22.02.2015

Calvin Klein, Orgazm z Rotterdamu i Wielki Zderzacz Fekaliów.

Nieciekawy rok w pracy generuje dużą ilość czasu wolnego. Zastanawiasz się wówczas, co dalej, kiedy wizytówka firmy staje się kulą u nogi, bo sytuacja polityczna budzi strach, zaniepokojenie i rezygnację. Szukasz alternatywy by przetrwać. I tak powstał CERN. CERN, który robimy dla grup od lat, ale nigdy nie porwaliśmy się z pomysłem, by sami zebrać taką grupę. Czemu by jednak nie spróbować. CERN przyciąga, Szwajcaria jest przepiękna, ludziom się spodoba. I stało się. Każdy zapis na wyjazd cieszył jak nigdy dotąd, a ilość osób na liście z każdym kolejnym uczestnikiem zamykała usta niedowiarkom i malkontentom. I tak po raz kolejny przyszło mi ruszyć na podbój Szwajcarii.
Niby kolejny raz, a tak naprawdę pierwszy. Każdy mój pobyt w Szwajcarii był odpoczynkiem od jakichkolwiek opowieści, ponieważ zawsze jeździłem tam z ekspertem w tej dziedzinie, który wiódł prym, a ciekawostkami sypał jak z rękawa. Aż tu nagle wszystko w moich rękach, wszystko na mojej głowie, i jeszcze pod bacznym okiem szefa, który w Szwajcarii w swoim życiu spędził zaledwie 15 minut.
Bazylea (fot. F.Czekała)
Październikowe, środowe popołudnie. Do autokaru wsiada prawie czterdziestka śmiałków wybierających się z nami do Szwajcarii. Kilka znajomych twarzy, paru stałych klientów, wszyscy w pozytywnych nastrojach. Przemówienie powitalne, sprawdzenie dowodzików, ruszamy. Jak to bywa przy grupach dorosłych, oczywiście znaleźli się i tacy, którzy postanowili podczas tych paru dni zafundować sobie reset, dlatego wieczór w autokarze do najcichszych nie należał. Na szczęście nawet najwytrwalsi kiedyś muszą iść spać, więc pierwsza noc w autokarze przebiegła dosyć spokojnie.
O poranku byliśmy już w Badenii, gdzie po uraczeniu się kawą i croissantem z Mc Donalds’a szykowałem się powoli na pierwsze opowieści. I tak na początku spontaniczna, krótka gadka o Niemczech (w końcu jak jestem tu przynajmniej pięć razy do roku, to trudno przemilczeć temat), potem parę słów o alzackich Rieslingach, Strasburgu i uzurpacji "naszego" bociana jako symbolu regionalnego, aż w końcu nadszedł czas na wyzwanie – Bazyleę.
Moje ulubione z Bazylei (fot. F. Czekała)
Dlaczego wyzwanie? Dlatego, że w Bazylei, której etymologię nazwy (Basilia) porównałem do przyprawy łączącej się świetnie z pomidorem i mozarellą, nigdy w życiu nie byłem. Wyzwanie niewielkie, to nie był pierwszy raz, gdy przyszło mi oprowadzić po nieznanym mi mieście.  Trasa lekka, nieforsująca, rozpoczęta przy katedrze, w której pochowany został Erazm z Rotterdamu, potem Pfalz z widokiem na przepływający tutaj Ren, najwyższy wieżowiec Szwajcarii i granicę trzech krajów. Po drodze główna handlowa ulica w mieście z fontanną, z której w Nowy Rok zamiast wody leje się wino musujące, piękny, malowany przez Holbeinów ratusz, pod którym ciężko było się dobić głosem do ludzi, kiedy dwa metry dalej co sześć sekund zatrzymuje się kolejny tramwaj  (naprawdę w Bazylei jeżdżą one z taką częstotliwością) i Most Środkowy, łączący Grossbasel z Kleinbasel, niegdyś tutejsza dzielnica kupiecka. Tragedii nie było. Nastał czas wolny, było popołudnie, po nocnym przejeździe, a co za tym idzie, niewyspaniu, nawet kawa nie pomagała. W tym stanie gubią się jednocześnie koncentracja, pamięć i elokwencja. Ale trzeba było dać radę. Po czasie wolnym udaliśmy się jeszcze pod ostatni z punktów programu – Spalentor, jedną z trzech zachowanych miejskich bram Bazylei, która słynie głownie z tego, że wmurowana w nią jest najstarsza skrzynka pocztowa na świecie. I z tą ciekawostką w głowach ruszyliśmy w dalszą drogę.
Okolice 4 oktawy :)
Nadszedł czas na przybliżenie nieco pięknego kraju, który będzie nam towarzyszył przez najbliższe dni. Zrobienie tego w sposób ciekawostkowy to dobry pomysł. Chaotyczny, ale dobry, choć czasem ciężko powiązać jedno z drugim. Grupa była zaciekawiona, ale i dociekliwa. Ważne, że współpracowała. Przy okazji dość kreatywna, Wielki Zderzacz Hadronów stał się Wielkim Zerzaczem Fekaliów, Jan Kalwin - Calvinem Kleinem a Erazm z Rotterdamu – Orgazmem. Tym sposobem z widokami jeziora Neuchatel, pojawiających się na horyzoncie Alp, czy Lac Leman, powoli zbliżaliśmy się w okolice Genewy.
Przyszedł czas na wyzwanie kolacyjne, czyli zderzenie z nieuniknionym francuskim. Na szczęście kilka zdań dotyczących zarezerwowanej kolacji nie jest już takie trudne, jak kiedyś, ba, nawet turystów można zadziwić, że się po francusku mówi (ledwo mówi). Restauracja trochę mnie zawiodła – po pierwsze zamiast tarty z truskawkami  pojawiły się brzoskwinie (a ja wcześniej naobiecywałem, że tarta z truskawkami jest wyborna), do tego w pewnym momencie jedno z dań się skończyło, i cały koniec kolejki został skazany na rybę. No ale, cóż zrobić. Jedyny plus, okazało się że tutejsza obsługa włada podstawami angielskiego, więc era Poisson/Poulet (franc. ryba/kurczak) dobiegła końca. My natomiast udaliśmy się do hotelu z delikatnie mówiąc słabym dostępem do Internetu i nareszcie mogliśmy się rozkoszować fajrantem.
Takie tam, w CERN
Poranek z francuskim śniadaniem odbywał się bardzo sprawnie jak na skromne rozmiary stołówki i recepcjonistkę jednocześnie wymeldowującą gości, przynoszącą jedzenie i zmywającą naczynia. Przyszedł czas na gwóźdź programu, czyli CERN. Na dzień dobry pierwsze rozczarowanie – nie kochani, niestety Instytut odmówił nam zjazdu na dół (o którym marzyli jeśli nie wszyscy, to większość). Potem było tylko gorzej. O ile wprowadzenie wyglądało jak zwykle, tak w pewnym momencie okazało się, że część zwiedzania przeprowadzona zostanie nie po polsku, a po angielsku. A dla mnie oznaczało to jedno – tłumaczenie ciężkiego kawałka chleba, jakim jest fizyka. Kolejne nowe doświadczenie, jeszcze na pilotażu nie miałem przyjemności tłumaczenia przewodnika, a już na pewno nie tłumaczenia specjalistycznych nazw. Przekonałem się na własnej skórze, ze brak znajomości jednego kluczowego słowa powoduje stopniowe pogrążanie się aż do osiągnięcia tłumaczeniowego dna. Wystarczyło uznać angielskie słowo wiązka protonu za zderzenie protonu (w końcu Wielki Zderzacz Hadronów, kto by o wiązce pomyślał), by zachwiać całkowicie po pierwsze prawami fizyki, po drugie swoją twarzą. Było źle, na szczęście co dwie głowy, to nie jedna, szef przejął pałeczkę a mnie tymczasem pozostało palenie się ze wstydu po zrobieniu z siebie debila.
Prawie jak inżynier :)
Problemów z CERN nie było końca. W kolejnym punkcie programu znów pojawiła się dezorganizacja, a całodniowy burdel z jakim spotkałem się w tym miejscu po raz pierwszy, zaczął mnie naprawdę wytrącać z równowagi. Już nie mówiąc o tym, gdy słyszy się od przewodnika, że nie zna odpowiedzi na pytanie, bo nie jest fizykiem, naprawdę masz ochotę być w takim momencie głębiej, niż Wielki Zderzacz Hadronów.
Kolejnym punktem zwiedzania była Genewa. By zapewnić zwiedzanie na wysokim poziomie postanowiliśmy zatrudnić do tego zadania lokalnego przewodnika. Wszystko dlatego, że historia miasta jest bardzo złożona, rozległa, wiąże się z protestantyzmem, z historią Francji, z Sabaudczykami, z Włochami i z Konfederacją Szwajcarską. Kosmopolityzm pełną parą i to od zarania dziejów. Dlatego po wprowadzeniu na trasie do centrum oddałem pieczę przewodniczce.  Robiła to po raz pierwszy, ale mimo początkowego stresu zrobiła to dobrze. W końcu, dużo łatwiej miejscowemu dotrzeć do lokalnych smaczków, zarówno współczesnych, jak i tych z zamierzchłych czasów. No i zdecydowanie łatwiej jest odpowiedzieć na nurtujące nawet i mnie pytania, na które sam bezskutecznie próbowałem znaleźć odpowiedź nawet w obcojęzycznych źródłach.

Pomagier przewodniczki.
Nastał wieczór. Po kolacji przyszedł czas na kolejne małe rozczarowania. Wszystko przez pytania o dzień kolejny, a dokładniej o wizytę na Aiguille du Midi. Na tym wspaniałym szczycie jest od niedawna pewna niesamowita atrakcja – "Krok w pustkę". Odwiedzający mają możliwość stanąć w szklanej bryle nad kilometrową przepaścią, by zrobić sobie tam zdjęcie. Na platformę prowadzi jednak tylko winda, która była wówczas w remoncie. W takich sytuacjach trzeba wyjaśnić, iż na szczycie jest masa innych platform widokowych, i to, że nie wyjedziemy windą na Iglicę, nie znaczy, że nie będziemy wysoko. Pytanie w naszych głowach było wówczas jedno – co w sytuacji, gdy sprawdzą się prognozy pogody, uświadamiające nas, że już jutro w godzinie wizyty zobaczymy co najwyżej jedną, wielką, gęstą chmurę.
Ruszamy w kierunku Chamonix. Pogoda rzeczywiście nie wygląda zachwycająco, ale usilnie kierujemy się do celu. Czas w autokarze umila mi zbieranie od każdego po 52,30 euro za wjazd kolejką. Na naszym horyzoncie pojawia się potężny masyw Mont Blanc. Na oczach ludzi kolejka na Aiguille du Midi zawieszona na jednym sznurku. Na niektórych twarzach pojawił się lęk.
Grosz do grosza :)
Ruszyliśmy do kasy. Bez względu na to, co zastaniemy ponad 2000 metrów wyżej, wyjechać musimy. Jeśli teraz zdecydujemy, że nie jedziemy, posypie się fala reklamacji, bo nie było zjazdu na dół w CERN, bo Jet d’Eau w Genewie nie działało jak przejeżdżaliśmy, i (i tu już konkretny powód reklamacji) nie wyjechaliśmy na Aiguille du Midi, a jest to w programie. A ja nie wyobrażałem sobie spędzać potem kilkunastu godzin w towarzystwie 40 osób, które żałują, że pojechały.
Na swoich wyjazdach mam często tyle szczęścia, że mógłbym rzec, chmury rozganiają się na mój widok. Nie inaczej było tym razem. Wyjechaliśmy na górę, a tam, nie dość, że doskonała widoczność, to jeszcze w pełnej krasie widzimy najwyższy szczyt Europy – a do tego naprawdę trzeba mieć dużo szczęścia. I to szczęście było – na twarzach wszystkich. Nawet, jeśli podchodzili i pytali, a które to Mont Blanc?
Jedziemy kolejką, jest zabawa
W tle Aiguille du Midi (3842 m n.p.m.)
Selfie z Mont Blanc
Selfie z perspektywy osoby trzeciej

O przełęczy św. Bernarda słów kilka :)
Ruszyliśmy dalej drogą krajobrazową w kierunku Martingy. Pogoda piękna, czyste niebo, otaczające nas winnice, a także opowieści o Hannibalu i przełęczy św. Bernarda, które wyszły mi bardzo dobrze w porównaniu z poprzednimi (a już na pewno w porównaniu z tłumaczeniem dzień wcześniej), dawały sporo nadziei na naprawdę dobry koniec wycieczki.
Tym bardziej, że szykowała się ponadprogramowa niespodzianka, którą zaplanowałem już dawno temu. Na trasie powrotu leży moje ulubione miejsce w Szwajcarii - Montreux. Miasteczko słynie przede wszystkim z festiwalu Jazzowego oraz jest mekką fanów Freddiego Mercurego (znanego bardziej pokoleniu Kwejka jako "So Close"). Osobiście mam do tego miejsca sentyment. Kiedyś byłem tam z jedną ze swoich grup, a cały tamten wyjazd stanowczo dawał mi się we znaki.  Kiedy jednak dotarliśmy do Montreux, przepiękna Riviera tego kurortu, pobliski zamek Chateau de Chillon i fantastyczne Alpy tonące w tafli Lac Leman zrobiły na mnie tak niesamowite wrażenie, że zrozumiałem na czym polega fenomen tego uzdrowiska. Sam poczułem się psychicznie zdrowszy, a po godzinie czasu wolnego wróciłem pełen nowych sił. Mogę stwierdzić, ze jest to takie moje szwajcarskie miejsce na Ziemi.
I powiem Wam, że Montreux jako bonus było strzałem w dziesiątkę. Ludzie byli zachwyceni, niektórzy mówili, że to tu powinniśmy być przez trzy dni. Doszedłem do wniosku – no, to jak teraz mi przyjdzie jakaś reklamacja, to chyba ją podrę i odeślę do adresata.
Selfie z Jeziorem Genewskim w moim miejscu na Ziemi :)
 Ruszyliśmy w drogę powrotną. Ostatni postój w Alzacji na kolację we własnym zakresie i przyszedł czas na rozstrzygnięcie konkursu, który ogłosiłem dzień wcześniej – Selfie z wyjazdu. Najbardziej w ramach konkursu podobało mi się to, że ludzie naprawdę zaczęli strzelać selfiakami na prawo i lewo. Koniec końców wygrał Pan, który zrobił sobie selfie z głową powieszoną na sznurze. Wystarczyło to zobaczyć by popłakać się ze śmiechu, nawet ja bym na to nie wpadł. No po prostu mistrz!

Dotarliśmy do Polski. Cóż mogę rzec? Po raz kolejny okazało się, że nie ważne jak się zaczyna, ważne jak się kończy. Co wyniosłem z tego wyjazdu? Na pewno dobry konspekt o Szwajcarii, nad którym spędziłem parę wieczorów i nawet nie zdążyłem go w pełni wykorzystać. Wyniosłem też lekcję. Lekcję tego, że klient oczekuje od Ciebie, byś znał się na wszystkim i wszystko wiedział. I w tej pracy powinieneś wymagać też tego przede wszystkim od siebie. Byś w temacie, który realizujesz z grupą, starał się być ekspertem. Tak, by ludzie byli z Ciebie zadowoleni, i byś Ty był zadowolony z samego siebie.

1 komentarz:

  1. Tytuł wpisu jest tak nietuzinkowy, że od razu zmusza czytelnika do przeczytania notki. CERN i ja bym odwiedziła, chociaż to atrakcja naukowa :)

    OdpowiedzUsuń