14.06.2015

Madryt


Barcelona, szósta rano. Pędem wybiegamy z hotelu i lecimy do najbliższej stacji metra. Bez porannej kawy biega się dość ciężko, jednak ciśnienie bardzo szybko skacze do góry. Pociąg do Madrytu już za niecałe 40 minut. Najbliższy wagonik metra dopiero za minut 10. A jeszcze musimy się przesiąść. Jeśli na przesiadce też będziemy musieli czekać, to nie zdążymy. Do tego na dworcu odprawa bezpieczeństwa. Będzie kolejka, pociąg odjedzie nam sprzed nosa. Kolejny za chwilę, ale bilety za 100 euro na głowę. Tak, nasłuchałem się przez te pół godziny sformułowania „nie zdążymy” wielokrotnie. Zdążyliśmy. Na dworcu byliśmy dziesięć minut przed odjazdem a odprawa bezpieczeństwa trwała dziesięć sekund. Zasiedliśmy wygodnie i z prędkością dochodzącą do 300 km/h udaliśmy się do Madrytu. Nie róbcie tego w domu, ani w Barcelonie o szóstej rano. Dla świętego spokoju.

Pojechaliśmy do naszego hostalu by zostawić bagaże i się zakwaterować. Oczywiście, nauczony doświadczeniem, że nawet nie ma co próbować wyciągać swojego żałosnego hiszpańskiego, rozpocząłem rozmowę po angielsku. Po chwili usłyszałem pytanie "hablas poquito espanol?". Pomyślałem – nareszcie! W końcu mogłem poćwiczyć język. I nie było z nim aż tak źle, jak mi się wydawało. Zakwaterowałem nas, załatwiłem przechowanie bagaży, fakturę, nawet pożartowaliśmy z panią recepcjonistką. Moje hiszpańskie skrzydełka nieco odżyły. Z radością i upragnioną kawą w ręku wyruszyliśmy na zwiedzanie.

Pierwszym punktem wycieczki było miejsce, które zostało mi zareklamowane jako jedno z najpiękniejszych w Madrycie. Miało być nim Templo de Debod, egipska świątynia przywieziona do Madrytu w podzięce za opiekę właśnie nad nią podczas budowy tamy asuańskiej. Widząc Egipt w centrum Madrytu i mając w głowie określenie – one of the Best, pomyślałem sobie, że skoro to jest jedno z najpiękniejszych miejsc, to samo miasto musi być zwyczajnie marne. Świątynia egipska jednak nie była taka zła. Całkiem ładny widok roztaczał się stamtąd na katedrę i Pałac Królewski, o których na tamtą chwilę pomyślałem WOW, a samą świątynię można było zwiedzić za darmo po odczekaniu dłuższej chwili w kolejce. I mimo wszystko po całym zwiedzaniu miasta mogę rzeczywiście dojść do wniosku, że to jedno z najładniejszych miejsc w całym Madrycie.
Templo de Debot - nuta Egiptu w centrum Madrytu
Udaliśmy się na najsłynniejszą arterię stolicy Hiszpanii – Gran Vię. Rozpoczęliśmy od Plaza de Espana, gdzie najciekawszym miejscem na moje oko jest pomnik Don Kichota i Sancho Pansy. Porównując do Placa de Espana w Barcelonie, stolica Katalonii deklasuje jednak swojego stołecznego rywala. Remonty, ogromny uliczny hałas z Gran Via, gdzieniegdzie żwir zamiast chodnika. Plac hiszpański w stolicy kraju? Szału nie było. I jeszcze otoczenie planu ogromnymi budynkami, których styl określiłbym jako amerykański. Madryt powoli zaczynał mnie rozczarowywać.
Don Kichot i Sancho Pansa
Trochę Ameryki w Madrycie
Przemierzyliśmy Gran Vię. Masa ludzi, spory ruch na drodze. To raczej nic nadzwyczajnego na głównej ulicy kilkumilionowego miasta. Zabudowa? Miejscami interesująca, aczkolwiek to nie mój styl. Widać, że to miejsce w Madrycie ma raczej krótszą, niż dłuższą historię. Są tu jednak budynki, na które warto zwrócić uwagę. Smutno mi było, że najbardziej znany, budynek hotelu Metropolis był w remoncie. Myślałem, że on pozwoli mi polubić to miejsce.
Zabudowa przy Gran Via
Na horyzoncie nagle pojawił mi się dobrze znany mi budynek. Za młodu, kiedy uczyłem się hiszpańskiego i można powiedzieć jarałem się całą Hiszpanią (poza mainstreamową Barceloną oczywiście), jednym z moich wymarzonych miejsc, które chciałem zobaczyć, była Plaza de Cibeles. Na środku placu pomnik bogini płodności trzymającej klucze do miasta, za nim przepiękny Pałac Telekomunikacji. Zawsze chciałem tu być. I dotarłem. Wszystko pięknie, ładnie. Ale. Po pierwsze, chwała temu, kto zrobi zdjęcie bez żadnego samochodu. Plac jest zamykany tylko wtedy, kiedy Real Madryt wygra mecz. Środek dnia w środku tygodnia to raczej termin daleki od jakiegokolwiek meczu dumy stolicy, wiec nie udało się podejść do pomnika. A poza tym, w miejscu, gdzie robiłem zdjęcia stał facet sprzedający popularne ostatnio selfie stick’i. Zwracał na siebie uwagę w bardzo irytujący sposób, mianowicie powtarzał bez przerwy jedno słowo. Selfie. Nigdy nie słyszałem tego słowa w takiej częstotliwości, a od samego "selfie selfie selfie selfie selfie…" przez chwilę sam miałem dość selfie.

Bardzo fotogeniczny Pałac Komunikacji, w rzeczywistości wygląda nieco mniej atrakcyjnie 
Z Plaza de Cibeles udaliśmy się na obiad. Przez przypadek trafiliśmy do fantastycznej knajpy. Zachęciło nas menu dnia za 12 euro. Trzydaniowy obiad z dwoma napojami (Cavą i kawą) to dobra cena. Już nie mówiąc o tym, że ensalada Iberica serwowana tam jako przystawka była naprawdę wyśmienita!

Najedzeni i w lepszych nastrojach ruszyliśmy w stronę serca Madrytu. W okolicy Plaza Mayor zaczynało mi się podobać. Urokliwe uliczki, ładne skwery, odnowione kamienice. Na rogach ulic nazwy wypisane na płytkach azulejos. Robiło się naprawdę ładnie. Aż dotarliśmy do Plaza Mayor. I było to kolejne miejsce, które mnie nie zachwyciło. Trochę jak plac św. Marka, trochę jak rynek w Warszawie. Mogłoby to wyglądać zdecydowanie lepiej. Jednak, jak z czasem zaobserwowałem, było to po prostu typowe. Typowy główny plac miasta w typowym kastylijskim mieście, o typowej zabudowie, którą gdybym miał jakoś określić, nazwałbym ją… kolonialną. Nie wiem, dlaczego nasuwa mi się właśnie to określenie. W każdym razie było to kolejne miejsce, które do mnie w Madrycie nie przemówiło. Być może dlatego, że przydałby się tu mały lifting tych lekko zapuszczonych kamienic.
Mógłbym mieć takie w domu :)
Jedna z uliczek prowadząca do Plaza Mayor
Ratusz przy Plaza Mayor. Również bardzo fotogeniczny.
Zabudowa przy Calle de Alcala
Dużo większe wrażenie zrobiła na mnie zabudowa Calle de Alcala, która zaprowadziła nas do kolejnego znanego miejsca w Madrycie – Puerta del Sol. Główny meeting point mieszkańców Madrytu też nie porwał mojego serca. Co ciekawe, okazało się, że symbolem kolejnej stolicy (po Berlinie i Bernie) jest niedźwiedź.
Popołudniu udaliśmy się w okolice Pałacu Królewskiego i Katedry. O ile z daleka cały kompleks wygląda niesamowicie, tak przy bliższym poznaniu nie było już tak kolorowo. Pałac królewski owszem, jest monumentalny. Ale, podobnie jak Plaza Mayor, renowacja elewacji wydaje się koniecznością. Podchodząc do katedry nie da się ukryć, że jest ona budowlą bardzo młodą. Wewnątrz robi wrażenie, ale jest ewidentnie nowa i nie odczuwa się tutaj tego klimatu, który jest nieodłączny w starych, choćby średniowiecznych świątyniach. Mieliśmy skorzystać z darmowego zwiedzania Pałacu Królewskiego, jednak przez uroczystości było to niemożliwe. Na szczęście przed nami jeszcze dwa popołudnia w Madrycie a także ostatni dzień przed popołudniowym wylotem. Więc być może jeszcze nie wszystko stracone.

Wnętrze katedry w Madrycie

Kolejne popołudnie rozpoczęliśmy do szybkiej wizyty na dworcu Atocha, w którego wnętrzu urządzono małą dżunglę. Wygląda to trochę jak w pijalni w Krynicy. Trafiliśmy tam jednak nie przez przypadek, tuż obok znajduje się muzeum Królowej Sofii, w której czekało na mnie spełnienie marzenia – Guernica.
Wnętrze dworca kolejowego w Madrycie
Cała reszta dzieł nie była dla mnie interesująca. Owszem, byli tam wielcy, znani malarze. Ja tylko starałem się za wszelką cenę dowiedzieć, gdzie jest Guernica. Niestety z otrzymanego planu muzeum niewiele wynika. Dlatego podpowiem, Guernica jest na drugim piętrze. Oczywiście jest najprawdopodobniej jedyne miejsce w całym muzeum, gdzie nie można robić zdjęć. Ale widziałem ją. Do dziś pamiętam lekcję języka polskiego w liceum, na której zajmowaliśmy się interpretacją tego obrazu. Każdy fragment ma tutaj swoją symbolikę. Obraz jest powalający. I byłem przeszczęśliwy, że mogę zobaczyć go na własne oczy. W oczach świeczki radości. I w końcu pierwsza rzecz, która naprawdę spodobała mi się w Madrycie.
Wejście do Muzeum Królowej Zofii
Potem udaliśmy się w kierunku jednej z trzech bram miasta, niegdyś wychodzącej na Toledo. Brama jak brama, najzabawniejszy jest jednak most – Puente de Toledo. Wygląda trochę jak Most Karola w Pradze. I być może wszystko byłoby tutaj w porządku, gdyby nie to, że rzeka, nad którą przebiega wygląda dosyć groteskowo. I tak potężny, kamienny most jest, rzec można, przeprawą przez strumyk. Na plus, nad rzeką Rio Manzanares powstały fenomenalne tereny rekreacyjne. Po niewielkich drzewach widać, że mają one dopiero kilka lat, niemniej jednak, gdybym mieszkał w Madrycie, z pewnością jeździłbym tam na rowerze, spacerował, siedział, czy czytał książkę. Nie mówiąc o tym, że w przeciwieństwie do pozostałej części miasta, nad rzeką był raczej względny spokój.
Puente de Toledo przerzucony nad.. niczym
Kolejny wieczór w Madrycie postanowiliśmy poświęcić na Palacio Real. Tym razem udało się wejść do środka, choć o mały włos nie zdążylibyśmy. Została nam godzina, by wszystko zobaczyć. Udało się nam, jednak w zawrotnym tempie. Jeśli ktoś uwielbia barok, z pewnością mógłby siedzieć tam godzinami. Prawdopodobnie nigdy nie widziałem takiego przepychu, jak tam. Jednak dla tych, którzy baroku nie lubią, z pewnością wydanie pieniędzy na dość drogi bilet wstępu byłoby raczej zmarnowaną inwestycją. Jeśli już ktoś chciałby zaryzykować, to polecam darmowe wejścia, które odbywają się w godzinach wieczornych. W środku niestety nie można robić zdjęć. Jak to stwierdził mój nienawidzący baroku współtowarzysz, pewnie dlatego, ze jakby ktoś zrobił tu zdjęcia, to nikt więcej nie chciałby zwiedzać Pałacu. Ale o gustach dyskutować nie będziemy.
Palacio Real

Jedno z najładniejszych miejsc w Madrycie znalezione podczas wieczornego spaceru

Przed rozpoczęciem ostatniego dnia naszej wizyty w stolicy Hiszpanii obawiałem się, że Madryt pozostanie już tylko jednym, wielkim rozczarowaniem. Powoli żegnaliśmy się z sympatyczną właścicielką hostalu, której tak bardzo chciałem podziękować za naprawdę świetny pobyt, a tak bardzo brakowało mi słów po hiszpańsku. W ostatni dzień towarzyszyła nam świetna pogoda. Spacerkiem udaliśmy się w kierunku Plaza de Colon, gdzie poza pomnikiem Kolumba i wielką hiszpańską flagą nie dało się nie zauważyć charakterystycznego wieżowca Torres de Colon, którego zakończeniem jest coś w rodzaju wtyczki. Największą ciekawostką tych potężnych biurowców jest to, że zostały one zbudowane od góry w dół.
Plaza de Colon, na drugim planie słynne Torres de Colon
Z placu niedaleko już do Parku Retiro. Pogoda niesamowita, Cava w butelce, a sam park po prostu przepiękny. Ogromny, pełen możliwości spędzenia wolnego czasu. Mógłbym siedzieć tam godzinami, choć zdecydowanie nie należę do amatorów biernego wypoczynku. Cieszę się, że tam trafiłem, Madryt w końcu dał się lubić.
Park Retiro stwarza ogromne możliwości spędzania wolnego czasu

Najpiękniejsze miejsce w parku 
A wisienką na torcie było Prado. Generalnie jestem amuzealny. Nie chodzę, nie podziwiam dzieł sztuki. Ale tam… to było coś niesamowitego. Ograniczał nas czas lotu powrotnego do Polski, wiec nie zobaczyliśmy wszystkiego i zwiedzaliśmy w dość szybkim tempie. Ale wiem, że kiedy tylko będzie mi dane wrócić do Madrytu, poświecę na to miejsce ponownie jakieś pół dnia. Bo jak nie lubię zachwycania się dziełami sztuki, tak ekspozycja w Prado zrobiła na mnie piorunujące wrażenie.

Nie taki Madryt zły, jak go malują. Wielki, tłoczny, architektonicznie zupełnie inny niż Barcelona. Zawsze myślałem, że lepszy od stolicy Katalonii, jednak zderzenie z rzeczywistością było zupełnie inne. Są tu miejsca, które przydałoby się odnowić, miejsca, które wydają mi się przereklamowane. Są tu jednak wspaniali, otwarci ludzie, którzy nawet nie próbują sklasyfikować cię jako obcokrajowca, a chcą, być mówił do nich w ich języku. Być może to dziwne, zwłaszcza w stolicy kraju, jednak mnie bardzo to cieszyło i dało możliwość przełamać pewne bariery. Warto zwracać tu uwagę na szczegóły, na nazwy ulic na płytkach azulejos, na mniej uczęszczane szlaki o znacznie ładniejszych kamienicach, niż te przy głównych ulicach miasta. Madryt to też świetna komunikacja. Roi się tu od przystanków metra i bez trudu można przemieszczać się z miejsca na miejsce. Nawet na lotnisko dotrzesz tutaj metrem. Czy jest to dobre miejsce do życia? Mimo, że architektura mnie tu nie porwała, uważam, że jest.

5 komentarzy:

  1. No tak, nie każde miejsce w danym mieście musi zachwycać. Madryt z chęcią odwiedzę.... może jeszcze nawet uda mi się w tym roku. To w sumie tylko kwestia decyzji kiedy i kupna biletów. Duży plus, to mam tam osobę, która mogłaby mi trochę pokazać te miasto. Ja w dalszym ciągu mam okres jarania się hiszpańskim, ale i Hiszpanią też :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też miałem taką osobę, więc łaziliśmy po zakamarkach i nie wszystkimi się podzieliłem, bo byłoby aż za dużo :)
      A Hiszpania, no cóż, jest się czym jarać. Tam wciąż mam swoje wielkie andaluzyjskie marzenia :)

      Usuń
  2. Właśnie jestem w Madrycie na erasmusie i stwierdzam, że jest o wiele ciekawszy, niż Barcelona. Chociaż zdecydowanie wolę tutaj miejsca, które nie są tak turystyczne np. dzielnica Chamartin, Salamanca czy Anden 0 w dzielnicy Chamberin. Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem szczerze, że gdybym miał wybrać z tych dwóch, gdzie mieszkać, też zostałbym przy Madrycie, więc się z Tobą zgodzę.
      Architektonicznie jednak Barcelona jak dla mnie deklasuje stołecznego rywala. Ale to zawsze jest kwestią gustu :)

      Usuń
  3. Trzeba zwrócić uwagę na lata budowy obu miast. Barcelona jest dużo starsza od Madrytu. Miasto portowe powstało znacznie wcześniej. Madryt, to trochę sztuczny twór. Wymyślono, że w tym miejscu będzie królowi najlepiej. Ściągali tam przedsiębiorcy, fabrykanci. Stawiali sobie domy i fabryki. XIX wiek? Może nieco wcześniej. Przepraszam że się wtrąciłam.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń