07.04.2016

Krokusy w Dolinie Chochołowskiej

Wszystkie znaki na niebie i ziemi zapowiadały na poniedziałek doskonałą pogodę. Grzechem byłoby spędzić cały wolny dzień w domu przy pięknym słońcu i iście letniej temperaturze. A że wieki nie byłem w Tatrach, i wiele nasłuchałem się o pięknych krokusach w Dolinie Chochołowskiej, stwierdziłem, najwyższy czas by na własne oczy przekonać się, jak wyglądają te osławione dywany kwiatów. No i poniedziałek, już po weekendzie, tłumów na szlaku się nie spodziewamy, odpoczniemy, będzie cicho, naładujemy akumulatory. I pojechaliśmy. 

Widoki na trasie mówiły same za siebie. Pogoda nie zawiedzie. Najpierw Babia Góra ze swym zaśnieżonym szczytem, a potem, tak dawno nie widziana panorama Tatr w pełnej krasie. Szalałem z zachwytu, nie mogąc doczekać się, aż dotrzemy do celu.



O Dolinie Chochołowskiej słyszałem mnóstwo dobrych rzeczy, co bardzo intensywnie działało na moją wyobraźnię. Myślałem sobie, że tych krokusów to będzie co nie miara, że będą one wyglądać jak na tych wszystkich podrasowanych przez photoshopa zdjęciach, w ogóle dolina będzie jedną, wielką, bezdrzewną polaną na której będą tylko i wyłącznie krokusy. 

Dotarliśmy na jeden z kilku przepełnionych parkingów, zastanawiając się, czy przypadkiem nie pomyliły nam się dni i dziś jest jednak niedziela, i wyruszyliśmy to cudo podziwiać. Na horyzoncie ośnieżone szczyty, w oddali widać pierwsze krokusy, aż tu nagle "panowie, może łoscypka". Rozejrzałem się wokół siebie i zobaczyłem piękne, drewniane chaty. A z tych chat wychodziła komercja, pamiątki, gastronomia i myśl, że chyba trafiliśmy na szczyt sezonu.  A potem przyjrzałem się tym krokusom. I albo przejechał je walec, albo one już zwiędły. Ale wyglądały tak beznadziejnie, że zanim weszliśmy w las, który otaczał nasz szlak na horyzoncie, już byłem rozczarowany.

Szlak lasem wiódł przez następną godzinę. Na horyzoncie wyłaniały się ośnieżone szczyty, które sugerowały zmianę scenerii, dlatego też postanowiłem dać temu miejscu drugą szansę. Idąc tym lasem zastanawiałem się, dlaczego ludzie przyjeżdżają w to miejsce podziwiać krokusy, a nie wdychać zapachów drzew iglastych. Zamiast połaci krokusów była połać drzew, przepływający strumień, i ten zapach. Zacząłem się zastanawiać, czy to na pewno jest ta dolina.

Nagle po lewej stronie pojawiła się lekko skryta za drzewami polana. I była ona dokładnie taka, jak sobie ją wyobrażałem. Fioletowy dywan otoczony lasem, a nad tym wszystkim ośnieżony, tatrzański szczyt. Gdyby tylko zabrać tych wszystkich turystów udających Monę Lisę w tych kwiatach, byłoby idealnie. Ważne, że krokusy były, dobrze wyglądały i pozwoliły w końcu zrozumieć fenomen tego miejsca.

Po drodze wiosna atakowała nas z każdej strony. Wychodzące kwiaty, szalejące żaby, topniejący śnieg. I na końcu rozległa polana z mnóstwem krokusów. Piękne kwiaty, piękna, drewniana architektura. I smak szarlotki po chochołowsku w tamtejszym schronisku. Dla tego wszystkiego warto było wstać o tej siódmej nad ranem.



 
















Podobał Ci się post? Polub go na facebooku!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz