12.01.2015

AGH - zawsze na TAK!


Przetargi przeciętnemu organizatorowi turystyki niejednokrotnie spędzają sen z powiek. Są przetargi prostsze i trudniejsze, czasem trzeba zorganizować transport, nocleg, wyżywienie, a czasem i wizyty dla grup, często w bardzo egzotycznej dla przeciętnego człowieka tematyce. Nie ważne co, ważne za ile. Często godziny, czy dni pracy nad przetargami kończą się którymś pod rząd rozczarowaniem, bo znów było się na miejscu drugim, piątym czy dwunastym. Podobnie miało być i w tym przypadku, bo po oficjalnych wynikach byliśmy na czwartym miejscu. Jednak pewnego pięknego dnia, mniej więcej na dwa tygodnie przed wyjazdem, zadzwoniła pewna Pani z AGH, czy jednak nie bylibyśmy w stanie zrobić tego wyjazdu, bo wszyscy przed nami sobie odpuścili. Radość tym większa, bo, nie dość przetargi na własnej Alma Mater są moim oczkiem w głowie, to moja firma na AGH nie wygrała nigdy. A mnie się udało. Poza rozumem niewątpliwie trzeba mieć w tej pracy bardzo dużo szczęścia.

I tak o poranku w Dzień Dziecka wyruszyliśmy z grupą 17 studentów fizyki medycznej i technicznej na wyjazd naukowy do Niemiec. Pierwszy dzień wyjazdu nie był zbyt porywający. Musieliśmy z jednym kierowcą, drżąc o jego czas pracy dotrzeć z Krakowa pod Norymbergę. Wszystko szło jak należy, kierowca, co prawda lubił sobie czasem pomarudzić i poprzeklinać, ale generalnie współpracowało się z nim całkiem dobrze. Trochę inaczej współpraca wyglądała z opiekunem grupy. Są tacy profesorowie, którzy lubią sobie pogadać, i to był właśnie ten typ. Do tego stopnia, że kiedy wyszedłem na chwilę na postoju na granicy z busa, Pan profesor dorwał mikrofon i zaczął przedstawiać grupie cały program wyjazdu uzupełniony o dygresje na temat każdego z miejsc w programie oraz swoich marzeń dotyczących dodatkowych atrakcji, które możemy zrobić po drodze, jednocześnie przejmując moje obowiązki. W pewnym momencie musiałem to przerwać, ponieważ o mały włos nie pozbawił mnie wszystkich ciekawostek, o których chciałem mojej grupie poopowiadać. Sytuacje z mikrofonem zdarzały się kilka razy dziennie, jednak na szczęście dotyczyły już bardziej spraw naukowych, niż turystycznych. I całe szczęście że wiedziałem, dlaczego tablice między Zgorzelcem a Dreznem pisane są w dwujęzycznie.

Takie tam, z grupą w Siemensie 
Wieczorem dotarliśmy do Erlangen, gdzie dosłownie przychylono nam nieba. W przetargach często jest tak, że wszyscy startujący piszą właściwie do tych samych hoteli. Tak było i tym razem, co więcej zupełnym przypadkiem przechwyciłem rezerwację innego biura akurat na ten nocleg. Pani wiedziała o naszej grupie wszystko, co najlepsze kochała studentów, dała nam najniższe ceny jakie się tylko dało i jeszcze załatwiła kolację. Stosunkowo łatwo strzelała focha, a za całokształt swej pomocy czekała na czekoladę z Polski.

Miałem przyjemność poznać ją osobiście następnego ranka. Widać było, że jest dobrą i pomocną osobą. Ucieszyła się bardzo na widok polskiego Ptasiego Mleczka, będąc przekonana, że jest to Marshmallow. Bardzo miło wspominam, kiedy to w 5 minut była mi w stanie streścić swoje studenckie czasy, opowiedzieć o tym jak się żyje w Erlangen, i dlaczego tureckie rodzinne hotele mają w sobie tyle gościnności. Wspominam ją tak ciepło, jak ten hotel.
Selfie z widokiem z dziedzińca zamku w Norymberdze
Grupa miała podobne odczucia. Wszyscy wyspani, w dobrych nastrojach, i generalnie na TAK (w takich sytuacjach lubię powiedzieć awaryjnie, by się nie przyzwyczajali), wyruszyliśmy na zajęcia w Siemensie. Grupa zajawiona, ja nieco mniej. Tym bardziej, że chwilę później czekało mnie oprowadzanie po Norymberdze, w której nie byłem nigdy wcześniej. Przyszedł czas na challenge wyjazdu. I tak nagle znalazłem się pod norymberskim Neutor, wchodząc do miasta, które gdyby nie Google Maps byłoby dla mnie jedną wielką niewiadomą. Trasę zaplanowałem sobie już dawno. Oczywiście, początki były trudne, trochę pobłądziłem po totalnie obskurnych, „zaplombowanych” po II Wojnie uliczkach. Dotarliśmy lekko okrężną drogą pod Dom Albrechta Durera i zamek. I tu nagle pytanie od grupy: wejdziemy na zamek? Stwierdziłem, a, niech wejdą, 20 minut czasu wolnego.  Chwała im za to, że zapytali. Z dziedzińca roztacza się świetna panorama starówki, co więcej ułatwiło mi to zlokalizowanie kolejnych obiektów zwiedzania miasta. I tak kolejna część zwiedzania poszła już sprawnie i bez większego trudu lokalizacyjnego. Wszyscy ucieszyli się na czas wolny, który sam wykorzystałem na przesiadywanie w prawdopodobnie najlepiej ulokowanym Starbucksie na Świecie. Gdybym mieszkał w Norymberdze, pewnie dość często przesiadywałbym w starbucksowym ogródku, tuż nad dzielącą starówkę na pół rzeką Pegnitz.

Coffee to go na norymberskim Marktplatz'u

Prawdopodobnie najlepiej ulokowany Starbucks na Świecie

I znów grupowe przy kościele Św. Wawrzyńca
Wieczorem znaleźliśmy się w Heidelbergu, gdzie następnego dnia czekały na nas zajęcia. Zanim jednak zajęcia, jak przystało na pilota, stałem się przez przypadek punktem informacyjnym wszystkich gości hotelowych oraz cichym pomagierem szefowej kuchni. Na do widzenia już w drugim hotelu pod rząd spotkałem kogoś z Polski. Tym razem Pani pracowała w hotelu, a nie była jego klientem (tak było noc wcześniej). Bardzo lubię słyszeć od ludzi w moim wieku pracujących w Niemczech, że żyje im się tutaj lepiej niż w Polsce. Niech im będzie, dla mnie Polska jest bezkonkurencyjna.
Heidelberg, na drugim planie ruiny zamku
Poranek w kwestii organizacyjnej nie był zbyt pomyślny. Najlepszy przyjaciel pilota i kierowcy imieniem GPS przestał działać. Na pomoc przyszła teczka imprezy i wydrukowane w niej mapki dojazdowe, łatwo nie było, ale dotarliśmy na miejsce. W trakcie zajęć miałem misję bojową załatwić grupie obiad na stołówce. Na pomoc przyszła mi niejaka Sabina, sekretarka profesora, która dołożyła wszelkich starań by załatwić mi to jak najniższym kosztem. Z każdą kolejną chwilą zaczynałem zmieniać zdanie na temat Niemców, którzy tylko i wyłącznie po niemiecku mówią, i średnio ich obchodzi, że Ty niekoniecznie znasz ich język. Ale na takie wnioski było zdecydowanie za wcześnie.
Widok z zamku na miasto
Po zajęciach zwiedzanie Heidelbergu w ramach czasu wolnego. Jako, że w grupie miałem jednego delikwenta, który swego czasu mieszkał w tym mieście, dałem mu małe pole do popisu. Zdecydowanie lepiej brzmią bowiem historie z życia wzięte, niż książkowe fakty. Tak wspólnie stworzyliśmy historię o Heidelbergu i każdy wyruszył na zwiedzanie. Miasto to jako jedno z nielicznych dużych miast Niemiec uniknęło alianckich bombardowań. Jeśli kto z Was kiedyś się tam wybierze, warto wspiąć się na ruiny zamku, roztacza się stamtąd świetna panorama. Jeśli będziecie mieć odrobinę szczęścia, spotkacie tam jakąś grupę z Polski (tak, Polacy są wszędzie, spotykam ich trzeci raz a dopiero połowa drogi). A potem możecie śmiało wyruszyć w zatłoczone międzynarodową mieszanką studentów i turystów ulice. Kiedy dojdziecie na most przerzucony przez Neckar, zobaczycie jak imponujące ruiny zdobyliście wcześniej. Widziałem co prawda ciekawsze miasta w Niemczech, ale myślę, że akurat to odwiedzić warto.
Ratusz przy monachijskim Marienplatz
Wieczorem wyruszyliśmy w kierunku Monachium. Na początku dotychczas chwaleni Niemcy bardzo mnie rozczarowali. Stolica Bawarii, jedno z największych niemieckich miast, potężne centrum turystyczne, a w restauracji obsługa włada jedynie językiem ojczystym. Na szczęście w grupie przewijały się persony niemieckojęzyczne, które powoli stawały się asystentami pilota. I tak na naszych stołach wylądowało po pół kurczaka na głowę, którego nikt nie mógł dojeść.
Wieczorem czekał nas istny splendor. Wylądowaliśmy w hotelu w samym centrum stolicy Bawarii. Nie wiem kiedy otrzymał on dwie gwiazdki, ale bardzo chętnie odebrałbym mu jakieś pięć. Niestety, ze względu na targi monachijskie miejsc w hotelach nie było. W tym były, i to horrendalnie drogie. Po wejściu na klatkę schodową przypominającą te w starych, zapuszczonych kamienicach i wejściu do swojego pokoju stwierdziłem, że będzie się działo. Postanowiłem przejść się po pokojach. Zepsuta spłuczka, połowa kabiny prysznicowej, i takie tam. Jedyny pocieszający fakt od dziewcząt to „niech się Pan nie martwi, my jesteśmy inżynierami, damy sobie rade”. A do tego gość z recepcji, który nagle zaczął mówić do mnie po polsku(!), że spłuczkę naprawią jutro... Ręce opadły.
Przy wspólnym stole :)
Wyruszyliśmy na wieczorny spacer po starówce, którego głównym celem był nie monachijski ratusz, czy Frauenkirche, a znalezienie knajpy, w której moglibyśmy napić się piwa. Jako, że miałem delikatnie mówiąc fajrant, oddałem profesorowi pieczę. Po czym grupa, zainteresowana już tylko i wyłącznie piciem lokalnego piwa, trafiła do bardzo dobrze wyglądającej restauracji. Udało się ją lekko przemeblować, by usadzić 20 osób wspólnie, a to wszystko dzięki nieocenionej pomocy przebranego w bawarskie odzienie kelnera, który dla odmiany był… polakiem. I tak udało się poprawić humor po dość nieciekawej perspektywie spania w kiepskim hotelu. A już nie mówię jak cieszy, kiedy przychodzisz do pokojów wieczorem i informujesz, że jednak śpimy dziś godzinę dłużej. Aż z tej okazji dostałem od grupy zaproszenie na wspólne picie. Ale jak przystało na człowieka w pracy, niestety musiałem odmówić.
O poranku, grupa jakby mniej radosna niż zwykle (co dało się poznać po nieco mniej entuzjastycznym okrzyku „TAAAK”) udała się na zajęcia w Garching, a następnie zwiedzanie Deuches Museum w Monachium. W międzyczasie miałem kolejną niezwykłą sposobność zderzyć się z niemieckimi poliglotami. Przysłowie „Nie chwal dni przed zachodem słońca” wydaje się tu pasować jak ulał. No właśnie. Zajęcia potrwały nieco krócej, niż planowaliśmy, dlatego koniecznym było przesunięcie obiadu na wcześniejszą godzinę, tym bardziej, że grupa ewidentnie bardzo chciała dłużej posiedzieć w Deutches Museum. Zderzyłem się w tym momencie z językiem niemieckim, i po raz kolejny poprosiłem swego asystenta o przeprowadzenie telefonicznej rozmowy z kobietą z restauracji. Przyjechaliśmy na miejsce. A tam kobieta z restauracji krzyczy na kogoś przez telefon, następnie daje mi ten telefon, gdzie osoba załatwiająca ten posiłek tłumaczy mi, o co biega i jak to Pani bardzo jest na nas wściekła, że przyjechaliśmy wcześniej. Załagodzeniu sytuacji nie ułatwiała Pani z restauracji, która w pewnym momencie po niemiecku zaczęła krzyczeć i na mnie, o cokolwiek jej chodziło. Ciśnienie lekko skoczyło w górę, ale na szczęście sytuacja rozeszła się po kościach.
Selfie z ekipą od "TAAAAAK"
Dotarliśmy w końcu do Muzeum Techniki. Grupa oczywiście nie do końca pocieszona, że ma tylko trzy godziny na zwiedzanie, błagająca, by mogli zwiedzać dłużej. Może gdybym miał na tyle władzy nad światem, by specjalnie dla swoich grup przedłużać godziny otwarcia muzeów… Niestety grupa musiała zadowolić się podziwianiem całej historii niemieckiej techniki tylko do godziny zamknięcia placówki.
 Wieczorem znów znaleźliśmy się w okolicach Norymbergi. Tutaj czekała na nas kolejna niespodzianka. Wybraliśmy się do restauracji prowadzonej przez Polaków. Grupa zaskoczona miejscem, polskojęzyczną obsługą a przede wszystkim typowo bawarskim przysmakiem na kolację, znów była na TAK, i wszystko wskazywało na to, że dzień skończy się dobrze.
Oczywiście, nie był to koniec miłych niespodzianek. Zdecydowałem się nieco poszerzyć program w dzień powrotu do Polski. Postanowiłem na powrocie zrobić grupie dodatkowo wizytę w Dreźnie, tak by nagrodzić ich postawę i miło zakończyć tą wycieczkę. Wiązało się z to z pewnym ryzykiem, czas pracy kierowców jest nieubłagany, a jeden korek przyprawia nas o poważne problemy z dotarciem do Krakowa. Trasa między Norymbergą a Dreznem szła na szczęście bardzo sprawnie. I tak udało mi się poszerzyć program o dodatkową atrakcję i sprawić, by grupa była jeszcze bardziej na TAAAAAAK!
I znów mój ulubiony widok w Dreźnie :)
Na ostatniej prostej profesor po raz kolejny postanowił nieco pogadać przez mikrofon, ogłaszając ankietę dotyczącą każdego z punktów programu. Uczestnicy mieli okazję ocenić m.in. atrakcyjność miast, oryginalność posiłku czy czystość i wygląd hoteli. O dziwo nie znalazło się miejsce dla rubryki „pilot”, może i na szczęście, jednak wyniki ankiety oczywiście zostały bardzo szeroko skomentowane. Na szczęście, nie było źle, oberwało się głównie niefortunnemu hotelowi w Monachium, z którego usług nie skorzystam już nigdy.
Wróciliśmy do Krakowa. I tu zaskoczył mnie sam profesor. Podszedł do mnie, mówiąc, że bardzo mi dziękuję, że jestem dobry w tym, co robie, i życzy mi powodzenia w dalszej karierze. I było to niezmiernie miłe i motywujące. Z resztą, całkiem nieźle wyszło jak na pierwszy samodzielny pilotaż. Nic dziwnego przy tak fantastycznej grupie, która na każde pytanie odpowiada „TAAAAAK” i jest zainteresowana tym, co się dla nich robi, pierwsze naprawdę samodzielne koty za płoty są bardzo motywujące i dopingujące by robić to dalej i jeszcze lepiej. Bo dla fajnych ludzi naprawdę warto. Nawet, jeśli wygrywa się ten jeden przetarg na dziesięć. I to zupełnym przypadkiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz