02.11.2015

Lwów. Polski, czy ukraiński?


Zawsze chciałem pojechać do Lwowa. Słyszałem o jego fenomenalnej architekturze, z rozmarzeniem przeglądając zdjęcia. Kojarzył mi się z przeszłością mojej rodziny, choć tak naprawdę część moich przodków, o ile mieszkała na terenach dzisiejszej Ukrainy, tak nigdy z tym miastem związków nie miała. Mimo to bardzo chciałem przekonać się, czy we Lwowie poczuję się jak w domu?

Do wyjazdu podchodziłem kilkukrotnie. Lwów z Krakowa, nie mówiąc o rodzinnym Tarnowie był moim najbliższym marzeniem na mapie. Ledwo 350 km. W pół dnia dotrzemy. Przejście w Medyce znam prawie jak własną kieszeń, nawet przy kolejnym przekraczaniu granicy wypatrzyłem skąd do Lwowa odjeżdżają marszrutki. I jeszcze na Ukrainie tanio, to nie będzie tak trudno znaleźć współtowarzyszy. Myliłem się. Do pięciu razy sztuka. Wystarczył jeden spontaniczny sms na dwa dni przed wyjazdem. Lwów w poniedziałek? I pojechaliśmy. Zorganizowane tak na wariata, że nawet w hostelu zaliczki nie chcieli. Bo zanim by dotarła, już dawno bylibyśmy na miejscu z gotówką w dłoni.

Po jakichś ośmiu godzinach byliśmy na miejscu. Zmarznięci, głodni, przestraszeni bzdurnym mitem, że we Lwowie wieczorami nie ma ciepłej wody. Po sprawdzeniu, że jednak w tym dużym mieście wiedzą, co to boiler, ruszyliśmy do sprawdzonej w kijowskich warunkach restauracji. Po kilkugodzinnej podróży zostawiliśmy zwiedzanie na kolejne dni, ten pierwszy poświęcając na kosztowanie tego co lokalne. W napitku i strawie.

W kijowskiej Puzatej przy Placu Kontraktowym jadam właściwie za każdym razem, gdy mam dzień wolny w stolicy Ukrainy. Ślinka ciekła mi już na barszcz ukraiński i kotlet po kijowsku, do tego stopnia że łatwiej było mi trafić do restauracji, niż do hostelu. I na pierwszy rzut oka Puzata była taka, jak w Kijowie. Kran zaraz przy wejściu, swojski, karczemny wystrój, takie samo odzienie obsługi i nawet gramatura potraw równie mizerna, jak w Kijowie. Ale była w tym wszystkim zasadnicza różnica. Nie wiem, czy w Kijowie jest tak gwarno, że nie słychać muzyki, czy po prostu jej nie puszczają. We Lwowie puszczali. I nijak miała się do swojskiego klimatu tej restauracji. W głośnikach leciało lokalne, komercyjne radio, muzycznie nieustępujące naszym komercyjnym rozgłośniom wbijającym nam do głowy piosenki wokalistek rodem z jednego z wielu Talent Show. Pomyślałem sobie wtedy – Lwów chciałby być w innym miejscu, niż jest teraz. Lwów chce być zachodni. W Kijowie się tego nie czuje.
Nie da się ukryć, gdzie chciałby być Lwów i zachodnia Ukraina
Z refleksją opuszczałem taką samą a inną Puzatą w celu skosztowania Lwowskiego1715 w miejscu jego pochodzenia. Lwów był już wtedy ciemny, szary, zmoczony deszczem. I zaskakująco opustoszały. Chłodny wieczór zmuszał do piwnej degustacji, więc postanowiliśmy podejść do knajpy, bez której pewnie nikt nie wyobraża sobie wizyty we Lwowie. Jest takie miejsce, do którego trafić niełatwo, z resztą sama jego nazwa – Kryjówka, wskazuje na to, że wymoczek w temacie lwowskich miejscówek bez pokazania drogi przez lokalsa raczej ot tak nie trafi. I jeszcze ten ustny kod do drzwi "Slava Ukraini"! Wszystko to wydawało się lekko przerysowane.
Rynek
Knajpa jest w, rzekłbym, podziemno-powstańczym klimacie. O hasło pyta koleś w wojskowym stroju wymachując karabinem właściwie bez żadnej kontroli. Wewnątrz lokalne "Nie rzucim Ziemi" przeplatane piosenkami bardziej w klimacie "Hej Sokoły", śpiewane, nie z głośnika. Czasem tylko ktoś strzeli z pistoletu, albo jakiś gość w przebraniu wilka przejdzie się środkiem, niby strasząc, a za chwilę pozując z Tobą do selfie za 10 hrywien. Z kolejnym kuflem Kryjówka sprawiała wrażenie bardziej komercyjnej, niż kultywującej narodowego ducha. A może po prostu chciałem się tam napić, a nie nad tym zastanawiać?

O poranku wreszcie byliśmy w stanie dostrzec, co czeka nas za oknem naszego pokoju. Cała wizyta we Lwowie, poza spełnianiem jednego z moich marzeń miała na celu sprawdzenie, czy poczuje się tu jak w domu. Chciałem się przekonać, czy to miasto przypominać mi będzie Polskę? A może bardziej Małopolskę. Kraków, czy Tarnów. Dawną Galicję. Za pierwszym śladem domu nie musiałem daleko szukać. Wyjrzałem przez okno na Prospekt Swobody. I poczułem się, jakbym właśnie obudził się w jednej z kamienic na rogu Dietla i Krakowskiej, nigdzie indziej, jak w Krakowie. Tylko ktoś przez noc zabrał z Dietla szyny tramwajowe i po środku położył chodnik.

A to był dopiero początek. Wystarczyło podejść do najbliższego z kościołów. No właśnie, do kościołów. Gdzie to prawosławie? Jedzie się do Lwowa przez Szeginie, przez Mościska, widzi się piękne cerkwie ze złoconymi kopułami. A we Lwowie? We Lwowie wszystko co cerkiewne, bryłę ma kościelną. Może to i dobrze, pewnie muzułmanie z tutejszych pereł baroku zrobiliby tu obecną Hagię Sofię w miniaturze, albo chociaż z każdej wieży zrobiliby minaret. Ale to nie bryły mówią tak o polskości, jak wnętrza. Jak nagrobki w języku polskim. Czy nawet bzdurny opis świątyni dla turystów, też w języku polskim, choć pewnie w tej kwestii czynnikiem decydującym jest odległość do naszego kraju. Ale wystarczy przejść jakieś dwieście metrów dalej na Plac Halicki, by mijając po drodze księgarnię, gdzie nad ukraińskimi szyldami widnieje wielki napis "książki", dojść do pomnika naszego wieszcza Mickiewicza. Z imieniem i nazwiskiem tylko w naszym języku. Lwów w moich oczach stał się taki nasz. Taki swojski. Tylko ta ukraińska flaga łopocząca na ratuszowej wieży mi do tego nie pasowała.
Z pomnikiem Mickiewicza
O ile chwilę później, zmierzając w kierunku lwowskiej Opery, Lwów pod pomnikiem wieszcza Tarasa Szewczenki znów stał się na chwilę ukraiński, tak tych śladów polskości przez cały dzień nie brakowało. W świątyniach, i to niekoniecznie typowo polskich, znów pojawiały się znaki niczym nieprzypominające cyrylicę. Wystarczyło w poszukiwaniu wejść na pierwszy lepszy dziedziniec kamienicy, by przypomnieć sobie czasy dzieciństwa. Kiedy przyjeżdżało się na wigilię do prababci mieszkającej w jednej z tarnowskich kamienic, gdzie do poszczególnych domostw wejść można było czymś, co bardziej przypomina taras, niż korytarz. I jeszcze na końcu tego korytarza, w rogu, wspólna toaleta. Na całe piętro. I wszystko to sprawiające wrażenie jakby miało się rozsypać. Lwów gdzieniegdzie wygląda na trochę zaniedbany. Ale gwarantuje, ta schodząca farba, czy nawet to graffiti cyrylicą sprawiają, że te budynki są po prostu piękne.

Sceneria jak u prababci :)
Przez cały dzień włóczenia się po mieście czułem przewagę polskiego ducha. Pytanie, w czym był on zaklęty? W podobnej architekturze, jak nasza? W polskich nazwach i napisach? Czy nawet gdzieniegdzie słyszanym języku polskim, bynajmniej padającym z ust mieszkańca, nie turysty? Wciąż do tej pełni polskości czegoś brakowało.

Wieczorem lwowski rynek diametralnie zmienił swoje oblicze. Z wczorajszej, rozczarowującej wręcz oazy spokoju stał się miejscem spotkań, imprez, zabaw, miejscem tętniącym życiem. Przy każdej z pierzei inny zespół grywał własną interpretację zachodnich hitów. Nas jednak ciągnęła chęć dalszej degustacji lokalnych trunków. Aż nagle trafiliśmy do Prawdy.

Do Prawdy przyciągnął nas sklep z piwem. Lokalnym, wyrabianym na miejscu. I już, lekko przestraszeni cenami mieliśmy stamtąd wychodzić, gdy nagle rozbrzmiał dźwięk bębnów i trąbek. Okazało się, że grają tu na żywo. W popłochu biegaliśmy po piętrach w poszukiwaniu wolnego stolika. Udało się. I tak rozkoszując się piwem z lokalnego browaru znajdującego się kilka pięter pod naszymi stopami, wschłuchiwaliśmy się w dźwięki dającej koncert orkiestry. Hity znów były radiowe, zachodnie. Ludzie bawili się przednio. W ogóle, Ukraińcy na moje oko bawią się dużo lepiej, niż my, Polacy. Aż tu nagle każdy z uczestników otrzymał pustą, plastikową butelkę, a w Prawdzie zaczął rozbrzmiewać dźwięk „We will, we will rock you!”. Ludzie zgodnie, do rytmu wybijali rytm tymi butelkami. I na zakończenie tej pieśni nagle coś się stało. Ktoś z tłumu wykrzyknął „Slava Ukraini!”, po czym cała reszta tłumu zrobiła to samo. Slava Ukraini. Nie na zawołanie do drzwi, bo ktoś pyta o hasło. Naturalne. Narodowe. Samo z siebie. Slava Ukraini. We will rock you. If you know what I mean.

 Prawda. To dobra nazwa dla tego miejsca. Pokazała mi prawdę o tym, czyj, a raczej jaki jest Lwów. Po Slava Ukraini przeszła przeze mnie myśl – Lwów jest ukraiński. Z tą myślą położyłem się tej nocy spać. I z tą myślą wstałem kolejnego dnia. I nie byłem pewien, czy o tej myśli zapomnę.

Tamtego poranka Lwów znów zmienił swoje oblicze. Pustki na ulicach i ta przeszywająca cisza przerywana łopotaniem wszechobecnych, ukraińskich flag. Najpierw wydawało się nam, że po prostu wstaliśmy wcześniej niż wczoraj i miasto dopiero za chwilę obudzi się do życia. Szybko jednak okazało się, że na Ukrainie przypada nam święto – Dzień Obrońcy Ukrainy. I tak jasnym stało się, skąd tylu mieszkańców wyszło wczoraj na miasto i dlaczego o poranku zamiast ludzi spotykamy same niebiesko-żółte flagi.
Świąteczny poranek. Cisza. Kamienice. Ukraińskie flagi.

Flagi stały się tego dnia ozdobą właściwie każdej z kamienic. Tych samych kamienic, które jeszcze wczoraj przypominały mi  czasy dzieciństwa. Miałem coraz mniej wątpliwości, jaki jest Lwów. I  z pewnością w zwalczeniu tego nie pomogły też wszechobecne manifestacje o typowo narodowym charakterze.


Nawet wizyta na Cmentarzu Łyczakowskim, mimo nagrobków tak znanych postaci jak Maria Konopnicka czy Gabriela Zapolska, nie mówiąc już o szokującej mogile Orląt Lwowskich, nie były już w stanie wybić mi głowy okrzyku Slava Ukraini. Nie pomagały plakaty w języku polskim, polskojęzyczne szyldy kawiarni, czy język polski przewijający się wśród starszyzny na Prospekcie Szewczenki. Wieczorem musieliśmy znów wrócić do Prawdy i przeżyć to jeszcze raz. Lwowski rynek na nowo tętnił życiem. Znów młodzi ludzie chwalili się swoim muzycznym talentem. Starsi w kącie rynku tańczyli tango. Tuż obok przeszła manifestacja banderowców, a po chwili z głośników zabrzmiało stare, dobre "Tylko we Lwowie", które nuciliśmy pod nosem przez cały wyjazd. I w tym momencie pomyślałem, że gdybym był Ukraińcem, mieszkałbym we Lwowie.
Prospekt Szewczenki
No to jaki ten Lwów jest? Po pierwszych dwóch dniach mojej obecności rzekłbym, że ukraiński, z polskim pierwiastkiem, kierujący wzrok ku zachodniej Europie. Polskość zniknęłaby stąd chyba tylko wtedy, gdyby to miasto zrównano z ziemią. Nie ma co dyskutować, że polska historia zawsze będzie tu miała swoje miejsce. Ale miasto tworzą ludzie. Społeczność. A ta społeczność jest ukraińska. W świadomym tego słowa znaczeniu. 

10 komentarzy:

  1. Pamiętam te miejsca z Twoich zdjęć! Lwów jest typowo ukraiński - w polskim mieście na pewno nie wisiałyby na budynkach flagi UPA :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chociaż na Twoich zdjęciach ich nie widzę :) My tam byliśmy w lutym i było ich dużo.
      I druga rzecz, o której zapomniałam napisać wcześniej - moi przodkowie tez pochodzą spod Lwowa :)

      Usuń
    2. Flagi UPA się przewijały, mam je nawet na zdjęciach, więc i takich akcentów podczas mojej wizyty nie brakowało :)

      Usuń
  2. Ciekawy post.
    Mam podobne odczucia po wycieczkach do Wilna. Młode pokolenie ostentacyjnie mówi po litewsku, starsze zna lub choćby rozumie po polsku. Ciągle żyje tam wielu Polaków, którzy nie chcą wyrzec się polskości. Wziąwszy pod uwagę dlaczego i jak oderwano Litwę od Polski, nie ma się czemu dziwić.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      A co do Wilna, jeszcze mnie tam nie było. Ale jeśli skłania do takich refleksji, chyba będę musiał zastanowić się nad wizytą w tym mieście :)

      Usuń
    2. Jestem przekonana, że nie będziesz żałował. Koniecznie odwiedź Polski Cmentarz na Antokolu.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  3. Posiłek w banderówce ludobójców? Co teraz, piwko w obozie koncentracyjnym? Flaczki w celi śmierci? Herbatka z burdelmamą?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Drogi anonimie, najlepiej flaczki w celi śmierci obozu koncentracyjnego popijane piwem, w towarzystwie burdelmamy.
      Następnym razem proszę się podpisać, lubię wiedzieć, kto pisze komentarze na tak wysokim poziomie :)
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  4. Dzień dobry. Zauważyłam, że ostatnio ktoś wysyłał z mojego konta jakieś obrzydliwe wiadomości. Zapewne poczuł się Pan słusznie obrażony za co bardzo przepraszam i jest mi niezmiernie przykro

    OdpowiedzUsuń
  5. Na zdjęciu niebieski tramwaj przejeżdża przez Lwów niczym niebieskie tramwaje, które przejeżdżają przez Wrocław. Kolor tych pojazdów, jak zresztą wiele innych rzeczy. Wrocław zawdzięcza właśnie Lwowowi. W końcu Lwów i Wrocław to miasta nierozerwalnie ze sobą związane za sprawą 1945 roku, gdy to ludność ze Lwowa i innych miast Kresów Wschodnich przywędrowała do nadodrzańskiej metropolii i wskrzesiła ją z ruin po Festung Breslau. A w 2017 jedno i drugie miasto doczekają się nareszcie połączenia między sobą, co otworzy jeszcze większe możliwości na zwiedzanie Lwowa przez Wrocławian i Wrocławia przez Lwowian :)

    OdpowiedzUsuń