30.11.2014

Bałkany, część 4. Dwa marzenia w jeden dzień.

Po pełnym wrażeń dniu z albańskimi drogami dało się zauważyć pewną zmianę w krajobrazie. Bezleśne góry zaczęły ustępować miejsca zalesionym szczytom. Na horyzoncie wyłoniła się nam Czarnogóra, którą bezapelacyjnie mogę okrzyknąć bałkańską perłą. Dotarliśmy na południe kraju, gdzie zaplanowaliśmy nocleg w apartamentach 10 metrów od kamienistej plaży Rocky Beach. A teraz trzeba iść spać, bo kolejny dzień, to dzień spełnienia największych bałkańskich marzeń.
Sveti Stefan w tle :)
Ucieczkę z Rocky Beach zaplanowaliśmy dość wcześnie. Niestety byliśmy zmuszeni poczekać do otwarcia tutejszego sklepu, bo jak dwa polskie chłopy w kwiecie wieku mają wyruszyć gdziekolwiek bez śniadania? Spacer po bułki połączył się z chwilowym zatrudnieniem przez lokalne, nie mówiącej po angielsku dziewczęta. Na szczęście mowa ciała i słowiańskość tutejszego języka ułatwiły zrozumienie, że mam pannom pomóc przesunąć, położyć i zanieść.
Wyruszyliśmy w drogę wzdłuż wybrzeża. Widoki co najmniej pocztówkowe, a ich kulminacją były okolice odwiedzonej kilka dni wcześniej Budwy. Na dobry początek znanych widoków Sveti Stefan, wysepka – hotel, w którym niegdyś gościła sama Madonna. Zainteresowanie tym widokiem idealnie wyrażały autokary przepełnione obywatelami krajów azjatyckich. Każdy musiał mieć zdjęcie z tą wyspą. Mam i ja. 
Czarnogórskie wybrzeże :)
Jedziemy dalej. Czarnogóra ma to do siebie, że gdyby spojrzeć na nią nieco z boku, widzisz góry zatopione w morzu. Ciężko opisać mi słowami przepiękny pas wybrzeża w okolicach Budwy z dwoma charakterystycznymi cyplami – Svetim Stefanem i wspomnianą Budwą, widziane z ruin fortu umiejscowionego jakieś kilkaset metrów wyżej. W tym miejscu zakochałem się w Czarnogórze. Ten kraj ma w sobie wszystko.
Zauroczeni widokami ruszyliśmy w kierunku serca kraju. Naszym celem były góry Lovcen, a zadaniem wjazd kolejne setki metrów w górę na szczyt zwany Jezierskim Wierchem. Ma on w sobie kilka osobliwości. Pierwszą z nich jest niesamowita droga, którą trzeba pokonać, by na niego wjechać. Nie wiem czy kiedykolwiek jechałem takimi serpentynami, i nie wiem czy kiedykolwiek w ciągu jednego dnia tyle razy zastanawiałem się, czy na pewno przeżyjemy ten wjazd. Wąsko, kręto, pod kołami skarpy, z naprzeciwka nadjeżdżające pojazdy różnej maści łącznie ze sporymi autokarami. Po drodze wymiana uśmiechów z pilotami siedzącymi w autobusach naprzeciwko, bo znów trzeba się cofnąć, gwałtownie zahamować, czy wykonać jeszcze inny manewr. Droga jest wymagająca i z pewnością stresująca dla kierowców jak i osób z lękiem wysokości, ale rekompensata za przeżyty strach za te nerwy bezcenna.
Na myśliciela! W tle mauzoleum ostatniego króla Czarnogóry.
Kolejną osobliwością prawie 1700 metrowego szczytu,  jest mauzoleum ostatniego z czarnogórskich władców. Ale, zanim do niego dotrzemy, musimy pokonać dziesiątki schodów, co wymaga pewnej kondycji. Kiedy już wyjdziemy na górę, poza samym mauzoleum mamy jeszcze jedną nagrodę. Widoki. Znajdujemy się prawie w najwyższym miejscu pomiędzy Jeziorem Szkoderskim a północną częścią Czarnogóry, dlatego z jednej strony mamy widok na wspomniane jezioro i przy okazji góry Albanii, a z drugiej na… no właśnie. Na chmury. Mieliśmy pecha do pogody, która z tej dla mnie ważniejszej strony niestety ograniczyła widoczność do minimum. Dlatego koniecznym było pokonanie bariery chmur i przemieszczenie się na drugą stronę tych wspaniałych gór.
Kotor i Boka :)
Jeszcze bardziej krętą drogą, w strugach deszczu zaczęliśmy kierować się w dół ku jednemu z dwóch największych bałkańskich marzeń. Marzeniem tym była Boka Kotorska. Pogoda nie zachwycała, ale sam fakt, że wreszcie miasto, o którym zawsze marzyłem i ten fiord Adriatyku, który z rozmarzeniem podziwiałem na zdjęciach znalazł się w zasięgu ręki, cieszył mnie niesamowicie. Dotarliśmy pod mury Kotoru. Parasol w dłoń i ruszamy w miasto. Wpadłem na pomysł – najpierw zjedzmy obiad, może w międzyczasie deszcz przejdzie. I tak po niecałej godzinie siedzenia w jednej z knajp pod kościołem św. Tryfona przy prawdopodobnie najbielszej z białych kaw, jaką piłem kiedykolwiek, doczekaliśmy się słońca. Najedzeni i w pięknej pogodzie mogliśmy ruszyć na zwiedzanie.
Somersby z widokami na Bokę :)
Na cel wzięliśmy sobie zdobycie twierdzy św. Jana, górującej 260 metrów nad taflą zatoki. Aby wyjść na górę, musieliśmy pokonać mniej więcej 1,5 tysiąca schodów. Podejście było dość ostre i wymagające, a trudów dokładała iście tropikalna wilgotność i temperatura. Po wyjściu na górę obaj wyglądaliśmy jakbyśmy wpadli w ciuchach do wody i przy okazji mieli dostać zawału. I powiem Wam, po takiej przebieżce nie ma lepszej nagrody jak puszka somersby wypita z widokiem na Bokę Kotorską. Ten doskonały trunek zakupiliśmy od sprzedawcy na szczycie. Po drodze panów podających napoje było wielu i co ciekawe – im wyżej, tym drożej. Ale, parafrazując reklamę Mastercard: wejście na mury: 4 euro, puszka Somersby – 3 euro, widoki i spełnione marzenia – bezcenne!  Byłem tak zauroczony widokiem, że z wrażenia pozostawiłem na szczycie parasol. A to oznacza jedno -  jeszcze kiedyś tam wrócę. W końcu Somersby smakuje tam prawdopodobnie najlepiej na świecie! 
Boisko w Hercegu Novim.
 Po podziwianiu widoków i spacerze po starówce mieliśmy się udać w dalszą drogę. Pech jednak nie miał końca. Współtowarzysz Mateusz usiadł na swoim telefonie. Pękła szybka. A w telefonie nasz jedyny GPS. Koszty naprawy kosztami naprawy, pytanie, jak dojedziemy na nocleg?
Ruszyliśmy w dalszą drogę. Nawet mój przeważnie rozładowujący atmosferę dowcip niewiele zdał się w tej sytuacji. Po drodze w przeciętnych humorach odwiedziliśmy jeszcze Herceg Novi, jednak nasz pobyt tam nie trwał zbyt długo. Jedyne co zapamiętałem z tego miasta to boisko do koszykówki znajdujące się wewnątrz murów miejskich na starówce. Stwierdziłem wówczas, że to osobliwość tego miasta. Dzień później przekonałem się, że Herceg Novi nawet pod tym względem nie jest wyjątkowy.
Wyruszyliśmy w dalszą drogę ku miejscu noclegowemu, które znajdowało się dziwnym trafem w mieście, o którego odwiedzeniu marzyłem od dziecka. Miejscem tym był sam Dubrownik. Nie macie pojęcia jaką eksplozję radości wywołał u mnie widok z tarasu na całą starówkę, Adriatyk i Lokrum…
Dalmackie zachody słońca :)
Starówkę pozostawiliśmy na kolejny dzień, wybraliśmy się jednak kolejką gondolową, by podziwiać widoki z góry. Zachód słońca nad Adriatykiem i powoli rozświetlająca się, wieczorna panorama Dubrownika to widok nie do podrobienia. Bilety na kolejkę trochę drogie, ale jeśli ktoś lubi podziwiać widoki, to zdecydowanie warto.
Odkryłem tam też coś, co powinienem nabyć już dawno i wciąż dziwię się, że moi znajomi nie wpadli na to, by sprawić mi taki prezent. Otóż, nieodłącznym elementem wizyty w Dubrowniku byli wszechobecni obywatele krajów azjatyckich. Ci właśnie obywatele posiadali fantastyczny sprzęt do selfie, którego im zazdroszczę i pragnę mieć!
Dubrownik by night
Panie z Azji z moim prezentem na gwiazkę w dłoni.
Po zjechaniu z góry wróciliśmy do miejsca zakwaterowania. Pojawił się kolejny problem. Niezwłocznie potrzebny nam był Internet. Sprawdzenie dojazdu do kolejnego hotelu bez GPS’a było niezbędne.  Niestety hasło, które dostaliśmy, nie zadziałało. Na tarasie obok siedziało trzech młodzieńców skupionych na swoich telefonach. Wszystko wskazywało na to, że Internet mają, więc w nadziei na zbawienie ruszyłem ku nim. Na pytanie do you speak english usłyszałem, jak zawsze w sytuacjach bez wyjścia, odpowiedź No! Przeczuwając szansę dogadania się w inny sposób, zapytałem ich skąd pochodzą. To też zrozumieli i pochwalili się swoim hiszpańskim pochodzeniem. I jak płynnie zagadałem do nich po angielsku, tak równie płynnie, wyciągając zapomniany przez lata z kieszeni hiszpański, zagadałem do nich o hasło i wyjaśniłem jak bardzo jesteśmy w dupie bez Internetu i GPS-a. Serduszko rosło z każdym wypowiedzianym w moim ulubionym języku słowem do momentu ich odpowiedzi, której nie dość, że nie zrozumiałem, to wydała mi się odmowna. Z ogromnym smutkiem podziękowałem im za pomoc i odszedłem ku swemu siedzisku, kiedy to jeden z nich zatrzymał mnie i kazał poczekać. Zniknął na minutę w swoim domku i po chwili przyniósł mi kartkę z hasłem do Internetu. I tak w Dubrowniku, po hiszpańsku załatwiłem hasło do wi-fi. To tak jakby ktoś miał wątpliwości, czy warto uczyć się języków. 
Stadun widziany z murów miejskich
Kolejny dzień podróży rozpoczęliśmy od obejścia Dubrownickich murów. Z doświadczenia polecam robić to rano i wyposażyć się w butelkę wody oraz cierpliwość do masy pełznących ślimaczym tempem turystów. Atrakcję, mimo niedogodności i wysokich temperatur polecam wszystkim, a zwłaszcza tym, którzy chcą zaplanować sobie późniejsze zwiedzanie miasta. Wszystkie najważniejsze obiekty są z murów dobrze widoczne. Widać też na starówce, podobnie jak w Hercegu Novim, boiska sportowe. I to trzy.
Później wróciliśmy na starówkę. Na początek fontanna Onufrego, w której należy umyć ręce w każdym z bodajże szesnastu kranów, by powrócić do Dubrownika. Niestety nie wszystkie krany funkcjonują, dlatego darując sobie zabobony i przekonany, ze jeszcze na pewno do Dubrownika wrócę, ruszyliśmy dalej. Znów pojawił się Stradun, na którym kiedyś zorganizowano mecz tenisa z samym Novakiem Djokovicem, oraz cała reszta zabytków miasta, które koniecznie trzeba obejrzeć i z zewnątrz, i w środku. A wszystko to w klimacie Game of Thrones. Co najmniej 2 razy usłyszałem, w którym miejscu Dubrownika zabito w tym znanym serialu księcia Joffreya.
Czerwone dachy Dubrownika :)
Naszym kolejnym celem był Split, który słynie z wielkiego pałacu Dioklecjana. Jako miłośnik starożytności wiązałem  tym miastem wielkie nadzieje i wyobrażenia. Podczas jazdy wziąłem do ręki przewodnik i bardzo zdziwiłem się pisanymi tam w subiektywny sposób komentarzami. Dowiedziałem się bowiem, że mieszkańcy Splitu są najbardziej wyrośnięci ze wszystkich Chorwatów, oraz że są tam najbardziej nerwowi kierowcy ze wszystkich w całym kraju. O ile rosłości wśród mieszkańców niestety się nie dopatrzyłem, tak po kilku strąbieniach w mieście mogę w kwestii nerwowości tutejszych crazy driverów przyznać nieco racji.
Selfie w Splicie :)
Dotarliśmy do hotelu i ruszyliśmy w miasto, które niestety okazało się jednym wielkim rozczarowaniem. I to nawet nie kwestia tego, że podczas wyjazdu widziałem wiele pięknych miejsc i spełniłem swoje marzenia. W Splicie, jak dla mnie nie ma nic, co można polecić. Ruiny pałacu są, to prawda, ale niestety nie ma w nich nic zachwycającego. Jest też kościół, w którego wnętrzu jest w sumie całkiem ładnie i można wejść na wieżę. Wejście na wieżę jest dość niepokojące, ponieważ wszystko sprawia wrażenie jakby zaraz miało runąć. A z widoku z góry uświadamiasz sobie, że starówka w Splicie wygląda jak zlepek nieciekawych kamieniczek przyklejonych do ruin pałacu wielkiego rzymskiego cesarza. I tym sposobem przereklamowany Split w mojej opinii jest miejscem, gdzie można co najwyżej wyjść na imprezę, bo tutejsza promenada wieczorem naprawdę tętni życiem.
O ile wielka bałkańska przygoda skończyła się lekkim rozczarowaniem, tak sama w sobie była przeżyciem niesamowitym. Pięć pięknych krajów czy spełnienie największych marzeń w tej części świata mówią same za siebie. Już nie mogę się doczekać, kiedy wrócę do Czarnogóry, czy znów przejdę przez Stradun. Poszukam śladów po kulach w zabudowaniach Sarajewa, czy będę podziwiał kolejne próby męskości mostarskich młodzieńców. Bałkany mają klimat, z jednej strony są dzikie, pełne temperamentu, a z drugiej coraz lepiej zagospodarowane i, jak to mówią, europejskie. Jeśli jeszcze tam nie byliście, musicie koniecznie odwiedzić te miejsca. Ja wrócę na pewno, bo kilka marzeń wciąż tam na mnie czeka.

3 komentarze:

  1. No znowu brak mi słów uznania :) GR

    OdpowiedzUsuń
  2. No łatwo spełniać takie marzenia w pracy, która z założenia obejmuje podróże. Też o tym kiedyś marzyłem, nawet skończyłem kurs pilota wycieczek i pięć takowych poprowadziłem. (Nie)stety sprzedałem się za dobry etat i zostałem w końcu żołnierzem zawodowym. Nie mam możliwości takich podróży, ale też trochę podróżuję. Trochę na innych zasadach oczywiście. Podróże sponsoruje North Atlantic Touristic Organization, w skrócie zwana NATO. Jest niebezpiecznie, ale miejsca czasami są ciekawe. Czy któs prywatnie zdecydowałby się na zwiedzanie np. Babilonu? A ja miałem taką okazję. Nic jednak nie może się równać z twoimi podróżami, bo w tak krótkim czasie tyle zwiedzić? Szacunek i zazdroszczę.

    OdpowiedzUsuń