01.06.2015

Barcelona


Barcelona nigdy nie była moim "must-see". Nie lubię miejsc, którymi każdy się zachwyca, w których każdy albo już był, albo koniecznie musi pojechać. Ta niechęć wynikła pewnie też z moich lekcji hiszpańskiego, na które uczęszczałem kilka lat temu. Na jednej z nich moja nauczycielka pokazywała mi różnicę między katalońskim a kastylijskim. Stwierdziłem, totalnie nieświadomy prawdy, że w Katalonii po hiszpańsku raczej się nie dogadam. Mniejsza o to, ważne, że udało się znaleźć tanie bilety. I choć moje podróżnicze marzenia związane z Hiszpanią leżą głównie na południu, tak wcześniej przyszło mi zrealizować te mniejsze. Stąd wylot do niekoniecznie wyczekiwanej Barcelony i powrót z bardziej wyczekiwanego Madrytu. Zanim jednak Madryt, pozachwycajmy się miastem Gaudiego, jak wszyscy.

Na całą podróż rzuciłem sobie mały challenge. Odkopuję swój hiszpański i tylko po hiszpańsku staram się mówić. Sam zastanawiałem się, jak długo wytrzymam, jednak okazało się, że to Hiszpanie ze mną nie wytrzymali. O ile bez większego trudu kupiłem nam bilety z lotniska do centrum miasta, tak przy kwaterowaniu nas w hotelu, po wyrecytowaniu kilku zdań na temat naszej rezerwacji układanych przez całą drogę, otrzymałem nagle odpowiedź po angielsku. Pomyślałem sobie, że mój zapomniany hiszpański naprawdę musi być żałosny. Jednak można tą kwestię interpretować dwojako, abstrahując od jakichkolwiek błędów językowych. Być może była to kwestia – jestem Katalończykiem, nie chcę rozmawiać z Tobą po hiszpańsku (a podobno Katalończycy mają takiego bzika na punkcie swojej tożsamości narodowej, że bez katalońskiego nawet Hiszpan pracy w korporacji tu nie znajdzie). Albo Katalończycy za wszelką cenę chcieli odbijać od stereotypu, że Hiszpanie po angielsku nie mówią. I chyba musi być w tym ziarnko prawdy. Podobne sytuacje przechodzenia z hiszpańskiego na angielski zdarzyły mi się w Barcelonie kilkukrotnie, w Kastylii podobnych problemów raczej nie zauważyłem.

Przylecieliśmy wieczorem, więc tego samego dnia wyszliśmy na krótki spacer po Barri Gotic, nieopodal którego mieszkaliśmy. Miasto ewidentnie budziło się już wtedy do nocnego życia, na ulicach było tłoczno, grała muzyka. Budynki wyglądały pięknie, wąskie uliczki starówki trochę mrocznie i niebezpiecznie. Klimat Hiszpanii zaczął się powoli udzielać i budzić moją dawną, młodzieńczą miłość do tego kraju i tutejszej kultury.

Pierwszego wieczoru przyszło też pierwsze rozczarowanie Barceloną. Las Ramblas. Weszliśmy na szeroką, totalnie zatłoczoną ulicę, na której po jednej i drugiej stronie rósł rząd drzew. Od razu wiedziałem, gdzie jestem. Z każdym krokiem byłem jednak coraz bliżej ogromnego rozczarowania, jakie przyniosła mi ta ulica. Nie dość, że przy Ramblas nie ma właściwie żadnego interesującego budynku, to jeszcze ten nieskończony tłum ludzi przechadzających się tu w każdą stronę. Ale to nie tłum był najgorszy. Najgorsi byli zaczepiający nas handlarze. Na każdym kroku. Od ich nachalności poczułem się przez chwilę jak w Egipcie, i gdyby nie tutejsza waluta, pewnie na każdym kroku słyszałbym „one dolar”. Dotarcie do pomnika Kolumba i pobliskiego portu przyjąłem z wielką ulgą. Pozostało wrócić do hotelu i zregenerować się przed kolejnym dniem zwiedzania.

O poranku wyruszyliśmy dość okrężną drogą w kierunku plaży. Chcieliśmy po drodze znaleźć sympatyczne miejsce na śniadanie. Zamiast urokliwej knajpki znaleźliśmy jednak świetnie zagospodarowane wykopaliska w Mercat del Born i kwintesencję gotyku w Santa Maria del Mar. A śniadanie udało się nam zjeść dopiero przy Placa del Mar. Za to z widokiem na Morze Śródziemne!
Wnętrze Mercat del Born
Kościół Santa Maria del Mar
Pogoda, mimo sporej dawki słońca niestety nie sprzyjała plażowaniu. Porywisty wiatr nie przeszkadzał jednak mieszkańcom Barcelony w uprawianiu sportu. Trudno było nie zauważyć, jak aktywny tryb życia prowadzą Katalończycy. Młodzi na rowerach, czy grający w plażówkę na jednym z kilkunastu boisk przy plaży, mnóstwo biegaczy. A najstarsi, na spokojnie grają sobie w szachy. Widok godny pozazdroszczenia. O plaży nie mówiąc.
Ci to mają plażę :)
Promenada
Emerytowani szachiści
Po uraczeniu się nadmorskimi widokami wsiedliśmy w metro i wyruszyliśmy w kierunku Montjuic. Na szczyt można wjechać kolejką gondolową, zanim jednak wsiądzie się do gondoli, trzeba przetrwać jeszcze jedną kolejkę. Do kasy. Nie tracąc czasu wyszyliśmy w górę pieszo. Nie uniknęliśmy jednak kolejnej kolejki, tym razem ku naszemu zdziwieniu koniecznym było wykupienie biletów na wejście na twierdzę. Wydane z żalem 5 euro zdecydowanie nie były warte twierdzy. Poza ładnym widokiem na miasto nie dzieje się tutaj nic. I jak się później okazało, dużo lepszy widok można mieć w Barcelonie za darmo.
Barcelona z Montjuic

Z twierdzy zauważyłem pewien monumentalny budynek. Wiedzieliśmy od razu, gdzie musimy iść dalej. Po drodze zahaczyliśmy o stadion olimpijski, by następnie dotrzeć do niesamowitego gmachu Muzeum Narodowego Sztuki Katalońskiej. Został on zbudowany na jedną z Wystaw Światowych, które odbywały się w Barcelonie. I był on niesamowity. Swoją kopułą przypominał mi trochę Bazylikę św. Piotra, i jak się okazało, moje skojarzenie poparła nawet treść naszego przewodnika.
Muzeum Narodowe Sztuki Katalońskiej. Niesamowite!
Obchodząc muzeum dookoła w pewnym momencie usłyszałem hiszpańską muzykę. Udaliśmy się w tamtym kierunku i nagle przede mną wyłonił się widok zapierający dech w piersiach. Widok ze schodów prowadzących z Muzeum na tereny Wystawy Światowej, zwieńczone Placem Hiszpańskim. Nie wiem, czy to kwestia klimatu nadanego przez mężczyznę grającego na gitarze, ale w tym miejscu zakochałem się w Barcelonie. Siadłem na schodach i z kubkiem kawy w dłoni, ogromnym uśmiechem na ustach i szeroko otwartymi oczami obserwowałem niesamowity widok rozpościerający się przed nami. Było tak niesamowicie, że by zatrzymać ten moment, miałem ochotę nawet wydać 10 euro, by kupić płytę z muzyką tego człowieka.
Widok spod muzeum na Barcelonę
Z wielkim trudem opuszczałem to miejsce. Czas jednak mijał nieubłaganie, a na nas czekały kolejne atrakcje. Na celowniku Park Guell, oddalony nieco od centrum Barcelony, jednak niezastąpione w tym mieście metro ułatwiło nam sprawne dotarcie do tego miejsca.

Park Guell podzielony jest na dwie strefy. Pierwsza z nich, darmowa, obejmuje fragment ogrodów z całkiem ciekawym widokiem na Barcelonę. Strefa płatna obejmuje wszystko, co architektonicznie z Gaudim związane. O ile wydanie kilku euro nie wydawałoby się niczym nadzwyczajnym, tak dość niezwyczajne były wprowadzone tam limity odwiedzających. Przybywając na miejsce byliśmy przekonani, że uda nam się bez problemu wejść do płatnej części parku. Nic bardziej mylnego, na wejście musielibyśmy czekać aż dwie godziny. Pewnie dałoby się ten czas zagospodarować, gdyby nie to, że park położony jest raczej z dala od pozostałych atrakcji miasta, więc przemieszczanie się do centrum na chwilę nie miało niestety żadnego sensu. Musiałem zadowolić się jedynie widokiem na Barcelonę z punktu widokowego zwieńczonego krzyżem, na który nie dość, że dość ciężko było się wdrapać, tak tym ciężej było sobie zrobić zdjęcie. Oczywiście, dzięki uprzejmości innych turystów, uparcie i nieskończenie pozujących do sesji, lub torujących drogę.
Ten fragment parku Guell niestety mogłem podziwiać tylko z daleka.
Park Guell opuszczaliśmy z lekkim niedosytem. Sztukę wielkiego mistrza udało nam się nieco nadrobić w Pałacu Guellów, znajdującym się przy jednej z uliczek odchodzących od jak zawsze zatłoczonej, nawet w środku dnia Rambli. Warto było wejść do Pałacu, niesamowite wnętrza, a przede wszystkim świetnie wykończony dach zrobiły na nas wrażenie. Na dachu odkryliśmy również drugie oblicze Barcelony. Piękne kamieniczki kryją za sobą znacznie mniej urodziwe podwórza. Podwórza obnażające często poziom życia tutejszych mieszkańców. Z resztą, jedną z pierwszych obserwacji w mieście byli Ci najbiedniejsi. Bezdomni, porozstawiani w swoich kartonach i śpiworach w niejednym kącie niejednej ulicy.
Gaudi na dachu

Barcelona od kuchni
Ostatni dzień w Barcelonie rozpoczęliśmy od spaceru po Parku Ciutadell nieopodal miejsca naszego noclegu. Dawniej była tu cytadela, obecnie jest tu park. Przepiękny park, którego wisienką na torcie jest ogromna fontanna, projektowana z resztą przez nikogo innego, jak samego Gaudiego. Jedynym elementem, który zastanawia mnie do dziś jest potężnych rozmiarów mamut, stojący tuż obok fontanny, i na moje oko wręcz gryzący się z tutejszym otoczeniem.
Moja ulubiona fontanna w Barcelonie

Wspomniany mamut.
Przenieśliśmy się na Passeig de Gracia, jedną z ważniejszych ulic Barcelony, która architektonicznie wręcz deklasuje Ramblas. Casa Mila, Casa Batlio, Amtller czy Lleo i Morera to tylko nieliczne przykłady kamienic, przy których warto się zatrzymać. A co najważniejsze, tak blisko kolejna gwiazda Barcelony – Sagrada Familia.
Jeden z najładniejszych fragmentów Passeig de Gracia. Po prawej charakterystyczna dla Barcelony czarno żółta taksówka

Casa Mila
Nauczeni doświadczeniem zakupiliśmy bilety do Sagrady przez Internet, by uniknąć stania w kolejce otaczającej właściwie cały kościół. Było to zdecydowanie dobre rozwiązanie. Właściwie od razu weszliśmy do świątyni. Co rzuciło mi się na pierwszy rzut oka? Z perspektywy tuż pod nią bardzo ciężko ogarnąć to wzrokiem. A jak już chcesz zrobić jej zdjęcie, to World Press Photo za uchwycenie Sagrady bez żurawia, czy rusztowania. Serio.

O ile mogłem spodziewać się, że zdjęcie tego wielkiego placu budowy bez oznak budowy będzie mało prawdopodobne, tak zupełnie inaczej wyobrażałem sobie wnętrze tego kościoła. Witraże, wykończenia, nawiązania do przyrody i wszechobecna inspiracja naturą owszem, były interesujące. Ale niestety to wszystko, co mogło mi się tam spodobać. Co było w niej najgorsze? Hałas. I nie był on nawet związany z ogromną ilością turystów podziwiających.. no właśnie, nawet nie wiem co podziwiających. Zwiedzałem właśnie największy sakralny plac budowy udostępniony turystycznie. I o ile spodziewałbym się, że wnętrze będzie nowe, niedokończone, o ile nie dziwiłbym się, że w trakcie budowy hałas jest elementem nieuniknionym… tak nie spodziewałem się, że ta jakże wybitna świątynia w moim odczuciu będzie nie miała klimatu kościoła. Nigdzie. Na tamten moment żałowałem wydanych 15 euro.
Sklepienia w Sagradzie.
Żeby nie było samych negatywów, jest tu jednak miejsce, które mi się spodobało. Muzeum, które zwiedzimy na tym samym bilecie. Wyjaśnia ono całą historię, pokazuje projekty, pokazuje inspirację naturą. Muzeum wygrało z Sagradą. Ba, obawiam się, że nawet sklep z pamiątkami był lepszy, niż ona. Mam jednak nadzieję, że kiedy wrócę do Barcelony po ukończeniu Sagrady, jej wnętrze mi się spodoba. I będzie miało taki klimat, jakiego oczekuję od kościoła.
W muzeum Sagrady można obserwować prace wykończeniowe
Po wizycie w Sagradzie wybraliśmy się na Tibidabo, 500 metrowe wzgórze nieopodal miasta. Nietrudno tam dotrzeć, najpierw musimy wsiąść w metro, potem przesiąść się w kolejkę. Kiedy wyjedziemy na górę, pozostaje nam spacer, lub dojazd do szczytu autobusem. Wybraliśmy spacer i był to strzał w dziesiątkę. Po części dlatego, że widząc wszystkie fenomenalnie ulokowane domostwa oznaczone tablicami „na sprzedaż” miałem wizję porannej kawy na moim prywatnym balkonie z widokiem na całą Barcelonę i okoliczne wybrzeże. Ale przede wszystkim dlatego, że, jak się później okazało, to właśnie z drogi widok na miasto jest tutaj najlepszy.
Widok z Tibidabo na Barcelonę
Szczyt Tibidabo wzbudził jednak pewne kontrowersje. Stoi tutaj świątynia, w której mnie osobiście najbardziej urzekły malowidła wewnątrz. Jednak tuż obok znajduje się coś w rodzaju wesołego miasteczka, które jak dla mnie gryzie się z tutejszym otoczeniem, i co gorsza przysłania widok na miasto z kościelnych schodów. Ale mimo wszystko, to właśnie tu znalazłem swój ulubiony widok na Barcelonę. A co najważniejsze, nie musiałem płacić, by go zobaczyć, ani przepychać się w tłumie innych turystów, by zrobić zdjęcie.
Tak wygląda Tibidabo.
Po powrocie do miasta udaliśmy się w gąszcz wąskich uliczek Barri Gotic. Spacerując nimi warto zwracać uwagę przede wszystkim na szczegóły, pełno tu ciekawych elementów zdobniczych, tzw. Azulejos. Dodatkowo za dwa razy mniejsze pieniądze niż w Sagradzie weszliśmy do katedry. Świątyni z prawdziwym klimatem, prawdopodobnie najpiękniejszymi krużgankami, jakie kiedykolwiek widziałem. Bilet obejmował też wejście na dach, który znów, podobnie jak w przypadku Casa Guell, pozwolił na rzut oka na miasto od kuchni.
Krużganki katedry w Barcelonie
Widok z dachu Katedry. Na drugim planie widoczny Monjuic.
Na 99% jest to dach szkoły w centrum Barcelony.
Ponownie trudno było nam uniknąć pojawienia się na standardowo zatłoczonej Rambli. Szybko odbiliśmy do niesamowitego miejsca, jakim było Mercado de la Boqueria. Typowy hiszpański targ, gdzie jamon serrano, owoce morza, świeże truskawki czy ananasy, były ważniejsze od masy ludzi dosłownie przewalającej się pomiędzy straganami. Nie sposób było wyjść stamtąd z pustymi rękami, tak na Ramblas wyszliśmy z paczką soczystych, hiszpańskich truskawek. A w oknie jednej z kamienic powitała nas sama Marylin Monroe.
Chyba moje ulubione zdjęcie z Barcelony :)
Warto zwracać uwagę na takie szczegóły :)

Typowy hiszpański krajobraz targowy

Jakie miasto, taka Marylin Monroe.
Nim nastał wieczór przeszliśmy się jeszcze po zaprojektowanych niczym od linijki i do tego bardzo urokliwych uliczkach dzielnicy Eixample, by w wieczornej scenerii przy dzbanku sangrii tuż przy plaży powiedzieć powoli "Adios Barcelona".


Muszę przeprosić Barcelonę za to, że uważałem ją za przereklamowaną. Po trzech dniach w tym mieście przestaję dziwić się tym, którzy się nią zachwycają. Oczywiście, ma miejsca, które w żaden sposób do mnie nie przemówiły, ale ma też swoje osobliwości, dla których warto tutaj przyjechać. Pewnie przez te trzy dni nie zobaczyłem wszystkiego. Z resztą, wiele rzeczy było tu na szybko, nie było czasu na skorzystanie ze słońca, ani sił, by wieczorem wyjść na miasto i spojrzeć na nocny tryb życia tutejszych mieszkańców. Wszystko jest jeszcze do nadrobienia. Ale chciałbym nadrobić to razem z ukończoną Sagradą, by i o tym miejscu powiedzieć, że nie jest przereklamowane.

8 komentarzy:

  1. Ciekawa i obszerna zarazem relacja. Wiesz co, na pewno z jednej strony, to przereklamowane miasto. Ale z drugiej strony ma coś w sobie i w sumie jest ciekawe. Osobiście bardzo lubię Barcelonę. Jasne, nie wszystkie miejsca mi się podobają, ale zdecydowana większość już raczej tak. Na szczęście byłem trochę dłużej więc podczas mojej wizyty znalazłem czas również na plażowanie :) Na pewno będę chciał tam wrócić. Może nawet za nie tak długo. Choć w tym roku oprócz Kanarów planuję Madryt. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakby Barcelona była idealna, to zaraz każdy chciałby tam mieszkać. Więc może lepiej, że ma swoje drobne mankamenty :)
      O Madrycie napiszę następnym razem, już jestem ciekaw, co wtedy powiesz :)

      Usuń
    2. A ja jestem ciekawy, co Ty napiszesz :)

      Usuń
  2. O ludziska. Ja to już zapomniałem jak to miasto wyglądało, gdy byłem w nim 6 lat temu:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To mam nadzieję, że udało mi się odświeżyć Ci pamięć :)

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podobają :) Zapraszam częściej :)

      Usuń