłem głowę i zobaczyłem wokół siebie muzułmańską rodzinę. Kobieta w burce, mąż, i dwójka hałasujących dzieci, którym nieustannie wypadająca z rąk butelka lądowała gdzieś w okolicy moich stóp napawały nas bardzo optymistycznie przed całonocną podróżą. Rodzina jednak ewakuowała się na kolejnym przystanku jeszcze w Warszawie, pozostawiając nas w otoczeniu litewskiej młodzieży.

Słysząc ich rozmowy, byłem zdumiony. Do dziś brzęczy mi kolokwialne sformułowanie "z czego rżysz", wypowiedziane przez jednego z młodzieńców. Nie mając żadnego wyobrażenia o litewskim języku pomyślałem sobie – jaki ten język jest podobny do polskiego!

Nawet nie zdawałem sobie sprawy, w jak wielkim byłem błędzie.

Wilno było jedynym miejscem na trasie, o którym naprawdę sobie wcześniej poczytałem. W pamięć zapadło mi przede wszystkim jedno zdanie.

"Wilno to jedno z najpiękniejszych miast w tej części Europy."

Takie sformułowania pobudzają tylko tą złowrogą i jakże często rozczarowującą podróż wyobrażoną. Dlatego w Wilnie pokładałem dość spore nadzieje. Najbardziej zależało mi na poszukaniu w tym mieście śladów polskości. Podobnie jak w przypadku Lwowa, chciałem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy w tym mieście czuć nadal choć trochę polskiego ducha.

Do litewskiej stolicy przybyliśmy o siódmej rano. Jak na stołeczny dworzec, ten wileński przy ulicy Sodu wydawał się szary. Wtedy właściwie wszystko wydawało się szare. Opustoszałe ulice, miasto spowite poranną mgłą. To nie było dobre pierwsze wrażenie. Nas czekał półgodzinny marsz do hostelu.

Po opuszczeniu dworca miasto coraz bardziej przypominało mi Lwów. Nie tyle pod względem architektury, co przede wszystkim stanu jej utrzymania. Im dalej od centrum, tym bardziej zauważałem, że stolica Litwy jest miastem artystów niespełnionych w dziedzinie malarstwa. Co budynek, to nowe, coraz ciekawsze graffiti, nijak współgrające z urodą nawet przeciętnie zachowanych elewacji. To wszystko w tej mgle, po całonocnej podróży skłaniało tylko do jednej myśli.

Nie tak to sobie wyobrażałem.
Ulica, przy której mieszkaliśmy

Typowe Wilno

Widok na WIlno

Na horyzoncie pojawił się nasz hostel. Świadomi faktu, że check-in o świcie jest niemożliwością, postanowiliśmy zostawić rzeczy, wziąć prysznic, napić się kawy (kawa po nocnym przejeździe jest wartością największą, najlepiej w ilości trzech) i ruszyć na zwiedzanie miasta. Udało się, uprzejmy młodzian pokazał nam jak dotrzeć do łazienki, gdzie zostawić bagaże. Kubki z Ikei sami napełniliśmy darmową kawą i byliśmy gotowi, by ruszyć na poszukiwanie polskości w ulicach litewskiej stolicy.

Popijając, jak się okazało przeciętnie stawiającą na nogi kawę nasłuchiwaliśmy lokalnych rozmów. Szybko uświadomiłem sobie, że litewski jest zgoła inny od polskiego. Jest wręcz niezrozumiały. Ni to polski, ni to rosyjski, sam nie wiem, czy w ogóle podobny do któregokolwiek z języków. Wiele wskazywało na to, że napotkana w autokarze litewska młodzież była po prostu polskiego pochodzenia.

Naszym głównym celem tego poranka było napicie się prawdziwej kawy. Udaliśmy się na czuja w kierunku centrum miasta, zupełnie przypadkowo zwiedzając urokliwe Zarzecze – część Wilna, która ma własną konstytucję. Konstytucję na jednej z ulic można przeczytać w wielu językach świata a sama dzielnica poza swym urokiem ma dość streetartowy klimat i zdecydowanie warto się po niej powłóczyć.
Most na Wilence 

Wszechobecne w Wilnie koty

Typowa brama wjazdowa

Huśtawka nad Wilenką

Wjazd do republiki Zarzecza

Przykład street artu

Dodaj napis

Rozmowy za rzeką

Popijając drobnymi łykami słynną litewską wodę Vytautas (co po polsku znaczy Witold), ruszyliśmy w kierunku centrum. Sama woda, ze względu na swoją bardzo wysoką mineralizację, smakuje prawie jak sól, przez co nie udało mi się przez dwa dni wypić półlitrowej butelki. Jak to mówią, reklama dźwignią handlu.
Woda mineralna Vytautas

Po odwiedzeniu kilku cerkwi i kościołów dotarliśmy na główną ulicę w okolicach katedry. Przesiadując o poranku z kubkiem americano nie miałem już żadnych wątpliwości. Nawet minięty po drodze pomnik Mickiewicza, nawet szumiące w głowie "Litwo, Ojczyzno Moja", czy perspektywa, że za chwilę zobaczymy Ostrą Bramę, nie pozwoliły o tym mieście pomyśleć, że jest w jakikolwiek sposób polskie. 

Co gorsza, nie wiem czy to kwestia pogody, mgły, czy zmęczenia po nocnym przejeździe, ale niczym mnie nie urzekło. Owszem, przypominało mi mój ulubiony Lwów, ale w gorszym wydaniu. Nawet ukształtowanie terenu było tu podobne jak we Lwowie, nawet widok z góry zamkowej przypominał mi ten, który podziwiałem z kopca Unii Lubelskiej czy wieży lwowskiego ratusza. Ba, nawet te tablice po polsku, które w przypadku Wilna traktowały zazwyczaj o tym, co w danym budynku robił nasz wieszcz narodowy. Ale mimo tego wszystkiego wniosek miałem jeden. Wilno trzeba zobaczyć przed Lwowem. W odwrotnej konfiguracji litewska stolica na pewno nie będzie "jednym z najpiękniejszych miast w tej części Europy". Znów dałem się zwieść podróży wyobrażonej.
Mickiewicz w Wilnie

Widok na basztę Giedymina





Ostra Brama

Wileńska katedra

Widok z Góry Zamkowej na City

Wieża Giedymina

Widok z góry zamkowej na miasto



Poza wieżą Giedymina na górze zamkowej żaden z wileńskich zabytków na tamten moment mnie nie zachwycał. Za wszelką cenę starałem się jednak znaleźć piękno tego miasta. I znalazłem je w drobnych szczegółach. W tych odrapanych ścianach, w okiennicach, drzwiach, we wszechobecnych kotach liżących sobie łapy pod stolikami. W mieszkańcach przesiadujących przed swoimi sklepikami i prowadzących rozmowy, w ulicznych artystach, czy to lokalnych, czy takich z daleka, usiłujących dorobić na ulicy na kolejny etap swojej europejskiej podróży. Polskie rozmowy o pielgrzymkach i cudach a także klęczące pod Ostrą Bramą kobiety. Odkrywanie takich drobiazgów zdecydowanie obroniło Wilno w moich oczach.


















Przyszedł czas na skosztowanie litewskiej kuchni. Znów dotarliśmy na główną ulicę, gdzie zachęceni szyldem "lithuanian cuisine" postanowiliśmy spróbować czegoś lokalnego. Na moim stole pojawił się litewski chłodnik, lokalny cepelin i kufel piwa. O ile chłodnik i piwo zdały egzamin, tak cepelin zdecydowanie nie przypadł mi do gustu. Cepelin to taki "pieróg" w kształcie elipsy, którego wnętrze stanowi mięso mielone, otoczone ciastem o smaku klusek śląskich. Było to sycące, ale bez dodatków w postaci śmietany i skwarek (zwłaszcza ten drugi dodatek robił smakową robotę), prawdopodobnie potrawa byłaby mdła. Doświadczenie smakowe warte przeżycia, ale drugi raz bym tego nie zjadł.
Chłodnik litewski

Litewskie Cepeliny

Po obiedzie nadszedł czas na zakwaterowanie. Wtedy poznałem Ingę.

Inga urzekła mnie swoją osobowością. Zrobiła nam tak ciepłe przywitanie, że postanowiłem wyciągnąć od niej nieco więcej informacji i liczyłem na to, że pomoże mi znaleźć odpowiedź na nurtujące mnie przez cały dzień pytania. W wybitnie uroczy sposób dawała mi do zrozumienia, że nie wie, skąd Zarzecze wymyśliło sobie konstytucję, odpowiadając to pytanie słowami "Lithuanian are crazy guys, you know?". Bez problemu dowiedziałem się natomiast, że właściwie zobaczyliśmy w Wilnie już wszystko co trzeba, że dziś była piękna pogoda, bo przecież u nas ciągle pada, ale widzę, że wy tu pierwszy raz. A, no i że busy do Troków jeżdżą często i tanio. W swoim "nie chcę mi się, ale Ci pomogę" miała mimo wszystko bardzo dużo energii. Przeszliśmy na Ty i bardzo żałuję, że nie miałem okazji powiedzieć jej "do widzenia".

Z resztą, hostelowe poranki i wieczory były w tym całym Wilnie najlepsze. Czy to słońce, czy deszcz (zazwyczaj to drugie), cały obszar otaczający hostel był miejscem spotkań. Otwarty bar, stoliki, hamaki, miejsca do grillowania, a wszystko to otoczone lasem, który nadawał miejscu wrażenia kameralności, wprowadzało w nastrój błogiego relaksu.





Za barem stała kolejna postać, która zapadła mi w pamięć. Imienia nie było mi dane poznać, dało się natomiast zauważyć, że dziewczyna mogłaby śmiało konkurować z niejednym facetem w kwestii męskości. Jej dość nietypowy wizerunek nie wskazywał na jakąkolwiek otwartość do drugiego człowieka. Kiedy kolejnego dnia zapytała mnie "how was your day" byłem zaskoczony. Po chwili naprawdę miłej rozmowy, której zupełnie się po niej nie spodziewałem, sam zapytałem, jak minął jej dzień. Odpowiedziała "I am fucking tired". I wszystko wróciło do normy.

Podczas ostatniego z wieczorów naszła mnie jednak pewna myśl. Myśl, którą wywołała para polaków śpiąca razem z nami w hostelu, która zmuszona została do zajęcia miejsc tuż obok nas ostatniego wieczoru. Myśl, która dotyczy naszej polskiej mentalności.

Dlaczego jest tak, że dopóki nasza reprezentacja w piłkę nożną nie gra ćwierćfinału mistrzostw Europy, to wstydzimy się, że jesteśmy z Polski? Nie przed innymi narodami, a przed sobą nawzajem. Czemu będąc zagranicą, kiedy słyszymy ojczystą mowę, nagle przestajemy między sobą rozmawiać, czy nagle rozmawiamy ze sobą po angielsku, żeby przypadkiem ktoś do nas nie zagadał? Czy to naprawdę wielki problem podejść do obcego człowieka i powiedzieć "cześć, jestem Magda, jak podoba Ci się w Wilnie?"

Mimo dość przykrej refleksji o nas samych smutno było opuszczać wileński hostel. Tym bardziej, że w kolejnych miejscach obniżaliśmy nieco strefę komfortu, śpiąc w pokojach wieloosobowych. Na pożegnanie usłyszałem od menadżerki, bym kiedyś do nich wrócił. Wróciłbym. Jednak bardziej dla hostelu, niż dla samego Wilna.

Podobał Ci się post? Zostaw komentarz, lub polub go na facebooku.

2 komentarze:

  1. Bardzo dobrze napisany post. Dziękuję, dzięki niemu wiem, że co do Wilna- oceniając po zdjęciach jak i opisach, kompletnie nie moje klimaty, raczej pojechałabym tylko jeśli byłoby to przejazdem.
    Co do refleksji końcowej- a może ktoś właśnie chce pobyć sam na sam ze swoją drugą połówką lub rozkoszować się faktem, że właśnie nie musi z nikim tej konwersacji nawiązywać, bo jest na wakacjach? Z doświadczenia w pobycie za granicą powiem Ci, że właśnie najczęściej wybieram opcję anglojęzyczną jeśli chodzi o napotykanych rodaków. Albo będą Cię ciągle męczyć jako jedyną osobę, z którą mogą się porozumieć/pokumać albo (relacja: pracownik-klient, opcja dzięki której ja zdecydowałam najczęściej się nie przyznawać do polskości przed rodakami) będą chcieli coś wyżebrać/dostać gratis z racji wspólnej narodowości. Oczywiście, nie popadajmy w skrajności- nie każdy jeździ na wakacje by odpocząć od ludzi, jak i nie każdy jeździ po to by się z kimś kumać. Ważne żeby akceptować to, że ludzie są różni i różnie wypoczywają ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może z tą polskością masz rację. A być może nie ma co przyklejać nam łatki. Taka naszła mnie myśl co do siedzących obok nas polaków "mówmy jak najciszej, może się nie kapną", a tymczasem cała reszta potrafiła się integrować między sobą.
      A może to kwestia indywidualna? Trudno powiedzieć :)

      Usuń