15.02.2015

Wyjazd doskonały - część 2.


Jak nie trudno się domyślić, kolejny dzień rozpoczął się od gromkiego "Sto Lat" z okazji urodzin i wręczenia jednej ze wspomnianych kompromitujących flaszek w ręce naszego solenianta. W pozytywnych nastrojach i z lekkim opóźnieniem dotarliśmy do centrum Stuttgartu. By dać grupie więcej czasu, opowiedziałem jeszcze na dojeździe o miejscach, które za chwilę było im dane zobaczyć.
Dziedziniec Satrego Pałacu w Stuttgarcie
Przed wyjazdem byłem święcie przekonany, że będzie to najsłabszy punkt wycieczki. A wszystko to przez przewodniki, zgodnie określające tutejszą starówkę jako wręcz nieistniejącą. Nic bardziej mylnego. Starówka, owszem nie porywa swoją rozległością, a i ratusz mają prawdopodobnie jeden z najbrzydszych na świecie, ale gwarantuję, że dziedziniec Starego Pałacu, czy tereny otaczające Nowy Pałac zrobiłyby na Was wrażenie. Miasto było dla mnie pozytywnym odkryciem i kolejnym dowodem siły tzw. "podróży wyobrażonej". W mieście jest też najdłuższa ulica handlowa w Europie, będąca czymś w rodzaju Galerii Krakowskiej, tyle, że pod gołym niebem. Jak to w Niemczech.
Katedra w Speyer
Następnie wyruszyliśmy do Speyer, gdzie grupa ruszyła na zwiedzanie Muzeum Techniki, nota bene będącego niegdyś ulubionym muzeum Michaela Jacksona, ja, jako zdecydowany amator zabytków  wyruszyłem na spotkanie z największą romańską katedrą w Niemczech. Jest monumentalna. Widać ją z daleka, robi piorunujące wrażenie i jest punktem obowiązkowym, kiedy jesteście w niedalekiej odległości od tego miasta.
Zabudowania w Schwabisch Hall
Ci, którzy chcieli w Speyer upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, czyli zaliczyć starówkę i zwiedzić muzeum, oczywiście spóźnili się. Nie był to dobry znak, po pierwsze musieliśmy przejechać trochę kilometrów po najbardziej zatłoczonej autostradzie w kraju i zdążyć na kolację, po drugie przed nami najbardziej napięty dzień w trakcie całego programu. Zanim jednak kolejny dzień, dotarliśmy na nocleg w Schwabisch Hall, gdzie lumberseksualny (a raczej tylko lumber) i jedynie niemieckojęzyczny leśny dziadek prowadził schronisko w budynku prawdopodobnie trzy razy starszym niż on sam. Ale, zarówno schronisko jak i miasteczko miały swój urok. Niewielka, a przede wszystkim nietknięta przez alianckie bombardowania starówka urzekła wszystkich najbardziej podczas całego wyjazdu. Nie wiem, czy to kwestia klimatu, czy szachulca, do którego osobiście mam słabość, ale coś w tym uroku rzeczywiście było. Urodziny musiały się odbyć, więc wybraliśmy się radosną gromadą do jednej z knajp na piwo. Zdecydowanie tego mi było trzeba.
Zimny łokieć zawsze spoko :)
Nadszedł czas na dzień morderczy. Na tę okazję postanowiłem ubrać koszulkę z napisem "Live Fast", by uświadamiać całym sobą nieuniknioną punktualność. Oczywiście stało się to obiektem szyderstw, w sumie o to mi nawet chodziło. Ważne, że konieczność przyspieszonego tempa życia grupa wzięła sobie do serca. Największym motywatorem była jednak wieczorna kolacja w formie ogniska. Zanim jednak kolacja, przed nami szmat drogi. Najpierw Neckarsulm, gdzie znalazłem idealny samochód dla siebie. Nie dość, że karoseria dobrana pod kolor oprawek moich Ray Banów, to jeszcze zimnego łokcia można wystawić. A przede wszystkim tutejsza fabryka Audi jest świetna. I mówię to ja – laik w temacie motoryzacji.
Schoner Brunnen i Frauenkirche, ulubione jak zawsze
Następnie czekała nas wizyta w Norymberdze. Na początek obiad w polskiej restauracji i kolejne spotkanie z przemiłymi właścicielami, którzy każdej polskiej grupie przychylą nieba. Potem szybkie zwiedzanie w wersji lajt, tym razem bez błądzenia i zastanawiania się, gdzie jesteśmy. Jedyny minus to absolutny brak czasu wolnego. I tak ruszyliśmy w dalszą drogę, przed nami przejazd kolejnych kilometrów aż pod Drezno. Kolacja i upragnione łóżko były coraz bliżej.
Wymarzone ognisko było jednak parę kilometrów od miejsca zakwaterowania. Ruszamy w drogę. Ciemność. Na jednym z zakrętów niefortunnie odbijające się światło próbowało zmylić nas sugerując znaki zamkniętej drogi na horyzoncie. Jedziemy dalej. GPS nie może się odnaleźć, wiec pozostają nam mapy i telefon do organizatora ogniska, który przekonuje nas, że możemy tamtędy przejechać. Nagle przemierzamy mostek mniej więcej 3 centymetry szerszy od naszego autokaru. Kierowcy powoli zaczynają mnie nienawidzić. Nagle niedaleko miejsca obiadokolacji zatrzymaliśmy się na rozstaju dróg. Skręciliśmy w złą stronę i wylądowaliśmy w egipskich ciemnościach pośrodku lasu. Myślę sobie – klapa. Koniec. Było świetnie, doskonale, a nie wiem co dalej. Kolejny telefon do przyjaciela, który na szczęście twierdzi, że jesteśmy już bardzo blisko i musimy wyjechać w górę. Dalej nikt nie był pewien, czy jedziemy w dobrym kierunku. Do tego droga, nie dość, że cholernie wąska, to otoczona murami, uniemożliwiająca jakiekolwiek manewry. Kiedy jeden z kierowców zagroził mi już śmiercią, jeśli tylko będziemy musieli z tej drogi zawracać, nagle na horyzoncie pojawił się łysy facet w okolicach pięćdziesiątki, który zaczął do nas machać. Kamień spadł mi z serca. Sto metrów dalej czekały na nas kiełbaski, grillowane kurczaki, właściwie czekało na nas wszystko. Brakowało chyba tylko po piwie dla każdego za to, że przez cały ten morderczy dzień byli naprawdę punktualni. A kierowcy za swoją postawę i prawie anielską (raczej diabelską, zwłaszcza z tą chęcią nabicia mojej głowy na pal) cierpliwość do dobieranych przeze mnie tras dostali brawa od całej grupy, a ode mnie publiczną, ustną pochwałę.
Doczekaliśmy ostatniego dnia naszej wyprawy. Na początek moje ukochane Drezno. Kiedy grupa miała zajęcia, postanowiłem sprawdzić trasę zwiedzania. I był to bardzo dobry pomysł. Drezno ma to do siebie, ze o ile starówkę mam w małym palcu, tak ze zlokalizowaniem samego siebie poza nią mam ogromny problem. W pewnym momencie złapałem się na tym, ze ewidentnie idę w złą stronę. Postanowiłem zapytać tubylczą staruszkę o drogę. Oczywiście nie próbowałem nawet wyciągać z kieszeni angielszczyzny, na szczęście proste słowo "Altstadt" wystarczyło, by się dogadać. Po zajęciach zrobiłem im krótki spacer, właściwie pokazałem im najważniejsze rzeczy z perspektywy Tarasów Bruhla. Jest to idealny pogląd na wszystko, co na starówce najważniejsze. A potem każdy mógł ruszyć w swoją stronę.
Nie zrbiłem chyba nigdy lepszego grupowego. A już na pewno nie w takiej scenerii :) Drezno, Tarasy Bruhla.
Tym razem było mało selfie, no to z Bastei jak znalazł :)
Jak na pilota przystało, musiałem zaliczyć kolejną kawę w znanej kawiarni na S, ulokowanej przy Altmarkt. Następnie, jako zdobywca wież postanowiłem wejść na punkt widokowy mojego ulubionego Frauenkirche. Nagle, tuż pod kościołem usłyszałem znajomy głos. Głos tzw. "najlepszego wyboru w Dreźnie", przewodniczki którą poznałem jakiś rok wcześniej, kiedy oprowadzała moją grupę po mieście. Była tak zaskoczona, że podczas swojej opowieści nagle stanęła, spojrzała, zapytała "co Ty tu robisz?", a potem nie wiedziała, o czym miała opowiadać. A, że akurat ja miałem czas wolny, a ona kończyła oprowadzanie, udało się nam wybrać na krótką i miłą pogawędkę. I tym sposobem do tej pory nie widziałem Drezna z lotu ptaka – albo przynajmniej z którejś z widokowych wież w mieście.
Ostatnim punktem programu była wizyta w rezerwacie Bastei, którego nie widziałem jeszcze w tak słonecznej scenerii. Czasu znów nie było zbyt wiele, dobrze, że rezerwat jest na tyle mały, że można go obejść z każdej strony w pół godziny. Po chwili wolnego czasu udaliśmy się w ostatnią prostą do Krakowa.
Najlepszą puentą będzie chyba to, co usłyszałem w drodze powrotnej od jednego z uczestników wyjazdu. Usłyszałem bowiem, że jako kierunek byli już na niejednej wycieczce w ramach studiów, i zawsze było coś nie tak. Tutaj czekali do samego końca aż coś się wysypie, i nie wysypało się nic. Jak to stwierdzili, nie byli jeszcze na tak dobrze zorganizowanym wyjeździe. Uwierzcie, nie ma chyba większej satysfakcji dla organizatora i pilota zarazem, jak zadowolenie grupy z tego, co dla nich zrobiłeś.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz