29.08.2016

Ryga. Miasto pełne niespodzianek


Ryga miała być najsłabszym punktem programu. A jeśli Wilno, "jedno z najpiękniejszych miast w tej części Europy", okazało się tak słabe, to w takim razie jak słaba musi być stolica Łotwy. No i jeszcze to obniżanie swojej strefy komfortu. Całą trasę obstawialiśmy wiek, płeć i narodowość osób, z którymi przyjdzie nam współdzielić pokój. Ryga wydawała się być wyzwaniem. Jak pierwszy raz od dawien dawna przeżyć dwie noce w towarzystwie obcych ludzi. I jak przez czterdzieści osiem godzin przeżyć w mieście, w którym nawet według mapy jest niewiele do zobaczenia.

Miasto powitało nas słońcem. Przemierzając most przerzucony nad Dźwiną oniemieliśmy z zachwytu. Na horyzoncie ukazała nam się panorama Rygi. Z jednej strony wieże kościołów na starówce, z drugiej nowoczesna architektura ryskiego City. Jeszcze nie dotarliśmy do miasta, a już nam się w nim spodobało.

W hostelu powitała nas Maja. Młoda, niebieskooka szatynka była doprawdy podekscytowana naszym przybyciem. Do czasu, gdy uświadomiliśmy jej, że nie jesteśmy tymi dwoma kolesiami z Australii, na których tak czeka z utęsknieniem. Dziewczyna starała się jednak zachować twarz, zachwalając swoje przygody na naszym wspaniałym, polskim Woodstocku. Mimo wpadki, ugościła nas całkiem miło, pokazując wszystkie zakamarki Cinnamon Sally.

Na starówkę mieliśmy dosłownie rzut beretem. Przeszliśmy kilkaset metrów, przekroczyliśmy tory tramwajowe i pierwszą lepszą ulicą weszliśmy do ścisłego centrum. Oniemiałem. Było zaskakująco ładnie, a jeszcze przecież nie zobaczyliśmy nic. Zaczęliśmy się kierować szybkim krokiem ku pierwszej z wyższych wież w centrum miasta. Aż nagle zauważyliśmy dziewczynę rozkładającą się z gitarą na chodniku.

Zwolnijmy! Siądźmy na krawężniku. Ryga jest przecież mała, mamy czas, jesteśmy na wakacjach, więc po co mamy się spieszyć? Przysiedliśmy naprzeciwko niej. Boże, jak ona śpiewała!


To był moment, w którym zakochałem się w Rydze.

Siedzieliśmy przez dziesięć minut wsłuchani w jej głos, bijąc jej brawo, grzebiąc jednocześnie w portfelu, by zostawić jej parę drobnych. Od tamtej pory w tym mieście zachwycałem się każdym detalem. Staraliśmy się wchodzić w każdą ulicę starówki, by okrywać jej klimat. Wszystko było zadbane, ładne, cieszyło oko, każda pusta ściana uzupełniona była kolejnym naprawdę dobrym, niepsującym całej kompozycji przykładem street art’u. I szczerze mówiąc, ta niewielka Ryga wcale nie była aż taka mała.

Jeden z murali w Rydze


Wieża kościoła św. Piotra





Widoczna z daleka wieża Akademii Nauk Łotwy



Dom Bractwa Czarnogłowych

Widoczna wieża katedry w Rydze

Kamienice Trzej Bracia


Ryga była miastem muzyków. Chyba we wszystkich knajpach przy Placu Katedralnym odbywał się wtedy koncert muzyki na żywo. Przysiedliśmy w jednej z takich knajp i słuchając muzyki przez cały wieczór, rozkoszowaliśmy się widokami i smakiem lokalnego piwa Lacplesis. W głowie miałem tylko jedną myśl. Nie trzeba jechać do Grecji na All Inclusive, by mieć fajne wakacje. Ja, włócząc się po Rydze, wypoczywałem jak nigdy dotąd.

Kolejny dzień znów uraczył nas iście śródziemnomorskimi temperaturami. Stolicę eksplorowaliśmy dalej, tym razem jednak moim celem było poszukiwanie drewnianej zabudowy na Moskiewskim Przedmieściu oraz Kipsali, a także rzut oka na tutejszą Cerkiew Narodzenia Chrystusa.

Spacer po Moskiewskim Przedmieściu w prawie trzydziestostopniowym upale i pełnym słońcu był męczący, ale doprawdy urokliwy. Dzielnica, pośrodku której sterczy ryski odpowiednik PKiN’u, jest pusta, spokojna i zupełnie inna od starej części miasta. To głównie drewniana zabudowa, urocza, lekko zapuszczona, pozostawiona trochę jakby na pastwę losu. Ale to też cegła, czy kamień. I te okiennice. One też miały swój urok i niesamowity klimat.

Wieżowiec Akademii Nauk Łotwy


Moskiewskie Przedmieście w pigułce








Największym jednak odkryciem Rygi o którym zupełnie nie miałem pojęcia okazała się część miasta na wschód od starówki, właśnie w kierunku wspomnianej cerkwi. Starówka otoczona jest terenem zielonym wokół kanału, który na moje oko w dawnych czasach pełnił funkcję fosy. Był środek tygodnia, a na trawce wczesnym popołudniem wylegiwały się dosłownie tłumy. Tak w moich oczach stolica Łotwy okazywała się nie tyle miejscem godnym odwiedzenia, ale i dobrym miejscem do życia. Tuż za bulwarami, poza wspomnianą cerkwią o dość sporych rozmiarach, pojawiła się kolejna ryska perełka, o istnieniu której nie zdawałem sobie sprawy. Dzielnica Art Noveau, czyli zespół przepięknych architektonicznie gmachów z dwudziestego wieku. Ryga wydawała się nas zaskakiwać na każdym kroku.





Budynek Ambasady Francji. Idealny przykład Art Noveau

Cerkiew Narodzenia Chrystusa

Na późne popołudnie pozostawiliśmy Kipsalę. Ta wyspa na Dźwinie miała mnie urzec drewnianą zabudową docenioną przez sam komitet UNESCO. I mimo mojej wielkiej miłości do drewnianej architektury, uważam, że nie warto było tyle iść, by to zobaczyć. Warto było jednak znaleźć się po drugiej stronie Dźwiny, by rzucić okiem na panoramę miasta. A przede wszystkim na aktywnie wypoczywających mieszkańców, biegających, czy jeżdżących na rowerach. Jednak nie ich aktywność zapadła mi w pamięć najbardziej. Do końca życia zapamiętam, że Łotysze to naród o pięknych, niebieskich oczach.





Jeden z drewnianych domów na wyspie Kipsala

Plaża nad Dźwiną

Wieczorem znów wyszliśmy na starówkę, by rozkoszować się muzyką na żywo i smakiem Lacplesis. Ryga zdeklasowała Wilno pod każdym względem. No, może poza cenami. Wszystko było ładniejsze, lepiej utrzymane, ale i droższe. Ceny w restauracjach były dość wysokie, co mieszkańcy tłumaczą wejściem do strefy euro.

Gdyby nie to, że kolejnym punktem podróży miało być moje wielkie marzenie, Rygę opuszczałbym z wielkim żalem. Rygę, która ze stereotypu miasteczka, w którym nic nie ma okazała się fascynującą perłą. Miastem o niezwykłym uroku i klimacie, miastem pełnym niespodzianek.  Z perspektywy czasu stało się największym zaskoczeniem wyjazdu i miejscem, które mógłbym dopisać do bardzo krótkiej listy miejsc, do których z przyjemnością chciałbym wrócić.


Sylwetka backapackera

Z Wilna wyjeżdżałem z myślą o polakach, uciekających przed jakimkolwiek przejawem integracji z własnym narodem na zagranicznych wakacjach. Jednocześnie, przybywając do Cinnamon Sally nie dość, że przyszło się nam zmierzyć z obniżaniem strefy komfortu poprzez współdzielenie pokoju z obcymi ludźmi, to przede wszystkim szybko w mojej głowie zarysowała się sylwetka backapackera, którą doprawdy trudno mi do dziś zrozumieć.

Hostel ewidentnie był miejscem spotkań i pełnił tą funkcję w sposób do przesady doskonały. Do miejsca zakwaterowania wracaliśmy kilkukrotnie w ciągu każdego dnia. Kilkukrotnie, zgodnie z łotewskim zwyczajem, zdejmowaliśmy buty. I bez względu na to czy była to godzina jedenasta, czternasta, siedemnasta czy dwudziesta, w tym miejscu spotkań siedzieli wciąż Ci sami ludzie.


Naszą uwagę przykuł przede wszystkim jeden chłopak, który całymi dniami przesiadywał w tym miejscu wpatrzony w ekran smartfona. O ile jestem w stanie zrozumieć jego uzależnienie od social media, tak nie rozumiem jak można przyjechać gdziekolwiek tylko po to, by całymi dniami przesiadywać na hostelowym wifi. Tym bardziej dziwiły mnie wspomniane wcześniej postacie z Australii zachowujące się dokładnie w ten sposób. Gdybym ja miał okazję przyjechać do Australii, pewnie żal byłoby czasu, by spać, a co dopiero przesiadywać całymi dniami na australijskiej kanapie by sprawdzić, co słychać na fejsie.


Nasi współlokatorzy o dziwo byli zupełnie inni. Nie przesiadywali w tym living roomie, nie porywali się na pub crawl. Najpierw była to para z Niemiec, potem były to dwie niemieckie dziewczyny. Zupełnie bezkonfliktowi, jednak zupełnie poddający pod wątpliwość moje litewskie przemyślenie. W swojej integracji z innymi ludźmi byli oni bardzo polscy. Nasza znajomość z nimi zaczynała się i kończyła na słowie "Hi". Pytanie, czy Niemcy mają podobny problem, czy może ta chęć integracji to po prostu indywidualna kwestia każdego człowieka? Ale może lepszy taki współlokator niż ten, który przyjechał by posiedzieć na wifi i pójść na pub crawl.

2 komentarze:

  1. O Rydze słyszałem i czytałem wiele dobrego. W sumie po raz kolejny potwierdza się to, że stolica Łotwy jest warta odwiedzenia. Z krajów nadbałtyckich to właśnie ona pozostała mi jeszcze do zobaczenia. Myślę, że weekend spędzony w Rydze byłby całkiem przyjemny. Fajnie, że to właśnie Ryga tak pozytywnie Cię zaskoczyła :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie polecam Ci to miasto i życzę, by zauroczyła Cię tak, jak zauroczyła mnie :)

      Usuń