24.11.2014

Francuska modernizacja


Na pierwszy tegoroczny pilotaż nie do końca chciało mi się jechać. Pięć miesięcy bez wprawy, dziewięć dni zagranicą i Francja, w której z dawno zapomnianym francais nie do końca czuję się pewnie. Do tego połowa tego czasu w pilocką pojedynkę, ze względu na podział na dwie grupy. Jednak, no risk, no fun, koniec końców wybrałem się modernizować kształcenie zawodowe w niewielkim St-Andre-le-Gaz z ekipą najlepszych mechaników i turystów z całej Małopolski.
Na początku ekipa, póki co lekko przestraszonych i nieznających siebie nawzajem uczniów miała wrażenie, że jestem jednym z nich. Do momentu pierwszego zapoznawczego przejścia przez autokar. Wówczas dla wszystkich stało się jasne, że jednak nie jadę tutaj naprawiać samochodów. A potem nadszedł czas na pierwsze od kilku miesięcy autokarowe opowieści.
Na praskim Moście Karola z Hradczanami w tle
Ku memu zdziwieniu pierwszy raz zrobiłem to bezstresowo. Dość ciężko było mi ich rozkręcić, każdy się jeszcze wstydził i niekoniecznie chciał zbłaźnić. I tak minęliśmy Wrocław, wjechaliśmy do Czech i wpadliśmy na chwilę do Pragi. Opowiadanie o miejscu, w którym swego czasu się już było i wiele rzeczy widziało, jest nie lada przyjemnością. Dlatego czeskie retrospekcje szły nader płynnie i były pełne ż życia wziętych ciekawostek. Tak dojechaliśmy do Pragi, gdzie przez rynek i plac Wacława dotarliśmy na most Karola. I miło było znów zobaczyć miasto, przy którym nawet zabytkowy Kraków staje się Paczkowem w porównaniu do Carcassonne.
Po noclegu w niedalekim Pilznie ruszyliśmy w kierunku Francji. Pierwsza noc nie trwała zbyt długo, dlatego bardzo ciężko było mi dojść do siebie, nie mówiąc już o poprawnym składaniu wyrazów w zdania. Dlatego wówczas powstała zasada – nie opowiadamy przed 10:00. Oznacza to tylko tyle, że gdy wstajemy o nieludzkiej porze, dajemy młodzieży nieco dospać o poranku, a sami zaczynamy cokolwiek opowiadać o nieco bardziej ludzkiej godzinie, tak, by nie mówić zbyt wiele w stanie „ziew dobry, właśnie wstałem”. I jest to zdecydowanie lepsze, niż gadanie w momencie, gdy wszyscy jeszcze śpią, a przede wszystkim śpisz ty sam. Niestety niewyspanie oznaczało też dość głośne a przede wszystkim niemożliwe do skontrolowania stękanie, co stało się obiektem szyderstw towarzyszącej nam przedstawicielki urzędu.
Przez Niemcy i Szwajcarię dotarliśmy do regionu Rodan-Alpy. Nastąpił smutny podział na grupy, team w większości damski pozostał na warsztatach w Annecy, my ruszyliśmy do potężnej wioski st. Andre-le-gaz. Tymczasem do spania, bo od jutra 5 dni zajęć.
Family portrait, czy nasza piękna pięciodniowa sielanka :)
Przez cały tydzień mieliśmy okazję zobaczyć, jak wygląda kształcenie zawodowe we Francji. Dyrektorka szkoły wraz z kadrą stawali na głowie by pokazać, jak wspaniale jest kształcić się we Francji, jak wspaniałą mają szkołę, jak wprowadzają w niej rodzinną atmosferę, i jak pomimo regulaminów wychodzą naprzeciw uczniom. Wszystko tak perfekcyjnie, jak u pewnej znanej pani domu i do tego zapewnia świetlaną przyszłość. Młodzież mieszka przez cały tydzień na terenie szkoły w czymś w rodzaju internatu. Ośrodek posiada własną stołówkę, warsztaty mechaniczne, a także zaplecze rekreacyjne. Do tego młodzież uczestniczy w wyjazdach, które poszerzają ich wiedzę z różnych dziedzin. I można tutaj mówić i mówić w samych superlatywach. Wrażenie szkoły idealnej gaśnie, kiedy widzisz nauczyciela wraz z grupą uczniów palących fajki gdzieś pod warsztatem w trakcie przerwy. A wcześniej pokazywano Ci jedyne miejsce, gdzie papierosy podczas przerw palić dozwolono. Czar prysł, a szkoła przestaje w twoich oczach zdawać test białej rękawiczki.
Fartuch mechanika - wreszcie mam coś wspólnego z samochodami
Na zajęciach skupieni jak zawsze :)
Francuskie kształcenie zawodowe jest o tyle lepsze od naszego, że młodzi ucząc się, jednocześnie pracują już w poważnych warsztatach samochodowych i mają ogromną szansę na utrzymanie się w tej pracy po ukończeniu szkoły. Tego możemy im zdecydowanie pozazdrościć. Nasi uczniowie wiedzą z interesującej ich dziedziny raczej nie ustępowali francuzom. Jednak można zauważyć jeden ogromny plus naszego szkolnictwa, mianowicie języki obce. Owszem, być może od przeciętnego mechanika nie wymaga się władania biegle w mowie i piśmie jednocześnie esperanto i suahili. Jednak na miejscu nauczycielki angielskiego w tej szkole raczej zapadłbym się pod ziemię, widząc, że każdy z moich uczniów  posiłkuje się kartką w celu powiedzenia po angielsku jak się nazywa, ile ma lat i gdzie pracuje. Tutaj z naszych chłopaków mogliśmy być dumni. Dodam też, że samej anglistce zdarzało się sadzić rażące błędy językowe (np. 45 degrees – w zamyśle 45 procent). Okazało się również, że francuska młodzież wcale nie jest taka oporna w kwestii poznawania języków obcych, co można było bez trudu wywnioskować, słysząc z francuskim akcentem okrzyki „ku*wa”. Integracja polsko-francuska zdecydowanie wychodziła im lepiej bez obecności nauczycieli. I w tym momencie stwierdzasz, że młodzież wszędzie jest jednak taka sama.
Francuski przez te pięć dni okazał się nie taki straszny, jak go malują. Całkiem sporo rozumiałem, do tego stopnia, że byłem świadom kiedy i co mówi na mój temat nasz tłumacz. Bariera pojawiła się w wymowie. Francuzi na podobnym poziomie stękali po angielsku, co ja po francusku ale dzięki zastosowaniu czegoś w rodzaju franglais i niezastąpionej w takich sytuacjach mowy ciała, udawało się dogadać. Z resztą, w trudnych sytuacjach zawsze pomagał tłumacz, który miał tylko problem, by obsługiwać 2 warsztaty jednocześnie, i niestety nie miał się jak rozdwoić.
Proszę, Francja też ma swoje Pammukale
Pięć dni w sielankowej atmosferze przy marcowych dwudziestu stopniach, alpejskich widokach i dużej ilości „nie wiem co ze sobą zrobić” dopełnione było innymi atrakcjami. Mieliśmy okazję zwiedzać jaskinie, gdzie sama przewodniczka – historyczka, stwierdziła, że moja wiedza geologiczna jest większa niż jej samej, kosztowaliśmy likierów w kartuskim opactwie, zwiedzaliśmy fabrykę renault i wzięliśmy udział w integracyjnym pikniku, na którym żadna integracja niestety nie nastąpiła (jak wspomniałem wcześniej, młodzież zdecydowanie lepiej integruje się bez obecności nauczycieli, „ku*wa!”). Integracja następowała natomiast między nami wszystkimi. Kulminacja integracji nastąpiła, kiedy grupy połączyły się na nowo. Miło znów było zobaczyć ekipę z Annecy i wybrać się wspólnie na zwiedzanie Genewy. I jak na początku nie bardzo chciało mi się tam jechać, tak powoli przestawało mi się chcieć wracać. Czas jednak leciał nieubłaganie, a nas czekały kolejne dwa dni w autokarze zbliżające nas do ojczyzny.
#selfie #genewa #najlepszaekipa
Po ostatnim francuskim śniadaniu, na którym to okazało się, że w restauracji hotelowej jest zaledwie kilka widelców (za co obsługującej nas pani oberwało się ode mnie po uszach), wyruszyliśmy w kierunku Strasburga. Po szybkim zwiedzaniu i kilku wspólnych zdjęciach znów wylądowaliśmy w pilzneńskich łóżkach. Rano przynajmniej niektórych zbudził alarm przeciwpożarowy. Winda zablokowana, tłum na schodach, na niektórych twarzach lekka panika. Co się okazało? Jeden z naszych podopiecznych postanowił zapalić papierosa w pokoju. I tak po porannej przebieżce po piętrach wyruszyliśmy w ostatnią prostą do Krakowa.
Genewska integracja
I moja ulubiona #selfie 
Smutno było się żegnać z ekipą, z którą spędziło się tyle czasu. Zrobili na mnie tak pozytywne wrażenie, że dorobili się opinii mojej najlepszej grupy. Poprzeczka została zawieszona tak wysoko, że do tej pory ciężko im dorównać. Rzadko się zdarza, bym co jakiś czas maszerował na tył autokaru, żeby zwyczajnie sobie z kimś pogadać. Jak widać „pilot zbliżony wiekiem”  w przypadku takich grup to dobre rozwiązanie. Dla obu stron. I niech mi ktoś kiedyś powie, że młodzież z zawodówek jest gorsza od licealnej. Po tym wyjeździe mam 20 dowodów na to, że tak nie jest. Dla takich ludzi jak oni warto być pilotem. I to właśnie dzięki nim po raz pierwszy naprawdę poczułem, że kocham tą robotę. A przy okazji, to właśnie od nich rozpoczęła się moja pilocka selfie-tradycja. Jak widać całkiem sporo zawdzięczam mojej marcowej ekipie. 
Puenta? Podczas warsztatów uświadomiłem sobie również kilka rzeczy. Tego typu wyjazdy same w sobie mają jakiś sens. To całkiem niezła nagroda za to, że ktoś przez kilka lat stara się i osiąga wysokie wyniki w nauce. Z drugiej strony, nie wiem jak wiele taki wyjazd daje samemu uczestnikowi. Gdybym był uczestnikiem tego wyjazdu pewnie zastanawiałbym się, dlaczego nie urodziłem się we Francji, bo gdybym urodził się tam, ucząc się miałbym jednocześnie pewną pracę w zawodzie (i pewnie nie znałbym angielskiego, who cares). Oczywiście, model edukacji który został nam sprzedany jest piękny, cukierkowy i kolorowy, i nie do końca w niego wierzę. Ale, z pewnością przy okazji wysyłania uczniów do szkół zagranicą na takie warsztaty, wysłałbym tam dokładnie tyle samo, a może nawet i więcej osób, które mogą te, użyjmy słowa zachodnie (choć niesłusznie przesuwa nas to na wschód), wzorce przenieść na nasz grunt. Tak, by ci, nie oszukujmy się, wybitni młodzi ludzie, nie mieli tylko wycieczki do Francji, ale i perspektywę na pracę w zawodzie, kiedy już powrócą do kraju.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz