01.03.2015

Chorwacki Study Tour

"Pojedziesz z Kaśką na Study Tour do Zadaru" usłyszałem całkiem niedawno siedząc jak co dzień w biurze. Postawili mnie przed faktem dokonanym. W sumie było to bez znaczenia, nawet gdyby zapytali, nawet przez chwilę bym się nie zastanawiał. Chyba każdy chciałby, płacąc jedynie za nocleg na miejscu, wybrać się w podróż poszerzającą horyzonty. Tym bardziej, że tamten region jest mi w pewien sposób bliski. Moje pierwsze letnie wakacje zagranicą spędziłem na wyspie Uglian jakieś dziesięć lat temu. Byłem wówczas tylko w zadarskim porcie, skąd wypływał prom na wyspę. Starówkę widziałem z daleka, lub na pocztówkach, więc była to idealna okazja, by nadrobić zaległości i sprawdzić, co Zadarska Żupanja ma nam do zaoferowania.
3:45, dzwoni budzik. Wciąż mam ochotę postawić sobie pomnik za to, że podniosłem się z łóżka o takiej godzinie. Wszystko dlatego, że Study Tour organizował Urząd Marszałkowski Województwa Podkarpackiego, dlatego przyszło stawić się przed siódmą rano w Rzeszowie. Na szczęście nie zawaliłem, ba, nawet na zbiórce byłem jako pierwszy. Przed nami całodzienny przejazd do Zadaru.
Pierwszy dzień był dość uciążliwy. Przed nami ponad 1000 kilometrów do przejechania. Pierwszy raz od co najmniej dwóch lat byłem uczestnikiem, a nie pilotem. Czułem się z tym szczerze mówiąc trochę dziwnie. Samego pilota zresztą mi trochę brakowało, w końcu, jak jadą sami ludzie związani z turystyką, to każdy wie lepiej, ile powinna trwać przerwa na obiad. Po drodze mieliśmy też brutalne spotkanie z pewnym chorwackim zjawiskiem atmosferycznym. Jest nim bura, rodzaj silnego wiatru wiejącego z tutejszego pasma gór Velebitu. Jego prędkość przekracza czasem 200 km/h, i na czas tego zjawiska zamykana jest autostrada – w kwestii bezpieczeństwa podróżnych oczywiście. Nam wydłużyło to drogę o co najmniej godzinę, ale koniec końców w jednym kawałku dotarliśmy do Zadaru. A teraz do spania, bo jutro spotkania.
No właśnie, głównym punktem wizyt były spotkania z lokalnymi przedsiębiorcami branży turystycznej. Na początku przemówienia, prezentacje zarówno strony polskiej, jak i chorwackiej. A potem szybka kawa i działamy. Na dobry początek przy naszym stoliku wylądowały dwie polki mieszkające w Chorwacji. To była dobra rozgrzewka, tym bardziej że typowo biznesowe rozmowy przyszło mi prowadzić po raz pierwszy. Rozgrzewka była bardzo miła, pani zaczęła od pochwały za świetny program na nasz wyjazd „Bałkany 4you”, do tego otrzymaliśmy od niej mały prezent w postaci lawendy zapakowanej w coś w rodzaju sakiewki w kształcie kobiety przywdzianej w lokalny strój. Pozwoliła mi na pewno zabić stereotyp, że jak lawenda, to wyspa Hvar, i przy okazji dała inspirację do zakupienia lokalnych prezentów.
Zdjęcie z kościołem św. Donata :)
Rozmowy trwały dwie godziny, przez nasz stolik przewinęło się wielu lokalnych przedsiębiorców. Zauważyłem wśród nich ludzi, którzy idealnie nadawali się do tej pracy. Potrafili mnie przekonać, że produkt który próbują mi pokazać jest najlepszy. Ale byli i tacy, którzy podchodzili do nas jakby totalnie nieprzekonani do tego, co robią. „Nie wiem, czy jesteście zainteresowani współpracą, ale jakbyście byli to coś tam…” Mimo to każda z tych licznych pogawędek była miła, poszerzająca wiedzę, możliwości i horyzonty. Zdobyliśmy masę kontaktów, materiałów promocyjnych. Poza przedstawicielami Chorwacji była też Pani z Lwowa, która obiecała mi, że przekaże znajomym kontakt do mnie i Ci przy okazji wizyty w Krakowie zabiorą mnie ze sobą do Lwowa (tak, zawsze jak spotykam się z kimś z Ukrainy to marudzę, że wielokrotnie planowałem spełnić swoje małe, lwowskie marzenie, i nadal mnie tam nie było). Były to owocne rozmowy, i kto wie, jak wiele dobrego przyniosą w przyszłości. Wyszliśmy z nich jako ostatni. Chyba musiałem gadać za dużo, nawet gdy dopadało mnie zmęczenie i suchość w gardle.
Po lunchu wybraliśmy się na krótkie zwiedzanie Zadaru. Miasteczko ma niewielką starówkę, za to bardzo długą, bo sięgającą czasów rzymskich historię. Byłem już w kilku nadmorskich miastach Chorwacji, i o ile Zadaru do Dubrownika nie ma co porównywać, tak bardziej podobało mi się tam, niż choćby w przereklamowanym Splicie. Piękny, ośnieżony Velebit widoczny z promenady, a przede wszystkim sv. Donat, z którym selfie było dla mnie punktem obowiązkowym. Wreszcie nadrobiłem to, co nie było mi dane zobaczyć parę lat temu podczas wakacji.

Zadarskie nadbrzeże, tzw. organy
Między promenadą a Donatem.
Niewielka marina w dawnej zadarskiej fosie
Chwila czasu wolnego, i wyruszyliśmy dalej. Na początku odwiedziliśmy królewską winnicę nieopodal Zadaru, gdzie udaliśmy się na krótką degustację lokalnych trunków, nieco jednak mocniejszych niż wino. Wszystko to ulokowane na wzgórzu w towarzystwie słońca chylącego się ku zachodowi i z widokami na wybrzeże. A potem Nin, spokojne miasteczko o niewielkiej, pamiętającej rzymian starówce z dwunastoma świątyniami, słynące przede wszystkim z naturalnej produkcji soli.
Nin.

Wieczorem nastał czas na powrót do winnicy i kolację połączoną z degustacją. Mieliśmy okazję zobaczyć, jak wygląda typowa, chorwacka uczta, gdzie jako przystawkę serwują Prsut (lepiej znane, włoskie słowo: prosciutto) i sir (czyli ser). Do tego oliwa, prawdziwa, lokalna, zupełnie inna niż ta w naszych sklepach i doprawdy wyśmienite pieczywo. Następnie mięso, przepyszne ziemniaki i zielona sałata, a na deser coś w rodzaju sernika. Do tego wino lało się lampka za lampką, i z każdą lampką było coraz bardziej zabawnie. Aż nagle zostałem królem.
Królewska winnica nieopodal Zadaru
Wszystko przez to, że jedna z pań uczestniczących w naszym wyjeździe robiła masakryczną ilość zdjęć. W winnicy postanowiła zrobić sobie zdjęcia z właścicielami, którzy przywdziali jej na głowę koronę, oraz królewski płaszcz. W pewnym momencie królowa otrzymała do ręki broń, nagle zadając pytanie „A co to? Halabarda?” I tak wszyscy wybuchnęli śmiechem, a ja mianowałem ją Królową Halabardą Pierwszą. Śmiechu nie było końca, królowa zaczęła nazywać mnie królem. I tak w niespotykanie radosnych nastrojach po kilku kieliszkach wybornego chorwackiego wina z królewskiej winnicy wróciliśmy do hotelu.
O 6:30 obudził mnie alarm przeciwpożarowy. Znane doświadczenie, stwierdziłem, pewnie znowu ktoś zapalił fajkę w pokoju. Poszedłem jednak na recepcję, dowiedzieć się, czy aby na pewno. Była to jednak prawdziwa golgota, nie dość, że wstałem 2 minuty temu, to moja głowa za wszelką cenę starała mi się przypomnieć, że poprzedniego wieczoru polało się trochę wina. Przejście przez kręty korytarz było bolesną przygodą, miałem wrażenie, że dźwięk alarmu za chwile mnie zabije, a korytarz od tych dźwięków zdawał się naprzemiennie zwężać i rozszerzać. Jakimś cudem dotarłem i zgodnie z przewidywaniami, spokojnie wróciłem do pokoju oznajmiając przerażonemu chińczykowi na korytarzu, że to nie pożar, a zapalony papieros w czyimś pokoju.
Wyruszyliśmy na ciąg dalszy zwiedzania. Pojechaliśmy do Biogradu na Moru, gdzie odwiedziliśmy świetną marinę oraz udaliśmy się na poczęstunek na jachcie. Kawę mieli wyśmienitą, a co najważniejsze, mieli wodę. Zdecydowanie zrobiło mi się lepiej, i nawet widok kormorana w locie zrzucającego balast do morza nie zrobił na mnie większego wrażenia.
Marina w Biogradzie

Selfie z Kasią na jachcie

Następnie udaliśmy się do bardzo ciekawego ośrodka w miejscowości Pakostane. Wyobraźcie sobie, że jedziecie na wakacje pod strzechę. Macie swój „szałas”, w szałasie łóżko i szafę, zero elektryczności. Wszystko to w sosnowym lesie u brzegu morza. Przepiękne wybrzeże, częściowo piaszczyste, częściowo, jak to w Chorwacji bywa, betonowe. Oczywiście nie jesteście w żaden sposób odcięci od świata, są sanitariaty, gdzie można się umyć, są strefy, gdzie można skorzystać z Internetu, restauracje, które umożliwiają stworzenie tzw. ALL’a. Tradycja i nowoczesność. Pytanie, czy jak już robimy spartańskie warunki, to nie zrobić ich pod każdym względem, a nie zapewniać wszystkiego, co i w hotelu 5*, śpiąc jednocześnie w szałasie. Osobiście trochę mi się to kłóciło, co nie zmienia faktu, że za sam pomysł daję wysoką notę. 
Szałasy w Pakostane
Wybrzeże Pine beach w Pakostane

Później odbiliśmy od morza. Odwiedziliśmy rezerwat Vransko Jezioro, gdzie w ciągu roku gniazduje aż 60% gatunków ptaków możliwych do zaobserwowania w Chorwacji. Jezioro jest największym w kraju, jednak wydaje mi się, że wizyta na terenie rezerwatu nie zrobiła na grupie większego wrażenia. Następnie wybraliśmy się na pokaz walk rycerskich. Potrwał on dwie minuty, lecz sama atmosfera, ludowe stroje i lokalny, drobny poczęstunek były kolejną, świetną okazją, by liznąć tutejszej kultury. A kiedy cztery starsze panie zaczęły podśpiewywać ludowe pieśni… pozostało mi stwierdzić, jaki kraj, takie "Koko Koko, Euro Spoko" 
Platformy w rezerwacie ornitologicznym
Selfie z jednym z tureckich najeźdźców :)
Koko koko euro spoko w lokalnych strojach
Po wizycie na zamku pojechaliśmy w górę. Naszym celem był punkt widokowy, z którego roztaczała się panorama całego jeziora, wybrzeża, oraz okolicznych wysp archipelagu Kornati. I to miejsce spodobało mi się w trakcie całego dnia najbardziej ze wszystkich. Towarzyszyła nam tego dnia piękna pogoda i dobra widoczność, wiec podziwianie panoramy było nie lada przyjemnością. Ostatnim punktem wizyty były odwiedziny w kolejnej winiarni, gdzie mieliśmy sposobność skosztować kolejnych win, a także zjeść obiad w podobnym stylu, co poprzedniego wieczoru. Po szybkiej przebieżce przez hotel i centrum handlowe wyruszyliśmy w długą, nocną podróż w kierunku Rzeszowa.
Na punkcie widokowym
Zdjęcie z częścią Vransko Jezero

Czy było warto było jechać? Nie mam wątpliwości, że tak. Było to doświadczenie zdecydowanie poszerzające horyzonty. Wierzę, że zaowocowało kontaktami, które przyniosą kiedyś długoletnią współpracę. Jednak poza wizytówkami, folderami i wymianą adresów mailowych takie wyjazdy mają w sobie coś więcej. Odkrywasz miejsca, czujesz tutejszą gościnność i kulturę na własnej skórze. Pojawiają się wspomnienia, przeżycia, doświadczenia. I jest to decydowanie lepsze, niż tygodniowe wakacje, które w 90% spędza się na plaży/w wodzie. A całe zdobyte doświadczenie więcej warte, niż przeczytanie na ten temat paru nawet dobrych książek. To, czego doświadcza się na własnej skórze zostaje w pamięci na dłużej. Dlatego jeśli ktoś zaproponuje Wam, żebyście wybrali się na tego typu Study Tour – nie wahajcie się. To świetna okazja, by poznać odwiedzane miejsca w najlepszy z możliwych sposobów.

3 komentarze:

  1. Cudownie mało ludzi na tych zdjęciach. Aż nie myślałem o tej zatłoczonej Chorwacji;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odkrywać wszystko na spokojnie - bezcenne :)

      Usuń
  2. Nie skorzystać z takiej okazji - to fatalny grzech ;) Trzeba jeździć i poznawać świat, póki ma się zdrowie i siły.

    OdpowiedzUsuń