15.03.2015

ITB - cały świat w zasięgu ręki.

Po dwóch latach wróciłem na ITB. Wróciłem ze sporym sentymentem, to właśnie na ITB rozpoczęła się moja przygoda z turystyką. Pierwsza zaplanowana trasa, pierwszy zorganizowany wyjazd i pierwszy, jeśli można tak to nazwać, sukces. Przez te dwa lata wiele zmieniło się u mnie jeśli chodzi o światopogląd, dlatego tym razem spojrzałem na targi nie jako turysta z głową pełną marzeń, a jako przedstawiciel branży, szukający kontaktów biznesowych, porównujący obecny stan z tym, co zobaczyłem, i czym zachłysnąłem się dwa lata temu.
Godzina dziesiąta, kolejka gigant, jak to w dni dla szerokiej publiczności, wchodzimy. Na zwiedzanie mamy dwa dni, dlatego rozplanowałem sobie to na dzień kontaktów biznesowych i dzień relaksu. Zanim jednak biznesy, postanowiłem uderzyć na stoisko kolumbijskie – nie dość, że blisko od wejścia, to 2 lata temu dawali tam świetną kawę. Tutaj o dziwo nic się nie zmieniło, kawa była i dawała kopa do działania. Na pierwszą możliwość zagadania po hiszpańsku zrobiło mi się lepiej, nadszedł czas na szukanie kontaktów.
Moją misją była Europa. Europa ma to do siebie, że jest porozrzucana po całych targach i trzeba się nieźle nachodzić, by to wszystko ogarnąć. Europa jest też dość specyficznie podzielona. Nadal nie rozumiem jakim cudem Rosja i Białoruś ulokowana została tuż obok USA, albo Słowenia, ulokowana razem z Austrią, Szwajcarią i Lichtensteinem. Niby łączą ich Alpy, ale kulturowo ten kraj, przynajmniej dla mnie, jest jednak za górami. W stosunku do tych niemieckojęzycznych, oczywiście.
Zaskoczyła mnie też bardzo Ukraina. Pamiętam do dziś Ukrainę zajmującą połowę hali, Ukrainę częstującą wódką i zakąską, Ukrainę świetnie sprzedającą swoją kulturę. W tym roku stoisko Ukrainy było niewielkim boxem zajmowanym przez trzy osoby. Miałem nadzieję spotkać kogokolwiek, z kim przez ostatnie półtora roku było mi dane współpracować. Pozostał smutek i jeden wniosek. Niech to, co dzieje się w Donbasie przestanie istnieć i wpływać negatywnie na turystykę całego kraju.
Po ukraińskim rozczarowaniu uderzyłem na Bałkany. Była to z resztą ta sama hala, co Ukraina (kolejne dziwne połączenie). Na pierwszy ogień poszła Chorwacja. Chorwacja, w której przecież byłem jeszcze tydzień temu i która już wtedy pokazywała, jak bardzo zależy im na zagranicznej klienteli. Chorwacja sprzedała się po europejsku. Przyszła z konkretną ofertą, była otwarta na współpracę, w Chorwacji można było wybrać sobie wszystko co tylko można sobie podczas wakacji wymarzyć i to w każdym regionie. Moim światełkiem była Pani z okolic Zadaru, którą poznałem tydzień wcześniej podczas Study Touru. W mojej ocenie była wówczas najlepsza i nie omieszkałem jej tego powiedzieć podczas naszego berlińskiego spotkania. Miło było znów spotkać odpowiednią osobę na odpowiednim miejscu.
Trafiłem na Kosowo i Bośnię i Hercegowinę. Boxy wielkości ukraińskiej, i niestety nienajlepszy poziom sprzedaży swojego kraju czy działalności. Dało mi to do myślenia, że są jeszcze w Europie kraje, które dopiero odkrywają, jak wielki potencjał turystyczny mają na swoim terenie. I koniecznie trzeba to wykorzystać, nim się o tym przekonają, nim ich kraje staną się modne, a szlaki zdeptane przez wszystkich.
Tak prezentował się Kraj Basków
Ogromnie pozytywnie zaskoczyła mnie Albania. Zajmowała dość dużą powierzchnię targową i była świetnie przygotowana. Kontakty w tym kraju były mi ogromnie potrzebne, w końcu Albania jest częścią naszej wrześniowej eskapady Bałkany 4you. I udało się. Poznałem świetną i do tego bardzo pomocną osobę, z którą już w pierwszy dzień po powrocie udało mi się nawiązać współpracę. To był mój główny cel, tym bardziej że z przeciętnym Albańczykiem niełatwo się porozumieć po angielsku, nawet jeśli pracuje on w turystyce w jednym z najbardziej znanych kurortów w kraju. Dlatego po godzinie na Bałkanach poczułem, że spełniłem swoją misję i mogłem z czystym sumieniem ruszyć dalej.
Kolejnym celem była moja ukochana Hiszpania, zanim jednak Spain, po drodze odwiedziłem Francję i Włochy. Wszystkie kraje zachodu to raczej konkretna oferta dla turystów, i to się nie zmieniło. Jedynym wyjątkiem była przepiękna promocja mojego największego marzenia, jakim jest Andaluzja. Miałem okazję dwukrotnie uczestniczyć w pokazie flamenco, za drugim razem zgarnąłem nawet lokalne kastaniety. I znów byłem spełniony, bo jakoś wcześniej nie udawało mi się zgarniać zbyt wielu prezentów (mogłem udawać turystę, a nie gościa z biura podróży). Bardzo wyraźnie dawał o sobie znać Kraj Basków, mieli najlepszą ekspozycję na hiszpańskiej hali, Bilbao moim zdaniem dobrze się sprzedało. Ale to raczej oczywiste, o Barcelonie, Walencji, Andaluzji czy Balearach słyszeli wszyscy i mają zdecydowanie słoneczno-wakacyjne skojarzenia. A z Krajem Basków niekoniecznie.

Pokaz Flamenco
Skoro jesteśmy przy Europie, czas na przemarsz przez całe ITB w kierunku dwóch ogromnie ważnych hal. Hala numer jeden to Skandynawia, do której dokoptowano Wyspy Brytyjskie. Jestem pod ogromnym wrażeniem zainteresowania Niemców tymi rejonami. Bardzo chciałem porozmawiać z kimś z Islandii (moje marzenie numer dwa), nie dało się do nich dopchać. Podobnie było ze Szwecją, z Norwegią, z Finlandią, z Irlandią, z Wielką Brytanią. Postanowiłem zostawić to na jutro i wyruszyłem zobaczyć, jak w tym roku wypada Polska.

Polska od jakiegoś czasu ma halę tylko dla siebie. Do Berlina z Polski jest akurat najbliżej, nikt nie ma lepiej, niż my. Więc i promocja powinna być na wysokim poziomie, mamy niski koszt transportu, mamy też ogromny potencjał. Powinniśmy też brać po uwagę, że Niemców jest dwukrotnie więcej niż nas, mają dużo więcej pieniędzy niż my, bardzo dużo podróżują i bardzo dużo na podróże wydają. Polska jest blisko, jest dla Niemca stosunkowo tania, i żadna narodowość nie odwiedza nas tak często, jak tylko oni (chyba, że jakieś statystyki uległy zmianie, ale wątpię).

Co zrobiła Polska? Kiedy wchodzi się na Polską halę, nawiązując do sukcesów naszej drużyny w piłce ręcznej możemy rzucić sobie piłką do bramki. Zapowiada się ciekawie, a nad tym wszystkim barwy narodowe i charakterystyczny napis Polen. Myślisz sobie, za chwilę będziesz dumny z Polski. Przeszedłem nasze stoisko niestety bez większej uwagi. Były regiony, organizacje turystyczne, biura podróży. Było wszystko, a tak naprawdę poszliśmy w zachód. Stanęliśmy z ofertą. Tym bardziej smutne jest to, że w żaden sposób w tym roku nie wykorzystaliśmy motywu, który w ubiegłym roku przyniósł Polsce ogromny fejm. Wystarczyło zabrać ze sobą kilka Słowianek w ludowych strojach, i czy rozdawałyby one pierogi, rogale świętomarcińskie, czy ubijały masło, każdy zwróciłby na nie uwagę. Bardzo brakowało mi jakiegokolwiek nawiązania do folkloru, nawet jeśli miałoby to być robione w taki sposób, jak podczas ubiegłorocznej Eurowizji. Polska zapomniała w tym roku o ludowości, poszła w konkret. Oczywiście, ktoś mógłby teraz powiedzieć, że jestem hejterem, że nienawidzę wszystkiego, co polska robi i generalnie bycie polakiem to dla mnie wstyd i hańba i powinienem wrócić do odrabiania lekcji. Nie, ja po prostu spodziewałem się po naszym kraju czegoś więcej niż bramki do piłki ręcznej, stoisk z ulotkami, i przenośnej wytwórni rogali (co było rzeczą bardzo przyciągającą, podobnie jak bramka do piłki ręcznej). Polska w tym roku była niestety mało wyrazista i zdecydowanie lepiej moim zdaniem wypadła dwa lata temu. Nie, że nie jestem dumny, bo jestem dumny zawsze. Mam po prostu niedosyt.

Jest też pewna opinia dotycząca Polski, którą spróbuję obalić.Słyszę głosy, że Polska powinna zabierać ze sobą ulotki po Polsku, bo przecież na ITB przyjeżdża bardzo dużo Polaków. Myślałem dokładnie tak samo 2 lata temu, kiedy byłem pierwszy raz na targach. Teraz moje spojrzenie na to zdecydowanie się zmieniło. Po pierwsze, targi są w Niemczech i to Niemców jest na nich zdecydowanie więcej niż Polaków. Poza tym, jak już Polacy, to przeważnie są to uczniowie/studenci, będąc jako student na targach też zebrałem makulaturę z Polski i nie spojrzałem do niej do tej pory. Poza tym, mamy też targi turystyczne w Polsce, gdzie ulotki w języku narodowym są bardzo wskazane. Tutaj jesteśmy w Berlinie, w Niemczech. Ofertę kierujemy do obcokrajowców i to ich staramy się zachęcić do przyjazdu do nas. Chyba na tym to polega. Jeśli ktoś chciałby pozbierać trochę informacji na temat Polski na Targach, polecam Targi Poznańskie albo TT Warsaw. O ile powierzchni targowych nie ma co porównywać z ITB, tak Polska jest na tych targach znacznie szerzej promowana. I jest promowana też po Polsku. Berlin zostawmy, by zachęcać zagranicznych turystów do przyjazdu do nas.

Po Polskich kontrowersjach kolejnego dnia dotarłem w końcu do Skandynawii. Ruch był nadal dość spory, mimo że ostatni dzień targów raczej nie obfitował w wielką frekwencję. To nadal dawało mi do myślenia, że Niemcy bardzo, ale to bardo lubią Skandynawię. Na szczęściem udało mi się choć trochę zaspokoić swoje zainteresowania ulokowane nieco bliżej koła podbiegunowego. Największym sukcesem było spotkanie naprawdę otwartych i pomocnych Finów, obalających mit powściągliwości tego narodu. Kiedy finka pozwala zrobić sobie z Tobą selfie, to znaczy, że czas najwyższy raz na zawsze zapomnieć o książkowych stereotypach.
Finnish selfie

Tyle ludzi w niedzielny poranek już na hali skandynawskiej
Kostaryka - jeden z ciekawszych wystrojów na targach 
Jak wypadły inne kontynenty? Podobnie jak dwa lata temu pierwsze miejsce przyznałbym wszystkiemu, co znajduje się od granicy USA z Meksykiem aż po Patagonię. Ameryka Południowa i Środkowa ponownie starały się prześcignąć się w tym, kto jest głośniejszy, kto lepiej śpiewa, kto lepiej tańczy, kto ma bardziej kolorowy strój i kto robi najwięcej szumu. Taka sprzedaż przyciąga, ludzie zostają na dłużej i nie przechodzą obojętnie podziwiając kolejną halę, na której każdy tylko wciska Ci swoją ulotkę. Jak inne kontynenty? Nie wiem co działo się w sobotę, kiedy był totalny wysyp ludzi, wówczas czasu starczyło mi na Europę i Amerykę Południową. W niedzielę, kiedy już prawie nikogo nie było na targach, stoiska afrykańskie czy azjatyckie niestety nie przyciągnęły mnie niczym ciekawym. Gdybym rzekł, że wypadły one źle, byłbym nieobiektywny, bo widziałem je tylko przez chwilę. Ale na pewno nie wypadły wyraziście, teoretycznie mając naprawdę wiele do pokazania.
Czy warto jechać na ITB? Spojrzałem na to wydarzenie z dwóch punktów widzenia. Dwa lata temu jako ciekawy świata widz pragnący spełniać marzenia. Teraz bardziej jako przedstawiciel branży szukający kontaktów i nadal chcący spełniać marzenia. I ani z jednej, ani z drugiej strony nie mogę powiedzieć, bym żałował swego udziału w tym wydarzeniu. ITB poszerza horyzonty, inspiruje, pozwala poznać ludzi, umożliwia liźnięcie niejednej kultury i daje nam cały świat w zasięgu ręki. Tyle, ile można wynieść, nie mówię oczywiście o makulaturze, czy gadżetach, jest zdecydowanie więcej warte niż bilet wstępu na targi. Dlatego jeśli kiedykolwiek będziecie mieli szansę wybrać się na ITB, nie zastanawiajcie się ani chwili. Warto.

6 komentarzy:

  1. Wydaje mi się, że rzetelnie napisałeś swoje odczucia, ocenę. na ITB nigdy nie byłem, ale mam zamiar się wybrać. W tamtym roku byłem na targach w Warszawie- choć mam świadomość, że te i tamte to zupełnie inna liga. Ale spostrzeżenia podobne. Jakby jednym krajom, regionom zależało bardziej, drugim mniej a innym to w ogóle wisiało. Widocznie ktoś musiał przysłać pracowników na targi, którym to bardzo się nie chciało. Nie zmienia to faktu, że warto jeździć, oglądać i po prostu bywać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) Co do rangi, faktycznie, całe TT Warsaw to jakaś 1/20 tego, co na ITB. Choć uważam, że są to obecnie najlepsze targi turystyczne w Polsce. Słyszałem opinię, że generalnie targi schodzą na psy, ale gdybym to powiedział, byłbym nieobiektywny, byłem tylko raz w Poznaniu i w Warszawie.
      Co do ludzi, Twój komentarz nasunął mi pewien przykład, chyba z Poznania. Bardzo intensywnie poszukiwałem wówczas inspiracji na polskich stoiskach, na każdym z regionów. Wyobraź sobie, że osoba reprezentująca jedno z województw miała problem, by zaproponować mi trzy atrakcje na terenie całego województwa, które mogłyby zainteresować turystów. Musiałem jej podpowiadać.
      Osobiście uważam, że do tego typu pracy trzeba być stworzonym, stanie 8 godzin na stoisku z uśmiechem przylepionym na twarzy i odpowiadanie w kółko na te same pytania przez kilka dni nie jest łatwe i trzeba to lubić. Dlatego nie oceniam doboru osób, bo być może nie każdy jest do tego stworzony, pewnie tutaj decyduje np znajomość języków obcych, prezencja itd. Ale z całym szacunkiem, brak wiedzy i kompetencji jest trochę kopaniem dołów pod samym sobą.

      Usuń
    2. Dokładnie. Na TT Warszawa niezbyt miłe wrażenie zrobiła na mnie Polska, która prezentowała Hiszpanię. Miała na talerzu jakieś sery, coś wymamrotała do kolegi, że ona to lubi ten ser i tyle i schowała dosłownie pod ladą zajadając kolejny kawałek. Nie o to chodzi, że ja chciałem również spróbować, bo nie , ale o absolutny brak taktu i kultury.

      Usuń
    3. Oj, żeby wydobyć coś spod lady trzeba się nagimnastykować :) A owszem, była na którychś targach polka na hiszpańskim stoisku. Miała się ze mną skontaktować w sprawie współpracy, niestety chyba nie bardzo jej zależało na kontaktach, bo milczy do tej pory :)

      Usuń
  2. I nawet pokusiłeś się o znacznie bardziej rozbudowany opis :) Zgadzam się w 100%. Słowianki, pierogi, a nawet wódka, to byłoby to! Wódkę widziałam, ale gdzieś pochowaną po kątach, nie wiem czy dostępną dla zwiedzających. Panie przy stoiskach częstowały kiełbasą i chlebem ze smalcem - estetycznie, dość marnie to wyglądało. Postawiliśmy na nowoczesność, a chyba nie na tym to polega :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajny sposób na poznanie ludzi i krajów, o których często się słyszy, a mało wie. Degustacja wódki - gdyby więcej osób o tym wiedziało... :D

    OdpowiedzUsuń