28.12.2015

Przeżyjmy to jeszcze raz! Podsumowanie roku 2015!


Rok 2015 powoli dobiega końca. Przyszedł czas na podsumowania, rozliczenia i dalsze plany. Nie jestem zwolennikiem noworocznych postanowień. Ale skoro już się pojawiły, czas sprawdzić, czy się udało. Na początku roku obiecałem sobie spełnić kolejne marzenie z podróżniczej listy, mieć więcej pilotaży niż w poprzednim roku i nadrobić spore wówczas zaległości na blogu. Jaki był ten rok? Przeżyjmy go jeszcze raz!

W trasie


Pod względem pilockim rzeczywiście rok był lepszy od poprzedniego. Samych pilotaży do Kijowa miałem tyle, co w ubiegłym roku wszystkich razem wziętych. W mediach pojawiły się inne tematy, niż wojna na Ukrainie, to i ludzie zaczęli zapominać o złowrogim Majdanie i strasznym Donbasie.

Kijów w pewnym momencie stał się moim sprawdzonym miejscem. Współdziałałem na tym polu z pilotami, którzy albo nigdy tam nie byli, albo dawno nie byli, albo jeszcze nigdy nie pilotowali. I za każdym razem przywoziliśmy z tej Ukrainy zadowolonych ludzi. Za pierwszym razem pojechałem nawet z grupą do Zony. Kolejne razy przybliżały mi tylko miejsca, o których zwykłem mówić turystom. Zwiedzałem sobory, muzea. Spacerowałem, obserwowałem mieszkańców. Nawiązywałem znajomości, zbierałem informacje z pierwszej ręki, a nie z medialnego przekazu. A opowieści o Kijowie z typowo książkowych, stawały się żywsze, prawdziwe, wzbogacone własnymi doświadczeniami. To był rok naprawdę dobrej współpracy na linii Polska – Ukraina. A ja starałem się udowadniać za każdym razem, że Kijów jest bezpieczny i przyjazny. I nie ma w nim wojny. I chyba się udało.
A wszystko to w tym roku w Kijowie
Na szczęście przewinęły się też inne kierunki, przez co sezon nie był aż tak monotonny. Wszystko zaczęło się w Berlinie na Targach ITB, na które wróciłem po dwóch latach. Przewinął mi się też, niestety tylko jeden wyjazd do Szwajcarii. Pojawiła się też Słowacja, jednak w tym przypadku mieliśmy taką eskortę i wsparcie, że moja rola pilocka ograniczyła się do minimum. No i jeszcze pojawił się Paryż. Ale o tym później.

Pilotaże to jednak przede wszystkim praca z ludźmi. A tych ludzi i przy okazji przygód z tymi ludźmi związanych, w tym roku przewinęło się naprawdę mnóstwo. Do dziś pamiętam, jak jedna z uczestniczek dostała na granicy reprymendę od celniczki za jedzenie kabanosa podczas kontroli paszportowej, jak w Prypeci nagle zgubił się jeden chłopak, jak jeden gość chciał mnie pobić na stacji benzynowej, bo albo robię częściej postoje, albo daje mu kluczyk do toalety, jak pewna matka rzucała ptakiem w Ławrze Kijowskiej a potem poszła na lody i się zgubiła, jak jedna grupa po trzech cerkwiach stwierdziła, że ma już dość pielgrzymki, czy jak, cisnąc w kierunku mojego wzrostu, zapytano mnie, czy film będzie o krasnalach. Raz uczestniczka wyjazdu powiedziała do mnie, że ma pytanie, i że jak jej nie odpowiem, to mnie zabije, zanim w ogóle je zadała, po czym zapytała, czy przejdziemy na drugą stronę ulicy, bo chce zrobić zdjęcie.

Nie zawsze wszystko szło zgodnie z planem, jednak nadal uważam, że wszystkie tzw. "sytuacje awaryjne" unikają mnie szerokim łukiem. Raz tylko, na Ukrainie, wzywałem lekarza. Zabawna to była historia, zwłaszcza, gdy warunkiem zrobienia zastrzyku było to, że obiecam doktorowi, że Polska pomoże Ukrainie, gdy zaatakuje ją Rosja. Najbardziej awaryjna była ta jedna jedyna Szwajcaria, po pierwszym przemówieniu zepsuł się mikrofon i przez 5 dni musiałem krzyczeć grupie o Niemczech i Szwajcarii (a mam tu zawsze dość sporo do opowiedzenia), w hotelu w pierwszą noc był problem z boilerem, korki nękały nas gdzie się tylko dało, kierowca na podmianę jechał… stopem i drżałem przez 21 godzin powrotu ze Szwajcarii, czy dojedziemy tam, gdzie czeka. I nie zapomnę, jak z ledwo naładowaną mapą omijaliśmy 8-kilometrowy korek w południowych Niemczech, by dotrzeć na obiad. To był mój najlepszy pilotaż w tym roku. Bo mimo wymagającej grupy i rzucanych po drodze kłodach pod nogi udało mi się wyjść z tego z twarzą. I z naprawdę dobrymi referencjami.

W Bratysławie

W Genewie

Biurowa codzienność


A po tych wszystkich wyjazdach przychodziły do biura opinie. Opinie, które z reguły budowały pewność siebie i pozwalały pomyśleć o sobie – robisz gościu dobrą robotę. Serce się raduje, kiedy ktoś zaczyna do Ciebie maila od "witam najprzyjemniejszego i najtroskliwszego pilota jakiego do tej pory spotkałam", pisze, że "podróżowanie z tak wspaniałymi przewodnikami to czysta przyjemność", czy jeszcze przed wyjazdem zadaje pytanie "czy Pan też z nami jedzie? Chętne zobaczyłabym na własne oczy tak kontaktowego i przemiłego człowieka". Tak, to zdecydowanie cieszy, kiedy ktoś docenia Twoją pracę, zarówno po pilotażu, jak i w innym ciężkim kawałku chleba, jakim jest obsługa klienta. Każdy mój dzień za biurkiem uświadamia mi, że turystyka to praca z ludźmi i do tych ludzi trzeba mieć czasem cierpliwość. Nawet, jeśli kilka razy dziennie odpowiadasz przez telefon na te same pytania, albo gdy klient pyta "co to jest Wiedeń?",  "czy mój samolot w styczniu też zestrzelą?", albo, co gorsza "koło jakiego dużego miasta leży Kijów?". Serio. I nawet za takie pytania bardzo lubię tą swoją pracę.

Ale nie martwcie się, wystarczy, że odwołasz wyjazd i przestajesz być taki wspaniały, a Twoja praca nie dość, że przestaje być pracą marzeń, to powoduje chęć rzucenia się w sidła nałogu nikotynowego, nawet jeśli od małego chłopczyka wiedziałeś, że papierosy są be. Do dziś mail, w którym jeden z klientów nazwał mnie "niekompetentnym kretynem" budzi we mnie te same, negatywne emocje. A wszystko dlatego, że nie zwróciliśmy pieniędzy, jak to sobie zażyczył – niezwłocznie. Co tam zasady i warunki uczestnictwa, które się podpisuje, lepiej nazwać kogoś kretynem. Niekompetentnym do tego. 

Sytuacji, kiedy nóż sam w kieszeni się otwierał było w tym roku kilka. Z obsługą klienta zdarzały się rzadko, za to pracą iście syzyfową były w tym roku moje ulubione przetargi. Początek tego roku był pasmem nieustających porażek na tym polu, co budziło bardzo negatywne emocje i poczucie jeśli nie bezużyteczności, to zmarnowanej szansy. Dziwne rzeczy przyszło mi organizować w tym roku. Moim faworytem był jednak wyjazd do Austrii, na którym uczestnicy mogli zobaczyć pokaz unasieniania bydła. Negatywnym bohaterem wygrany przetarg do Finlandii, który w końcu się nie odbył, bo faks jest na drugim piętrze, a transfer z Białegostoku nie może być do Wilna, tylko do Warszawy, bo z Warszawy jest jedna osoba. Ten rok uświadomił mi, że jednym krótkim NIE można zniszczyć miesiące ciężkiej pracy wielu ludzi. Ludzi, którzy od dawna czekali na taki wyjazd. 

Spełnione marzenia


Negatywne sytuacje miały w tym roku właściwości rzekłbym kumulacyjne – to znaczy następowały wszystkie na raz, jednocześnie. A to skutkowało myślą, że przydałoby się gdzieś wyjechać, nie sprawdzać służbowej poczty, nie odbierać telefonu. I przy okazji motywowało do odkładania pieniędzy na własne podróże. I do spełniania marzeń!

Pisząc na początku roku, że spełnię kolejne marzenie z podróżniczej listy, taką listę miałem tylko w głowie. Postanowiłem ją spisać. Z okazji 25 urodzin. Wyznaczyłem sobie cel na najbliższe pięć lat i postanowiłem zacząć go realizować. Tych prywatnych podróży było w tym roku całkiem sporo. Była Barcelona, którą uważałem za przereklamowaną, był Madryt, Toledo i Segowia. Był Lwów, do którego podchodziłem kilkukrotnie i nigdy wcześniej się mi nie udało. Choć na tamten moment, na przestrzeni trzech tygodni spędzałem więcej czasu za wschodnią granicą niż w domu i ostatnim krajem, do którego chciałem jechać była Ukraina. I w końcu był Cypr, który okazał się Grecją z tureckim odłamem. Ale co w tym moim podróżowaniu zmieniło się na plus, to to, że zaczęły to być podróże z refleksją i  przemyśleniem. Z weryfikowaniem wyobrażeń, z próbą poznania lokalnej kultury. Z obserwowaniem ludzi a nie tylko z kolejnym selfiakiem z kolejną ładną katedrą. Jak to mówią, czasem podróż jest ważniejsza od celu. I chyba powoli do tego dorastam.

Mogę ten rok nazwać śmiało rokiem podróży :)

Nowe doświadczenia


Ten rok przysporzył mi też kilku nowych doświadczeń. Pojechałem w lutym na study tour’a do Chorwacji, który uświadomił mi, jak bardzo tego typu wyjazdy poszerzają horyzonty i procentują w międzynarodowych kontaktach. No i byłem we Francji, o czym nadal nie napisałem, a to oznacza, że te moje postanowienia nie zostały zrealizowane do końca.

Skąd się wzięła ta Francja? Jeden z oddziałów mojej firmy organizuje wyjazdy na winobranie. Jest to spore przedsięwzięcie logistyczne. Miałem się tam przyjrzeć, na czym polega ta logistyka. A przy okazji miałem zabierać grupy pracowników do Paryża. Tego Paryża bałem się strasznie. Z bardzo prostej przyczyny – jestem zdecydowanym przeciwnikiem wysyłania pilotów bez znajomości dużej, europejskiej stolicy typu Paryż, Londyn, Wiedeń, czy Budapeszt z grupą turystów. Dlatego poronionym pomysłem byłoby wysyłanie mnie do Paryża, bym po nim oprowadził, jeśli nie byłem w nim nigdy wcześniej.

Postanowiłem ułatwić sobie zadanie. Jakieś dwa tygodnie zajęło mi przygotowanie trzech rodzajów mapek z trzema różnymi trasami po stolicy Francji, na odwrocie były opisane zaznaczone obiekty, podałem też ludziom ceny biletów wstępu do obiektów, gdyby znaleźli na nie czas, miejsce, gdzie mogą niedrogo zjeść i ewentualny kontakt do mnie, gdyby coś się działo. I ludzie byli wniebowzięci. Ale to fajnie, jak ktoś coś opowie, ale przydatne te mapki. Moja pierwsza grupa w Paryżu nie uwierzyła, gdy przyznałem na koniec, że też byłem tam pierwszy raz. Widać byłem bardzo przekonywujący. A ostatnim razem miałem tam cztery autokary na raz. Ludzie spotykali mnie na mieście i pytali, gdzie była ta restauracja, o której mówiłem, kierowcy wręcz bili się, bym jechał z nimi i pomógł dotrzeć do centrum. Paryż, do którego nigdy wcześniej mnie nie ciągnęło stał się mi zaskakująco bliski. Ale uświadomiłem sobie o tym, siedząc przy porannej kawie w moim ulubionym kijowskim hostelu 14 listopada, kiedy z łzami w oczach czytałem doniesienia o paryskich zamachach. 

Moja Francja. To nie był tylko Paryż
Co dalej?


To co? Kolejne marzenie z podróżniczej listy, więcej pilotaży niż w ubiegłym roku i narobienie zaległości na blogu? Nie, tym razem będę trochę bardziej konkretny. W tym roku mam ochotę na Tallin, Rygę i Wilno. Myślę też o Lizbonie, choć nie jest ona na mojej liście. Pilotaży właściwie wystarczy mi tyle, ile było w tym roku. Zwłaszcza, że od pamiętnego poranka 14 listopada zaczynam odnosić wrażenie, że przed nami ciężkie czasy. Obyśmy w przyszłym roku po pierwsze, mogli, a po drugie, nie bali się podróżować.

A przede wszystkim, chciałbym się w końcu nauczyć systematyczności. Napisać Wam wreszcie o moim rodzinnym Tarnowie, przelać swoje przemyślenia z tej wrześniowej Francji. Pisać na bieżąco, na fali emocji po powrocie, a nie kilka miesięcy później, usiłując przypomnieć sobie, jak to leciało. I czego bardzo chcę, to nieść pozytywny przekaz i inspirować Was do podróżowania. Tak, niech będzie tu nadal pozytywnie. Bez większej prywaty, bez negatywnych emocji. Subiektywnie, ale zawsze z uśmiechem.

Spełnienia marzeń w Nowym Roku! Niech będzie przynajmniej tak dobry, jak ten poprzedni.

8 komentarzy:

  1. Wooo, nie sądziłam, że masz 25 lat! To po pierwsze. :D
    Po drugie, nie znam Cię, ale jakoś się tym dobrym referencjom nie dziwię, bo masz taki pocieszny styl bycia (to komplement!) na snapie, że sama chętnie bym na taką wycieczkę pojechała, gdyby nie to, że praktykuję solo travel. :D Pomyślności w 2016!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To aż strach spytać, ile lat byś mi dała :)
      Słowo "pocieszny" wyjątkowo potraktuję jako komplement :D Chociaż zupełnie nie wiem, co masz na myśli :)
      A od solo travel warto czasem zrobić wyjątek :)
      Spełnienia marzeń w nowym roku! :)

      Usuń
  2. Sam ostatnio występowałem na festiwalu podróżniczym z moją Armenią. Mówiliśmy zupełnie spontanicznie, ale przypomnienie sobie szczegółów w trzy miesiące po było trudne. Francję odwiedzałem cztery lata temu, a dopiero teraz opisuję zdjęcia - fotka po fotce. Idzie ciężko.

    Też mi się marzy więcej podróżowania, także odkładam "do słoiczka" :) i modlę o jak najmniej zamachów... Szczęśliwego nowego roku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Systematyczność to podstawa. A czemu nie wiedziałem nic o Armenii, to nie wiem :)
      A poza zamachami, warto też czasem pomodlić się za mocną złotówkę. Co by podróżowanie nie było zbyt drogie. :)

      Usuń
  3. Świetne podsumowanie! Talinn mi też się marzy i chętnie połączyłbym go sobie z Helsinkami :) Wszystkiego dobrego w nowym roku! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) W Helsinkach już byłem, ale w sumie jest to jedno z niewielu miejsc, do którego wróciłbym z przyjemnością. Kto wie, czy jak już nie będę w Tallinie, nie wyskoczę sobie promem na jeden dzień do Helsinek :) Chętnie zobaczę, co się tam zmieniło :)
      Dziękuję i Tobie również :)

      Usuń
  4. Oby 2016 rok pobił jeszcze bardziej rok 2015 ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oby :) Na razie się mu nie spieszy, ale za to całkiem dobrze rokuje :)

      Usuń