22.08.2016

Troki. Zamek, kybyny i drewniane domy Karaimów.


Drugi litewski poranek o dziwo powitał nas słońcem. Po skosztowaniu owianego legendą hostelowego crossainta wypiekanego na miejscu i kubku przeciętnie kopiącej, porannej kawy postanowiliśmy wybrać się do Troków.  Udaliśmy się na szary, wileński dworzec przy ulicy Sodu, który w promieniach słońca nie wyglądał już tak depresyjnie, by o dziesiątej rano wsiąść do busa, który zabrać nas miał do tej podwileńskiej miejscowości.

Dwa ostatnie miejsca w busie sprzed nosa sprzątnęli nam Polacy. Pozostało nam czekać na kolejny, tym razem większy środek transportu, który przez kilka lokalnych wiosek miał dowieźć nas do celu.
W końcu pojawił się kierowca. Lubił Polaków. Nawet zapytał nas, czy ta banda obcokrajowców za nami to też nasi. Chwilę później wesoły autobus będący mieszanką lokalsów i turystów z całej Europy w duchocie i pełnym słońcu wyruszył w kierunku Troków. Jeden z mieszkańców w trakcie jazdy ewidentnie zgłodniał, racząc współtowarzyszy podróży zapachem swojej wyśmienitej kanapki z kiełbasą.

Litwa z okna autobusu przypominała mi Ukrainę. Przystanki na autostradzie i wszechobecne zawrotki sprawiły, że niczym nadzwyczajnym było odbieranie pasażerów z  przystanków wzdłuż autostrady, czy wyjechanie z Wilna tylko po to, by za chwilę do niego zawrócić. Natomiast trasa przez kilka podmiejskich miejscowości raczyła nas pięknymi widokami i urokliwymi, drewnianymi domostwami. Aż chciało się wysiąść, by obfotografować je wszystkie z każdej strony.

No i wysiedliśmy. Na niewielkim dworcu autobusowym w Trokach. Poruszanie się po tym miasteczku było bajecznie proste. Wystarczyło iść cały czas główną drogą prosto i bardzo intuicyjnie można było dotrzeć do największej atrakcji miasta, czyli zamku. Troki otoczone są trzema jeziorami, dlatego warto urozmaicić sobie spacer idąc wzdłuż jednego z nich. Unikniemy dzięki temu widoków osiedli, które wyglądają zupełnie jak te w Wilnie, czy kościołów o fasadach równie zaniedbanych jak w stolicy. Prawdziwe atrakcje zaczynają się dopiero wtedy, gdy przed Twoimi oczami ukaże się przepiękna, drewniana architektura.
Pomost nad jeziorem Łuka w Trokach


Łódka w litewskich barwach narodowych

Te drewniane domy są wspaniałym świadectwem lokalnej historii. Należały do Karaimów, sprowadzonych z Turcji do Troków przez księcia Witolda. Mieli być oni jego przyboczną armią, pomagać w kontaktach z chanatem krymskich, a także bronić zamku położonym na wyspie na jeziorze Galwe. Zgodnie z legendą Karaimi budując swoje domy na ścianie frontowej umieszczali tylko trzy okna. Jedno dla Boga, drugie dla księcia Witolda, trzecie dla gospodarza. I właśnie te karaimskie domy można w Trokach podziwiać po dziś dzień. Nadal jest tu też karaimska świątynia, lokalne restauracje kultywują kulturalne tradycje, być może i baczne oko pozwoli przyuważyć kobiety w tradycyjnych, karaimskich strojach. W końcu tradycja jest tutaj wciąż żywa.


Ulica Karaimska w Trokach. Domy z oknami dla Boga, Witolda i gospodarza.

Karaimskie kobiety w drodze do kienesy


Między rzędem drewnianych domów przebijała się też powoli tafla jeziora Galwe. Nad nią poza widokiem na słynny zamek w Trokach gwar jak w szczycie sezonu na Mazurach. Bo Troki to nie tylko zamek i Karaimi, to także rowerki wodne, lody, kebab i sklepiki z pamiątkami wzdłuż deptaku. Nagle z sielskiego miasteczka Troki stały się centrum przemysłu turystycznego, a my ze spokojnej ulicy wpadliśmy w tłum zwiedzających.
Zamek w Trokach

Centrum turystyczne w Trokach



Do zamku zdecydowaliśmy się nie wchodzić, obeszliśmy go natomiast dookoła podziwiając wodne ptactwo i żaglówki pływające po tafli jeziora. Dopadł nas deszcz i głód, więc wróciliśmy na ulicę Karaimską, by spróbować lokalnego przysmaku, jakim są kybyny. Po wcześniejszych kulinarnych przygodach mieliśmy oczywiście pewne obawy, jednak postanowiliśmy dać litewskiej kuchni drugą szansę. Znów mógłbym porównać to danie do pieroga, ale chyba tylko formą. Kybyny są bowiem z ciasta drożdżowego, z zazwyczaj mięsnym farszem, choć w lokalnej restauracji były też opcje między innymi z serem i szpinakiem. Wielkościowo również są one znacznie większe od naszych pierogów, jednak mimo to był to posiłek raczej średnio sycący. Co nie zmienia faktu, że smaczny. A na pewno lepszy niż wileńskie cepeliny.
Karaimskie Kybyny

I tak Troki zdeklasowały Wilno pod każdym względem. Krajobrazem, kameralnością, drewnianą architekturą, a nawet kuchnią. Warto było poświęcić pół dnia i zaledwie nieco ponad trzy euro na autobusy w obie strony, by opuszczać Litwę z nieco szerszą gamą odczuć, niż tylko rozczarowaniem.

3 komentarze:

  1. Krajobraz przepiękny, zazdroszczę

    OdpowiedzUsuń
  2. No, nie ma moim zdaniem co porównywać Trok i Wilna. To zupełnie inne, dwa, różne miejsca. Masz rację, że Troki mają coś w sobie. Lubię właśnie te jeziora towarzyszące Trokom. Kibiny z chęcią bym zjadł, oj tak :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Widoki cudne, wszystko wygląda pięknie :)

    OdpowiedzUsuń