06.02.2015

Wyjazd doskonały - część 1.


Rzuć wszystko i rób przetargi – tak, parafrazując pewien fanpage o sprawach miłosnych, mógłbym określić swoje poczynania, kiedy w moje ręce wpada przetarg z AGH. Postanowiłem po raz kolejny powziąć uczelnianą rękawicę, po raz kolejny z dobrym skutkiem. Scenariusz tego zwycięstwa niewiele różnił się od poprzedniego. Znów któreś miejsce w kolejności, znów ktoś się wycofał i znów trzeba było uzbroić się cierpliwość. Ba, nawet cel podróży dość podobny. Kiedy jednak okazało się, że dostajemy szansę, pojawiły się schody.
A wszystko to dzięki niemieckiej uprzejmości. Wedle wymogów uczelni spać mieliśmy w schroniskach młodzieżowych. Miejsca te są mi dobrze znane z poprzednich wyjazdów i bez przesady mogę powiedzieć o nich – dobra jakość za rozsądną cenę. Ale, mają one też swoje specyficzne reguły. Przy każdej z rezerwacji należy podpisać z nimi kontrakt. Ze względu na przedłużające się oczekiwanie na wyniki, termin odesłania jednego z nich dawno minął. Pech chciał, że w tamtejszej lokalizacji znalezienie jakiegokolwiek noclegu graniczyło z cudem. Co gorsza, właściciele byli nawet wobec mnie na tyle bezczelni, że gdy byłem już gotów odesłać im kontrakt i poprosiłem o poprawki, Ci oznajmili mi że właśnie zadzwonił ktoś do nich i zarezerwował moje pokoje.  
Brzydko mówiąc, przez chwilę znalazłem się w czarnej dupie. Mam wszystkie noclegi, tygodniowy wyjazd w zasięgu ręki, tylko ten jeden z trudem znaleziony nagle przepadł. Stwierdziłem, wóz albo przewóz, naciągniemy nieco wymogi kilometrażowe i poszukamy czegoś innego. Udało się, nawet uczelnia wyraziła zgodę na naciągnięcie wymogów dla dobra wyjazdu. I tak pojechaliśmy z grupą mechatroników na wyjazd naukowy do Niemiec.
Widoki ze Św. Piotra na Nowy Ratusz i Frauenkirche
Naszym pierwszym celem było Monachium. Wjazd do miasta był jednak dość niefortunny. Zamknięto wówczas główną drogę dojazdową do centrum, przez co zmuszeni byliśmy błądzić. Widok dwunastometrowego autokaru w wąskich uliczkach centrum miasta wprowadzał w zdumienie obserwujących nas mieszkańców, my jednak twardo meandrowaliśmy między budynkami coraz bardziej na oślep. W takich sytuacjach ostatnim gwoździem do trumny jest awaria GPS’a, która nastąpiła dokładnie wtedy, kiedy był on najbardziej potrzebny. Przez około 20 minut próbowałem znaleźć na mapie kolejną mijaną przez nas ulicę. Na próżno. Aż nagle na horyzoncie wyłoniła mi się jedna ze znajomych mi miejskich bram, dzięki czemu wreszcie odnaleźliśmy drogę do celu.
Nawet Starbucks przygotowuje się do Oktoberfest!
 Dotarliśmy do Deutsches Museum, gdzie grupa miała okazję podziwiać wspaniałe obiekty techniki. Ja postanowiłem wykorzystać ten czas na sprawdzenie trasy zwiedzania, odwiedziny w informacji turystycznej w celu zabrania dla każdego z uczestników mapy Monachium, i zapewnienie swoich podstawowych potrzeb egzystencjalnych (kawy i wi-fi). I tym sposobem byłem w stu procentach gotów, by zabrać ich na zwiedzanie Monachium w wersji lajt.
Grupa od początku robiła na mnie dobre wrażenie. Współpracowali, słuchali, odpowiadali na pytania, niektórzy nawet nie bali się zadawać pytań (czasem nawet takich, na które nadal nie znam odpowiedzi). Było dobrze i zapowiadało się, że będzie tak nadal. Część wybrała się ze mną na wieżę Kościoła Św. Piotra, gdzie roztacza się widok na całe miasto, a przy dobrej pogodzie (czyli na pewno nie wtedy) na Alpy. Mimo wszystko - było cudownie!
Cztery cylindry - symbol BMW 
Do czasu. Nadszedł czas na pierwszy hostel, przy którym niestety nie było parkingu dla autokarów. Kierowcy zmuszeni byli do zaparkowania autokaru kilometr od miejsca noclegu, dzięki czemu miałem nie lada przyjemność nasłuchać się hejtu, hejtu, i jeszcze raz hejtu na temat mnie, noclegu, i mnie. Spłynęło to po mnie, tym bardziej, że zapowiadało się, że w tej kwestii będzie tylko gorzej.
Dzień drugi oznaczał pierwsze zajęcia, a po nich przeniesienie się do Augsburga. Z organizacyjnego punktu widzenia cztery godziny czasu wolnego w Augsburgu wydawały mi się bez sensu, dlatego postanowiłem wrócić z grupą jeszcze do Monachium i zabrać ich do BMW Welt. Godzina w tym miejscu, przypominającym rozległy salon samochodowy, zdecydowanie wystarczy nawet tym najbardziej zainteresowanym. Pozwoliło nam to jednak zabić nadmiar czasu wolnego, który mogliśmy już z nieco większym sensem zagospodarować w Augsburgu.
Augsburg był do tej pory miastem dla mnie nieznanym, jednak podczas przygotowań niezmiernie mnie zaintrygował. Ma on w sobie coś niespotykanego. Jest to Fuggerei, pierwsza na świecie dzielnica socjalna, istniejąca już od pięciu wieków. Wyobraźcie sobie, że rok życia w jednym z kilkudziesięciu tamtejszych mieszkań socjalnych to zaledwie około 4 złotych rocznie. Niestety, szanse na tak tanie mieszkanie mamy raczej marne, trzeba być po pierwsze urodzonym w Augsubrgu, być chrześcijaninem i znajdować się w trudnej sytuacji materialnej. My, turyści, chcąc spojrzeć na to miejsce z bliska, musimy wydać przynajmniej 4 euro. Teraz już oczywistym jest, jak miasto zarabia na utrzymanie dzielnicy.
Fuggerei
W czasie wolnym postanowiłem rzucić okiem na miasto z góry. Był to jednak wyczyn w pewien sposób ryzykowny. Na dole nikogo, kto mógłby pobierać opłatę za wstęp, a godziny otwarcia dobiegają końca. Gdyby zamknęli mnie na wieży, raczej miałbym posprzątane. Dlatego postanowiłem przebiec się na górę. Po przebieżce na szczyt nastała ulga. Ujrzałem starszą kobietę, która nie dość, że rozmawiała w kilku językach, co u Niemców bywa naprawdę zaskakujące, to do tego miała tak ogromną potrzebę pogadania, że zdążyłbym podczas kupowania biletu na punkt widokowy ochłonąć jeszcze kilka razy.
Selfie w Augsburgu musiało być :)

Moje ulubione miejsce w Augsburgu :)

Widok z wieży kościoła St. Peter am Perlach, na pierwszym planie kopuły ratusza, na drugim planie wieża kościoła św. Afry

Ratskeller selfie
I tak mogę śmiało stwierdzić, że widoki z wieży, jak i całe miasto są fantastyczne. Augsburg sam w sobie mnie urzekł, nie mówiąc o świetnej restauracji w podziemiach ratusza. Wrota do niej otwierały się same, a wystrój i jedzenie było wyśmienite. Grupie się podobało, nawet pojawiła się pierwsza wspólna selfie. A na koniec wylądowaliśmy w hostelu, który, gdyby nie dzielone łazienki,  wyglądałby jak trzygwiazdkowy hotel otwarty dwa dni temu. Wszyscy zadowoleni, nawet kierowcy marudzili trochę mniej, bo z parkingu tym razem mieli ledwo trzysta metrów.
Kolejnego dnia ruszyliśmy na zajęcia w Augsburgu. Dla mnie oznaczało to misję: załatwić lunch. Na szczęście, nieopodal miejsca zajęć była piekarnia, w której, dzięki niezastąpionej mowie ciała i umiejętności liczenia po niemiecku do dwudziestu, zakupiłem jakieś 5 pudeł bułek i drożdżówek, robiąc przy okazji prawdopodobnie najdłuższą kolejkę w historii tego sklepu.
Dalsza trasa wiodła malowniczą autostradą w kierunku Stuttgartu. Po drodze przepiękne krajobrazy Jury Szwabskiej, które jednocześnie przeniosły nas z krainy bawarskiego piwa ku krainie badeńskiego wina. My jednak, zamiast do winnic, udaliśmy się do Stuttgartu, kolebki światowej motoryzacji, w której to powstał pierwszy automobil. Całą historię niemieckiej motoryzacji ukazuje muzeum Mercedesa, które mieliśmy przyjemność odwiedzić.
Jedna z wystaw w Muzeum Mercedesa
Na miejscu czekała nas miła niespodzianka. Nie dość, że akurat w ten dzień dziewczyny miały wstęp za darmo (z ramienia organizatorskiego wielka szkoda, ze była z nami tylko jedna), to jeszcze pracują tam Polacy, którzy niespodziankowo robią krótkie wprowadzenie po Polsku. Placówka architektonicznie i pod względem ekspozycji jest świetna, jednak trzy godziny to zdecydowanie za dużo czasu, by po niej spacerować. Sam obszedłem całą ekspozycję w niecałą godzinę, a Ci bardziej zainteresowani po dwóch godzinach zdecydowanie nie mieli już co ze sobą zrobić.
I-phone był szybszy.
Wieczorem nadszedł czas na deja vu, musiałem po raz kolejny oznajmić kierowcom, iż pod schroniskiem nie ma parkingu. Najbliższy parking był półtora kilometra od miejsca zakwaterowania, co oczywiście spotkało się z wielką obrazą, i to do tego stopnia, że hejt objął nawet wielkość porcji na obiadokolacji i spowodował konieczność zamówienia dla nich taksówki o poranku.
Wieczór okazał się również idealnym momentem na zakupy. Tradycją stało się już to, że z każdego pilotażu przywożę jakiś lokalny trunek – a nuż przyda się na prezent. Tym razem padło na badeńskie wina, w końcu w Stuttgarcie też byłem pierwszy raz. Pech chciał, że część grupy zastała mnie z rękami trzymającymi flaszki pod drzwiami. I tu nastaje ten "awkward moment", kiedy grupa jest tak zainteresowana Twoimi poczynaniami, że nie obędzie się bez kompromitującego zdjęcia. Mina autora zdjęcia, kiedy wręczasz mu jedną z butelek z okazji jego urodzin - bezcenna. :)

C.D.N. :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz