03.01.2016

Francuskie winobranie


Był pierwszy piątek września, jedenasta przed południem. Na krakowskim dworcu autobusowym ustawiła się kolejka do rejsowego autokaru. Nikt nie wiedział, czy powinien do niego wsiadać, trudno by autokar jechał jednocześnie do Anglii, Francji, Hiszpanii i Niemiec. Ja, ze swoim biletem do niewiele mówiącego Chalon sur Saone ustawiłem się w tej kolejce. Jechałem wtedy do Francji. Na winobranie.


Kilka tygodni wcześniej doszły mnie słuchy, że mam jechać, zobaczyć jak wygląda takie winobranie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak wyglądać będzie mój początek września. Na włosku wisiał wyjazd na Bałkany, kolejne wrześniowe i październikowe wyjazdy absorbowały mnóstwo czasu i pracy. To nie był najlepszy moment, by zniknąć z biura na jakieś dziesięć dni. Suma summarum, Bałkany się nie odbyły. Do Francji szczerze mówiąc, jechać nie chciałem. Co mnie przerażało? Nawet nie to, że Czarnobyle same się nie zrobią. Przerażało mnie główne zadanie. Paryż. Miasto, do którego nie ciągnęło mnie, a skojarzenia z którym zaczynały się na Łuku Triumfalnym a kończyły na Wieży Eiffela. Przekonałem się, gdy spodobał się pomysł z moją innowacją. Z tych naszych campingów taka sama odległość była do Paryża, ale i do Genewy. Mimo to nigdy nie powiedziałem: tak, jadę. Pojechałem. Coś nowego zobaczę, czegoś się nauczę, przynajmniej taką miałem nadzieję.

Przejazd do Francji był dla mnie idealną okazją, by przypomnieć sobie, jak wygląda podróż autokarem z perspektywy nie pilota, a pasażera. W perspektywie 22 godziny drogi, zmieniający się kilkukrotnie współtowarzysz na fotelu obok, unoszący się w autokarze zapach kiełbasy i paprykarza szczecińskiego i chwila zwątpienia, gdy jechaliśmy po brukowanych drogach województwa lubuskiego. Radość wróciła, gdy okazało się, że na całą noc i poranek mam dwa siedzenia tylko dla siebie. A jak przyjemnym wnioskiem to, że nie jestem pilotem liniowego autokaru. Zbyt dużą przyjemność sprawia mi opowiadanie o wszystkim, a nie tylko o długości trwania przerwy i lokalizacji toalet.

Dotarłem. Marzenia o prysznicu szybko przyćmiły mi widoki w okolicy. Już przed wyjazdem wiedziałem, że mamy w pobliżu całkiem fajny zamek, więc skazany i tak na popołudniowy odpoczynek po długiej podróży, wybrałem się do pobliskiego Chateauneuf od razu. Ponad dwa kilometry pod górę, coraz piękniejsze widoki i w końcu niewielka miejscowość zamieszkana ledwo przez setkę ludzi z ukwieconymi, kamiennymi domami i zamkiem dały mi do myślenia, że w tej Burgundii jest tak pięknie, że muszę te dziesięć dni wykorzystać, by zobaczyć i przeżyć jak najwięcej.
Chateauneuf


Zamek w Chateauneuf




Następnego dnia budzik zadzwonił o piątej nad ranem. Z trudem wygramoliłem się z ciepłego łoża, odbijając się od ściany do ściany (z zimna – poranki były straszne) i kierując się do łazienki. To był dzień mojego pierwszego Paryża. Paryża, którego najbardziej się bałem. Paryża, o którym słyszałem: "Paryż jest prosty. Banalny. Nie da się w nim zgrubić". To samo czytałem przewodnikach. I jakoś nie mogłem w to uwierzyć mając wizję miasta, w którego aglomeracji mieszka 1/6 Francji. Miałem szczęście, że moi pierwsi kierowcy byli już w Paryżu i o trasę, zjazd i postawienie parkingu na odpowiednim miejscu nie musiałem się martwić. Znacznie wcześniej przygotowałem ludziom mapki. Trzy trasy, z opisami obiektów na odwrocie, z cenami biletów wstępu, z liniami metra do których mieli wsiąść, by dotrzeć. To wszystko rozdałem w autokarze, wszystko im omówiłem. Opowiadałem anegdoty zasłyszane od innych pilotów, starałem odpowiadać się na pytania, choć pytania gdzie jest pchli targ i jak dojechać na stadion niestety zdjęły mnie za tym pierwszym razem z nóg. Dotarliśmy. Zabrałem ich pod Luwr i tam się rozstaliśmy. Widzieliśmy się za 6 godzin.

To było najprawdopodobniej najbardziej intensywne w nogach 6 godzin w moim życiu. Przeszedłem kawał tego miasta, by tego dnia zobaczyć jak najwięcej tego, co najważniejsze. Nie wszedłem, ani do Luwru, ani do Notre Dame, nie wyjechałem na Wieżę Eiffela. Ale w sześć godzin przemierzyłem dwie ze swoich trzech tras, zdążyłem wypić kawę w Starbucksie na Sorbonie i zjeść obiad. Na następny raz musiałem zostawić sobie Montmartre, bo choćbym bardzo chciał, nie zdążyłbym.

Jaki wtedy wydał mi się Paryż? Pewnie przereklamowany. Był dla mnie miastem miłości, w którym nie czułem klimatu miłości. Kiedy chciało się przypatrzyć kłódkom na moście, zaraz podchodził do Ciebie ktoś z petycją, żeby zedrzeć z Ciebie pieniądze. Jedyne, co mnie wtedy urzekło w Paryżu, to mnóstwo młodych ludzi siedzących na kocach, na zadeptanej trawie, pijących szampana na Polach Marsowych. I to, że tak jak czytałem, wszystkie charakterystyczne, wysokie budynki widoczne są z daleka. Czy to Wieża Eiffela, czy to Montparnasse, czy kopuła Kościoła Inwalidów. Ten pierwszy Paryż przyniósł mi pewność, że Paryż jednak jest łatwy. Przynajmniej pod względem lokalizacyjnym.
Nad Sekwaną. Doskonale widać kopułę kościoła Inwalidów i wieżę Eiffela




Pola Marsowe. Setki ludzi.

Na drugim planie Bazylika Sacre Coeur

Pierwszy Paryż przyniósł mi też satysfakcję. Przygotowane mapy ludziom bardzo się spodobały, a moje opowieści były na tyle przekonywujące, że moja pierwsza grupa w Paryżu nie uwierzyła na koniec, że byłem w stolicy Francji pierwszy raz. Szef powitał mnie na campingu słowami „witam najlepszego pilota w firmie”. Rzeczywiście, wtedy czułem satysfakcję. I byłem gotów na kolejny raz.

Kolejne dni w Burgundii, to kolejne pobudki o nieludzkich porach, nowe doświadczenia i odkrywanie lokalnego piękna. To było to winobranie od tej organizacyjnej strony. Objazd po winnicach, rozpoczęcia zbiorów, poznawanie pracodawców z winnic, których nazw do dziś nie zapamiętałem. Najlepsze w tym wszystkim były fenomenalne widoki. Pięknych, ciągnących się kilometrami burgundzkich winnic. I tych uroczych, małych mieścinek, w których to turysta robiący zdjęcie jest największą atrakcja dla mieszkańców.
Jedziemy na pace


Winnice, winnice. Aż po horyzont

Meursault. Świat się zatrzymał.

Nasi w pracy
 
To było fajne w tej Francji. Wykorzystywałem każdą sekundę, by zobaczyć tu jak najwięcej. W pewnym momencie dotarłem do Beaune. Do znacznie większego, niż te małe dziurki w okolicy. Beaune, jeśli już ktokolwiek o nim słyszał, skojarzy pewnie z tamtejszym hospicjum. Zanim dotarłem jednak do hospicjum, wlazłem chyba w każdą z tych spokojnych uliczek otoczonych tymi pięknymi domami i z każdą kolejną uliczką byłem bliższy stwierdzeniu, że Beaune jest lepsze od Paryża. Hospicjum też zobaczyłem, zwiedziłem katedrę w środku. Ale te klimatyczne ulice i sklepiki urzekały mnie tu najbardziej.
Cokolwiek by nie sprzedawali, chodziłbym codziennie.



Kawa w Beaune



Porozmawiajmy o hospicjum


Po wizycie w Beaune przyszedł czas na kolejne wyzwanie, które, jak się okazało, było trudniejsze, niż Paryż. W wolnym czasie na campie przyszło mi szukać innych campów, z którymi to moglibyśmy podjąć współpracę. Takich miejsc znalazłem dwanaście. Objazd okazał się wyzwaniem techniczno-lingiwstycznym. Pewien znany kierowca rajdowy, słynący ze słów "trzymaj się lewego pasa", czy "zawróć, jeśli to możliwe" nie ułatwiał nam zadania, prowadząc nas drogami kończącymi się bramą prowadzącą dajmy na to do nasypu kolejowego. Niektóre campingi były tak niewidoczne i kiepsko oznakowane, że musieliśmy korzystać z pomocy tubylców, co dla mnie kończyło się przeważnie próbą dogadania się w dawno nieużywanym i bardzo zaniedbanym francuskim. Sam do tej pory dziwie się, jak zrozumiałem, że jeden starszy pan pojedzie przed nami i doprowadzi nas na miejsce. Po sześciu odmowach przyjmowania pracowników winobrania na campingi miałem podcięte skrzydła. Na szczęście potem było już tylko lepiej. W takich sytuacjach najlepiej działa zasada: nie daj po sobie poznać, że rozumiesz, co znaczy bonjour. Francuz nie powie Ci wówczas hello, choćby był po anglistyce. Od razu lepiej się nam dogadywało.

Minął tydzień we Francji, kiedy po raz drugi wyruszyłem do Paryża. Cieszyłem się na ten dzień, miałem się spotkać w Paryżu z Justyną i wybrać na Montmartre. Moje plany niestety pokrzyżowane zostały bardzo szybko jednym sms’em z Ukrainy o treści "Impossible. Check your e-mail", który na tamtą chwilę wyrzucał do kosza dziesięć miesięcy mojej pracy. Uświadomiłem sobie wówczas, że przez tydzień zdołałem zapomnieć, że jest Polska, praca za biurkiem, że wyjazd we wrześniu nie jest najlepszym pomysłem. Ale cóż miałem zrobić, wisząc na fotelu pilota i będąc w połowie drogi do Paryża. Ten dzień wyobrażałem sobie inaczej. Justyna była zabiegana, ja w międzyczasie dzwoniłem na Ukrainę, generalnie zamiast Montmartre zwiedzaliśmy metro. I gare de Lyon, gdzie pół godziny stałem w kolejce, by kupić sobie bilet na powrotny TGV do Dijon, by wrócić na camping i zasiąść przed laptopem. I sprawdzić ten e-mail i zając się ugadanym przez telefon innym rozwiązaniem.
Mimo ciągłego biegu udało się zrobić wspólne zdjęcie

Kolejne dni mijały  sielankowo. Na biurowej pracy, drukowaniu ponad 300 egzemplarzy mapek Paryża dla czterech grup udających się tam jednocześnie następnego dnia, na odpoczynku. Poznawałem też wtedy opinie pracowników i zrozumiałem motywy ich wyjazdu na winobranie. To nie była tylko szansa na szybki zarobek. Dla wielu był to psychiczny odpoczynek od codziennej, stresującej pracy, umysłowy reset. Najbardziej jednak podobało mi się opinie – co tam winobranie, ważne że Paryż przy tym można zobaczyć. Podobno kiedyś tak nie było. I cieszy ten trend, że takie work&travel, nawet w tym europejskim wydaniu, jest po prostu dobrym pomysłem. Bo nie dość, że człowiek coś sobie dorobi, to jeszcze coś zobaczy. I to nie byle co. Bo Paryż. Przecież do tego miasta chyba tylko mnie na tym świecie nigdy nie ciągnęło.

W ostatni dzień znów byłem w Paryżu. Z czterema grupami jednocześnie. Kierowcy wręcz bili się o mnie, bym jechał z ich grupą. Żaden z nich nie był w Paryżu nigdy wcześniej. I pomyśleć, że tydzień wcześniej sam najchętniej bym uciekł, że muszę tam jechać pierwszy raz. Wytłumaczyłem każdemu, jak ma wjechać, każdy i tak pojechał za gps’em, a potem na parkingu każdy z nich od razu mówił "eee, trafiliśmy, łatwo było". No tak, ktoś mi kiedyś mówił, że Paryż jest prosty. Dotarłem w końcu na Montmartre. Urzekł mnie widok na miasto spod Sacre Coeur. To był dzień, w którym polubiłem Paryż.
Klimatyczna restauracja na Montmartre

Mój ulubiony widok na Paryż

Tak, bez okularów. To się rzadko zdarza. W tle Bazylika Sacre Coeur

Jak żyć bez? :)

Mały zoom na dachy Paryża

Obelisk Ramzesa na Placu de La Concorde

Ryzykowałem życie, by zrobić to zdjęcie. Champs Elysees.

Minęło dziesięć dni we Francji. Skończyła się podróż, na którą nigdy się nie zgodziłem. Nie zrobiłem Genewy. Nie było nawet o niej mowy. Żałowałem. Ale nie żałowałem całej reszty. Trzech razy w Paryżu, wstawania o piątej nad ranem, podziwiania winnic o wschodzie słońca. Odkrywania każdej uliczki w Beaune czy kaleczenia francuskiego w poszukiwaniu campingów. I tego, że też przeżywałem tam przez chwilę umysłowy reset. I tak sobie myślę, że jak już daje nam ktoś szansę, wykorzystujmy ją. Na sto procent. Choćby dlatego, że może się już nie powtórzyć. 

5 komentarzy:

  1. Super wpis. Paryż jest piękny, chociaż byłam tam tylko raz i to tylko 6 lat temu, ale było warto. Zazdroszczę tych winnic o wschodzie słońca. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję :) Z tymi wschodami słońca łatwo nie było, ale było warto :)
    A Paryż, nie powiem, robi wrażenie :) Choć potrzebowałem trzech razów, by to zauważyć :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak oglądam zdjęcia z Paryża, to może i mi się podobają, ale to miasto w ogóle mnie nie pociąga! :) Może kiedyś, kto wie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie martw się, mam podobnie. Na zdjęciach mi się podoba, ale żebym tam chciał wrócić z własnej woli, to nie :)

      Usuń
  4. Francja to mój ukochany kraj, a Paryz to moje miasto, problem jednak w tym, że nie da się go pokochać mając 6 godzin. Bywam w paryżu kilka razy do roku i zawsze mnie urzeka, spędziłam tu kiedyś dwa tygodnie, sam na sam z miastem i moimi myślami i Paryz mnie zmienił. drastycznie. Cieszę się, że tobie też sie na końcu spodobał. A Francja? To mój raj na ziemi, jest tu wszystko, góry, morze, słońce, sztuka, architektura, wino, sery, owoce, pisarze, arysci i każdy rodzaj inspiracji. Przynajmniej dla mnie

    OdpowiedzUsuń