26.05.2015

Powrót do Czarnobyla

Ubiegły rok nie był dla nas łaskawy. Kto choć trochę orientuje się w sytuacji na świecie, chcąc nie chcąc słyszał o Majdanie, o Krymie, o Putinie, o Donbasie. Dla jednych jest to zwykła wiadomość ze świata, dla tych bardziej wrażliwych pewnie spore przygnębienie, gdy słyszy się o ofiarach za naszą wschodnią granicą. A dla takich jak my, organizatorów, którzy robią sporo wyjazdów na Ukrainę jest to przy okazji ogromny problem. Po pierwsze, słyszymy o tragediach toczących się w bliskim sąsiedztwie ludzi, z którymi współpracujemy, których znamy. Po drugie, medialna kreacja wydarzeń budzi w potencjalnym kliencie lęk przed całym krajem. Bez względu na to, czy działania wojenne mają miejsce pięćset, czy tysiąc kilometrów od miejsca, do którego ten klient miał pojechać. I stąd brały się w dużej części masowe rezygnacje, a w konsekwencji odwoływane wyjazdy.

Dlatego każdy kolejny zapis na majówkę cieszył mnie co nie miara. I kiedy zebrała się grupa większa, niż jakakolwiek w ubiegłym roku, postanowiłem dać szanse tym, których zawiedliśmy w roku ubiegłym. Wysyłając maila, że wyjazd jest tym razem bardzo bliski potwierdzenia, zebraliśmy całą grupę. I to na kilka miesięcy przed wyjazdem. Równie szybko okazało się, że na majówkę pojadą dwa autokary śmiałków chcących się nieco "napromieniować". Pomyślałem – wracamy, nareszcie wracamy.

Na kilka dni przed wyjazdem media dosłownie zawrzały na temat pożaru w Zonie. Gdy tylko zobaczyłem na głównej stronie wszystkich portali informacyjnych czarnobylski sarkofag, wiedziałem, co za chwilę będzie się działo. Sam w biurze, prywatny numer dla informacji podany wszystkim 84 uczestnikom i nieustanne telefony, co z pożarem, czy jedziemy, czy odwołujemy, co dalej, czy można zmienić termin, chcemy zrezygnować. Panika, strach, a wyjazd pojutrze. Było intensywnie, ale na szczęście emocje wraz z dogaszaniem pożaru powoli spadły. Na chwilę.

Czwartkowe popołudnie, długi weekend ruszył pełną parą. Pewnie nie trudno wyobrazić sobie jak wyglądają krakowskie ulice, kiedy trzy czwarte mieszkańców postanawia w tym samym momencie wyruszyć na majówkę. Nie dość, że mój dojazd na zbiórkę wydłużył się sześciokrotnie (a pewnie trwałby znacznie dłużej, gdybym trzech ostatnich przystanków nie zdecydował się przejść pieszo), ale i  paraliż komunikacyjny odbił się na punktualności pierwszego z autokarów.

Punkt siedemnasta telefony zaczęły się urywać, uczestnicy jeden za drugim zaczęli pytać gdzie autokar jest, czy wszystko odbywa się planowo i czy przypadkiem czegoś nie odwołaliśmy. Z każdą sekundą napięcie rosło, ruszyłem więc na poszukiwania autokaru, by jak najszybciej doprowadzić do na górną płytę krakowskiego dworca. Autokar mojej grupy stawił się o czasie. Podobnie jak uczestnicy, wszyscy punktualnie i w komplecie, ruszyliśmy w drogę zgodnie z planem, kierując się dość sprawnie w kierunku ukraińskiej granicy.

Kiedy myślałem o tym wyjeździe, największym stresem była dla mnie właśnie granica. Wszystko dlatego, że przekraczałem ją w swoim życiu do tej pory tylko raz. I szczerze mówiąc, nie załatwiałem na niej nic. Pamiętałem tylko gdzie podejść, nie wiedziałem jednak, po co. Poza tym, o ile po polskiej stronie wiedziałem, że się dogadam, tak po stronie ukraińskiej, cokolwiek by do mnie nie mówili, byłem zielony. Moje porozumiewanie się z Ukraińcami jest jak rzucanie grochem o ścianę. W tej komunikacji najzabawniejsze jest jednak to, że oni rozumieją mój polski. Ja ich ukraińskiego w ogóle. Więc to ja jestem w tej kwestii ścianą obrzucaną ukraińskim grochem.

Z pomocą przyszedł mój drugi pilot. Jego ogromnymi atutami były po pierwsze znajomość języka, a po drugie znajomość ukraińskich realiów. Dla mnie to był dobry układ. Organizacja jest po mojej stronie, po jego stronie pomoc językowa. I tak przetrwaliśmy granicę, która jak się okazało nie była taka straszna. Wszystko i tak było w rękach kierowców.

Z granicy wyciągnąłem jednak jedną ważną lekcję. Na granicy wielu rzeczy nie wolno. Nie wolno mówić, nie wolno pić. I takie rzeczy przekazałem uczestnikom. Żadnego K i CH, kiedy w autokarze celnik zbiera paszporty, żadnego wyciągania flaszek. Ale kto by pomyślał, że podczas kontroli ktoś wpadłby na pomysł wyciągnięcia z plecaka bułki i kabanosa w celu konsumpcyjnym. Była reprymenda po ukraińsku, a pretensje potem i tak do mnie, bo nie powiedziałem.

Ruszyliśmy w długą podróż drogami Ukrainy. To też była dla mnie spora przygoda. Już po pół godziny wrypaliśmy się w Horodok, niewielkie miasteczko, które słynie przede wszystkim z tego, że drogi dojazdowe do centrum zostały najprawdopodobniej sfałdowane i przypominają najdłuższy na świecie pas kolein. Szacunek dla tego, kto się wtedy nie obudził. Kto przetrwał Horodok, obudził się z pewnością na lwowskim bruku. Zamknięcie obwodnicy miasta zmusiło nas do przejazdu przez centrum. Dla mnie bomba, tym bardziej, że Lwów jest dla mnie wciąż niespełnionym marzeniem. Miałem okazję zobaczyć choć namiastkę centrum miasta, więc jak tu się nie cieszyć?

Dalsza droga mijała bez większych problemów. Kijów zaskoczył nas stosunkowo umiarkowanym ruchem na głównej arterię miasta. Ukraińcy też mieli długi weekend, czego symbolem był gigantyczny sznur aut na wyjeździe ze stolicy. Sprawny przejazd trochę mnie zaskoczył, przez co nie zdążyłem opowiedzieć grupie całej historii Kijowa. I nie dlatego, że ma ona półtora tysiąca lat, a dlatego, że tu hotel, tu coś tam, tu telefon zadzwonił. Zawsze tak jest. Musiałem historię przełożyć na później, bo docieraliśmy już pod Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.

Z tym miejscem zawsze było coś nie tak. A to czepialscy handlarze gołębiami żądający pieniędzy za to, że sami turyście położyli gołębia na ręce, a to ochroniarze niewiadomego pochodzenia mierzący do nas karabinami, bo ktoś rzekomo zrobił zdjęcie jakiejś posesji. Generalnie okolice Matki Ojczyzny i Ławry w moim postrzeganiu nie są miejscami najbezpieczniejszymi pod słońcem. Nie inaczej było tym razem. Wspomniany telefon w trakcie wjazdu do miasta był ostrzeżeniem. Okazało się, że z okazji Pierwszego Maja lokalni narodowcy zorganizowali sobie manifestację właśnie w okolicach Muzeum. Grupa przed nami wjechała autokarem na zamieszki. My mieliśmy trochę więcej szczęścia, jednak obraz sporej grupy policjantów i równie sporej grupy manifestantów nie napawał optymizmem.

Było gęsto i tłoczno, ale na szczęście wszystko pod kontrolą. Podczas opowieści o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej postanowiłem sprawdzić, czy grupa mnie słucha. Słuchała. Nie dała się nabrać na ściemę, że gigantyczny pomnik Matki Ojczyzny o północy rusza swoim szesnastotonowym mieczem w górę i w dół. I tak, kiedy grupa wyruszyła na spacer po muzeum, tak ja, chcąc nieco odświeżyć z moim współpilotem tereny Ławry, zostałem zatrzymany przez policjanta, pytającego mnie, co to za zgromadzenie. Pierwszy raz zrozumiałem, co człowiek mówi do mnie po ukraińsku. Szkoda, że był to właśnie złowrogi policjant.

Na szczęście po wyjaśnieniach, że to grupa turystyczna, obyło się bez nieprzyjemności. Jednak na tym się nie skończyło, zaczepił mnie kolejny mundurowy w celu przeszukania torby. Od tamtej pory wszyscy zgromadzeni tam gliniarze zarejestrowali, że nie planuję robić tutaj zamachu czy przejąć władzy. Żebym ja chociaż na takiego wyglądał :)

Po Muzeum wybraliśmy się do Ławry. Grupa miała okazję pozwiedzać pieczary oraz najgorszą na świecie toaletę. Doczekaliśmy się pierwszego grupowego zdjęcia, po którym ruszyliśmy na Padół.
Pierwsze grupowe :)
Korzystając z bardzo dobrego czasu daliśmy grupie czas wolny na Andrijevskim Uzvizie. Wykorzystałem ten moment, by odwiedzić moją ulubioną recepcjonistkę w moim ulubionym kijowskim hostelu. Ugoszczono nas darmową kawą. Kawa nieco mnie pobudziła, jednak po całonocnym czuwaniu nad kierowcami byłem już tak zmęczony, że właściwie odebrało mi mowę. I tak moja ulubiona recepcjonistka stwierdziła, że jestem nieśmiały.

Cerkiew św. Andrzeja. Tłumy mówią same za siebie.
Wybraliśmy się na Andrijevski Uzviz. Ulica nadal tętni życiem. Porozkładane stragany, na których można kupić wszystko. Największym magnesem jest obecnie papier toaletowy z podobizną Putina. O ile na „podetrzyj się Putinem” można się dać naciągnąć, tak nie da się nie zauważyć, że w Kijowie wszystko toczy się tu normalnym torem. Ludzie żyją tu tak jak u nas, być może nie nazwałbym tego beztroską, ale na pewno żyje się tu normalnie. Widząc parę młodą robiącą sobie sesję zdjęciową, czy rodziny z dziećmi na spacerze dało się zapomnieć o wojennym stereotypie tego kraju. Dlatego mogę śmiało powiedzieć nie. W Kijowie nie ma wojny.

Po odwiedzinach w Muzeum Czarnobylskim pojechaliśmy do hotelu. Po zakwaterowaniu grupy nastąpił upragniony dla mnie fajrant. Oczywiście, zanim pozałatwiałem wszystkie formalności, pogadałem z recepcją i dawno nie widzianą kontrahentką z Kijowa, do kolacji zostało mi jakieś 10 minut wykorzystane na zostawienie bagażu i wzięcie błyskawicznego prysznica.

Po kolacji ruszyliśmy na dalszą część zwiedzania. Dwie grupy złączyliśmy w jedną, szliśmy po Kijowie jak jedna wielka rodzina. Po spacerze zakończonym na Majdanie nastał upragniony czas wolny, podczas którego mogłem spełnić to, na co czekałem od rana. Nastał czas wspólnego, pilockiego piwa przy Chreszczatyku. Nic tak nie smakuje, jak kufel lokalnego browaru po ponad 24 godzinach pracy.
Sofia Kijowska, Chmielnicki, zachód słońca. Bajka!
Lokalnym trunkom towarzyszyło podziwianie lokalnej społeczności. Tłumy ludzi na Chreszczatyku, pozajmowane stoliki, ludzie spacerują, siedzą, piją, debatują. Wszystko wygląda tak, jak wyglądać powinno. Może poza Majdanem, gdzie wielki bilboard przysłania zniszczony budynek, a chodnik wygląda jak po przejechaniu go ciężkim sprzętem. I może dobrze, że tak to wygląda. Bo pewnie bez tego nikt nie zauważyłby, że coś ostatnio w Kijowie było nie tak. Ale to tylko kolejny dowód na to, że nic złego w samym Kijowie się nie dzieje. Spadł tylko deszcz, który w czasie deptania stereotypu o ogarniętym wojną, niebezpiecznym Kijowie nie miał żadnego znaczenia. Dawał nawet trochę radości, w końcu po ostatnim pożarze w Zonie wydawało się, że nic nam już dzięki niemu nie grozi.
Majdan wieczorową porą. Fot. A.Maciąg.
Śniadanie, jak na dziewięćdziesiąt osób poszło nam dość sprawnie. I tak, z samego rana, punktualnie wyruszyliśmy do Zony. Cieszyła mnie ta punktualność, zwłaszcza, że część uczestników przybyła na śniadanie prosto z imprezy. Grupa była świadoma tego, co nas czeka. A czekała nas dość długa kolejka na wjeździe do Zony. Majówka jest dość popularna i nie tylko Polacy mają wtedy długi weekend. A to oznaczało sporą ilość grup w Zonie. Zależało nam na jak najszybszym wyjeździe z Kijowa, im wcześniej wyruszymy, tym szybciej będziemy na miejscu. Tym bardziej, że każdy musi przejść przez checkpoint. A kilkanaście grup na jednym checkpoincie to kolejka, której pewnie nawet za komuny ciężko było uświadczyć.

Kolejki i tak nie uniknęliśmy. Przejście przez checkpoint trochę trwało, jednak po dopełnieniu formalności ruszyliśmy do Prypeci. I byłem zachwycony tym, co się tam działo. Kilka dni przed wyjazdem, pomijając pożar, dostałem program wizyty, który miał nie obejmować eksploracji budynków w środku. A przecież o to w tym wszystkim chodzi. Zwiedzanie miasta Prypeć z zewnątrz raczej nie jest tak ekscytujące. To opuszczone wnętrza pozostawione z dnia na dzień przyciągają tu najbardziej. I tak weszliśmy do wnętrz trybun stadionu, do szkoły, hali sportowej, budynku straży pożarnej i policji, odwiedziliśmy port rzeczny czy kultowe wesołe miasteczko. Mimo dość napiętego grafiku było zdecydowanie lepiej, niż za pierwszym razem, gdy miałem przyjemność eksplorować Zonę.

Nie była to jednak dla mnie do końca luźna wycieczka. Oczywiście, miałem nie burzyć żadnej koncepcji naszemu przewodnikowi. Jak się później okazało, byłem potrzebny. Zwłaszcza w momencie, kiedy po eksploracji jednego z budynków nagle okazało się, że brakuje jednego chłopaka. Niestety towarzystwo musiało zostać zatrzymane (choć oczywiście wszyscy chcieli iść dalej). Byłem lekko przerażony wizją wracania do Polski z jedną osobą mniej która zgubiła mi się w Prypeci. Do głowy w takiej sytuacji przychodzą tylko i wyłącznie te wszystkie sceny z filmów o Czarnobylu z delikatnie mówiąc przerysowaną fabułą. Ważne, że chłopak szybko się znalazł i ruszyliśmy w dalszą drogę. A ja odetchnąłem dopiero wtedy, gdy wsiedliśmy w autobus z Zony do Kijowa.
Niektórzy zachwycali swoim odzieniem "po Zonie" :)

Zanim jednak powrót, odwiedziliśmy elektrownię, budowaną tuż obok arkę, tradycyjnie karmiliśmy gigantyczne sumy, a na koniec odwiedziliśmy to, czego dotychczas nie widziałem. Oko Moskwy. Wbrew medialnym pogłoskom, że okolice Oka Moskwy mają być niedostępne dla zwiedzających, na szczęście było zupełnie inaczej. Mnóstwo osób przyciąga ten spektakularny radar, więc możliwość podjechania tam była dla nich spełnieniem kolejnego marzenia.
To miejsce w Prypeci zawsze robi na mnie największe wrażenie.
Z resztą, o to w tym wszystkim chodzi. Uwielbiam obserwować ludzi podczas tych wyjazdów. Spotykam ludzi zajawionych tematyką, biegających po Zonie jak rasowi stalkerzy. Z jednej strony można się z nich śmiać i uważać za szaleńców, bo rzeczywiście, garstka biegających po opuszczonym budynku chłopaczków wygląda tak, jakbyś właśnie obserwował scenę z filmu wojennego/filmu akcji/gry komputerowej. Ale z drugiej strony w tym „szaleństwie” widać pasję. Widać realizację celu i spełnienie marzeń.
Z sarkofiagiem

I z Dugą
Wieczorem dotarliśmy do Kijowa. Dwie ostatnie godziny w stolicy na prysznic, zakupy i posiłek. Mało, niemało, wszystko da się zrobić, dopóki nie zawiedzie Cię ukraińska obsługa. Wybraliśmy się w pilockim gronie do restauracji. Świadomy, że mam ostatnie 45 minut zamówiłem kolację i w międzyczasie wybrałem się na szybkie zakupy. Po powrocie ze sklepu dalej nikt nie otrzymał swojego zamówienia. Zostało 20 minut na zjedzenie, dotarcie do hotelu i odjazd. Po 5 minutach na stole pojawiło się pierwsze danie. Po 10 drugie. Za pięć dziesiąta pojawiło się trzecie. Swoje jedzenie otrzymał każdy oprócz mnie. Nadszedł czas, bym wyruszył do hotelu i odjeżdżał z grupą. Poszedłem więc strzelić małą reprymendę obsłudze, która zapakowała mi na wynos kurczaka z frytkami, którego zamówiłem ponad pół godziny temu. I tak z daniem na wynos wyruszyłem do autokaru. Nie spóźniłem się, z resztą, pilotowi spóźniać się nie przystoi.

Spóźniła się za to pięcioosobowa ekipa. Nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że wszyscy oczekiwaliśmy na nich przez pięćdziesiąt minut. Wszyscy byli wściekli i wcale im się nie dziwie. Wyruszyliśmy w drogę powrotną. Nocna jazda szła jednak naprawdę dobrze, tym bardziej, że spieszno nam było przed zmianą warty na granicy, co oznaczałoby bezsensowne oczekiwanie.

Na granicy oczywiście nie obyło się bez przygód. Strona ukraińska przeszła stosunkowo sprawnie, natomiast strona polska oznaczała zmianę warty i czekanie. Najzabawniejszy był jednak pan celnik, który miał nas wpisać tylko do bazy i wpuścić do kraju. Jednak, że był celnikiem świeżo po urlopie, zapomniał hasła do systemu. Wpisywał, wpisywał, aż system zawiesił. Był niedzielny poranek, 3 maja. Zanim celnicy ogarnęli system, po polskiej stronie spędziliśmy jakieś półtorej godziny. O ile w ogóle z tym systemem to nie była ściema.

Przez zamieszanie na granicy dotarliśmy nieco później, niż planowaliśmy. Dotarliśmy jednak w dobrych nastrojach. Ja poza dobrym nastrojem wróciłem z satysfakcją. Po pierwsze, wreszcie wróciliśmy na Ukrainę. Po drugie, wielu ludzi zaryzykowało, dało nam drugą szansę, i tej szansy nie zmarnowaliśmy. Już nie mówiąc o tym, że miałem naprawdę świetną grupę. I co najważniejsze, wróciłem zadowolony z tego, co zrobiłem. Przed wyjazdem miałem wiele obaw. Granica, nieznajomość języka, konieczność pilotowania kierowców którzy w Kijowie nigdy nie byli, a przede wszystkim obawa, czy nie zawiodę, będąc dotychczas tylko raz w Kijowie. I chyba nie było tak źle. Jeszcze przed odjazdem z Kijowa podeszło do mnie dwóch chłopaków mówiąc, że jak mnie zobaczyli na początku, to trochę się zmartwili jak to będzie wyglądało, ale że wszystko było świetnie zorganizowane. I nic po takich wyjazdach nie cieszy, jak moment, gdy uczestnicy podchodzą po wyjeździe, podają Ci rękę, dziękują Ci, i widzisz, że są z tego wyjazdu po prostu zadowoleni.


8 komentarzy:

  1. Zachwyt, zachwyt. Moje refleksje pokrywają się, chociaż ustrzegłem się problemów granicznych. A i Muzeum Wojny wyjątkowo nie było oblężone przez nacjonalistów. Tylko rumuńskie dzieci chyba pojechały spod Wieży Eiffla na Ukrainę żebrać pod Ławrą.

    Radość i szczęście, skoro udało nam się zobaczyć Oko Moskwy przed Tobą. Jeszcze raz pozdrawiam i dziękuję za fascynujące wrażenia w marcu. Krzychu i Rafał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Radość i szczęście, że i ja i Wy mogliście zobaczyć radar. Nie ma za co dziękować, bo zadowoleni ludzie naprawdę cieszą w tej pracy najbardziej :) Czy się ich pilotuje, czy tylko wysyła na wyjazd :)

      Usuń
  2. No no, byłoby super wybrać się na taką wycieczkę z pilotem Birówką :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zrobimy transakcję wiązaną. Ty ze mną na Ukrainę, ja z Tobą do Japonii! :)

      Usuń
  3. Wizyta w Zonie to świetne przeżycie, ale najlepsza jest samodzielna eksploracja Prypeci, łażenie po opuszczonych budynkach, zaglądanie w zakamarki mieszkań, odnajdowanie śladów po mieszkańcach. To działa na wyobraźnię! Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Mas stuprocentową rację. Eksploracja budynków od środka jest w tym wszystkim najbardziej interesująca. Widzę to też po ludziach, którzy ze mną jadą, i nie wyobrażam sobie wizyty w Prypeci bez wchodzenia do budynków. To daje nie tyle dreszcz emocji, mnie osobiście skłania do refleksji nad tym, jak ludzie z dnia na dzień musieli porzucić dotychczasowe życie, które z resztą wiedli na bardzo wysokim poziomie (drugie w całym ZSRR miasto po Moskwie jeśli chodzi o poziom życia).

    OdpowiedzUsuń
  5. Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że mimo wszystko nie ukołysała :)

      Usuń