18.11.2014

Bałkany, cz.3. Grecka musaka i albańska cywilizacja.


Kolejne trzy dni na Bałkanach spędziliśmy w kraju, który mimo swej wielkiej turystycznej popularności nigdy nie był na liście moich must-see. Grecja, bo o niej mowa, kojarząca się raczej z dość wolnym tempem życia, już na dzień dobry zmusiła nas do pośpiechu. Chcieliśmy wykorzystać jak najwięcej czasu na relaks po całonocnej drodze przez mękę.. albo jak kto woli, przez Albanię. Wszystko pięknie, tylko dwóch wybitnych organizatorów turystyki zapomniało o jednej zasadniczej sprawie – zmianie strefy czasowej. I tak na prom na Korfu wsiedliśmy w okolicach południa, w pośpiechu jedząc późne śniadanie w jednej z portowych knajp w Igoumenitsie.
Fragment mojej nowej ulubionej zatoki.
Po dwóch godzinach przeprawy wodami Morza Jońskiego dotarliśmy do celu. I tu niespodzianka numer jeden, widok z hotelowego tarasu, który wywołał u mnie niespodziewaną reakcję „oh, my…” Widok, który zastałem mógłby śmiało znajdować się na turystycznych folderach reklamujących Korfu. Hotelowy basen, nieco niżej zatoka otoczona zalesionymi wzniesieniami. Niewielka plaża, kilka tawern, paru plażowiczów, żar z nieba i przyjemna morska bryza. Dziękuję, jestem w niebie.
Niebo na obrazku po jakimś czasie przerodziło się w niebo w gębie. Wybraliśmy się do jednej z tawern, gdzie powziąłem sobie za cel skosztowanie greckiej kuchni. Na pierwszy rzut poszła musaka. W towarzystwie mojej nowej ulubionej zatoki i białego wina miałem ogromną przyjemność poparzyć podniebienie naprawdę wyśmienitą potrawą i przy okazji dowiedzieć się czym jest prawdziwy, rodzinny grecki biznes. Już nie mówiąc o greckiej gościnności i otwartości kobiety, która ten biznes prowadziła. Nie wiem czy to przez ten smak potraw, wina, czy ten iście domowy poziom obsługi, ale, przynajmniej na te trzy dni staliśmy się ich stałymi klientami. I z każdym dniem było równie smacznie, i równie po domowemu.
Jedna z głównych uliczek Korfu
Wieczorem nadszedł czas na podbój stolicy Korfu. Pomógł nam w tym nieco nasz dobry znajomy, który w tym czasie pełnił funkcję rezydenta w jednym z wielu hoteli na wyspie. Wiecie, jak kończy się zwiedzanie ze znajomymi, przejdziesz się, pogadasz nie zwracając uwagi na zbyt wiele i wylądujesz na piwie w knajpie. Standard. Jedyne na co zwróciłem uwagę, to na typową „weneckość” Korfu. A że za Wenecją osobiście nie przepadam, miasto na pierwszy rzut oka raczej mnie nie urzekło.
Widoki z Pantokrator
Drugi dzień rozpoczęliśmy od plażowania. Owszem, z wakacji trzeba przywieźć jakąś opaleniznę i to na pewno nie tą w stylu budowlańca, jednak zwolennikiem leżenia tylko i wyłącznie plackiem również nie jestem. Dlatego popołudnie poskutkowało wizytą w najwyższym punkcie Korfu – Pantokrator. Jak przystało na najwyższy punkt okolicy, widok zapierał dech w piersiach. Stolica w zasięgu wzroku, okoliczne wzniesienia, góry, błękitna tafla morza a po drugiej stronie szczyty albańskich gór… taki widok mógłbym mieć na co dzień. A że na szczycie góry znajduje się bizantyjski klasztor… to skłoniło mnie do refleksji, czy mnisi faktycznie tylko dla życia z dala od społeczności budowali klasztory w takich miejscach jak to, czy może jednak dla tych widoków? Tak, to miejsce zdecydowanie trzeba odwiedzić. A potem zjechać tzw. „Drogą 25 serpentyn” w kierunku stolicy. No chyba, że ma się chorobę lokomocyjną, na trasie istnieją spore warunki do tego, by choroba ta dała o sobie znać. Można jednak nadal skupiać się na lokalnych widokach lub zatrzymać się na posiłek w jednej z wielu świetnie ulokowanych tawern wzdłuż wspomnianej krętej trasy. To tak, jakby ktoś na Korfu szukał miejsca, w którym chciałby się oświadczyć.
Dziedziniec pałacu księżniczki Sisi
Widoki podczas wspinaczki na twierdzę :)
W ostatni dzień na Korfu postanowiliśmy odwiedzić samą księżniczkę Sisi, która w scenerii tej greckiej wyspy postawiła sobie skromny pałacyk. Rezydencja zdecydowanie robi wrażenie, jednak nasze zwiedzanie trwało dość krótko. Wszystko przez wszechobecnych rodaków, przy których wcześniej udawaliśmy osobistości anglojęzyczne, oraz przez paparazzi, którzy już na wejściu robili nam zdjęcia i jeszcze przy wyjściu próbowali nam je sprzedać za parę euro. Skierowaliśmy się ponownie do stolicy, by poznać ją nieco lepiej. I powiem Wam, czasem trzeba przejść wiele schodów, by powiedzieć wow. I tak było po wyjściu na twierdzę. Widok z twierdzy na starówkę Korfu jest wart kilku euro wydanych na wstęp i paru schodów w górę. Z resztą, jeśli ktoś lubi podziwiać samoloty, ma z tego miejsca całkiem niezły widok na jeden z najkrótszych pasów startowych na świecie, który znajduje się właśnie na Korfu. Nawet piloci samolotów są specjalnie szkoleni ku temu, by móc na nim lądować. J
Po podziwianiu samolotów i miasta z góry postanowiliśmy co nieco pobłądzić w „weneckich” uliczkach stolicy. W takich przypadkach najlepiej skoczyć gdzieś w bok i maszerować z dala od głównego traktu turystycznego. Unikasz tłumu podążającego w poszukiwaniu pamiątek  made in China, i dopiero wtedy zwracasz uwagę na detale, a nie na to, czy przypadkiem ktoś właśnie nie depcze Ci po nodze, lub zagradza drogę. I tak, na początku przeciętna stolica pozostawiła po sobie znacznie lepsze wrażenie. Nadszedł czas na powrót do hotelu, kolejny dzień to powrotna przeprawa przez dziką Albanię.
Widok z twierdzy na starówkę Korfu
Skoro świt przeprawiliśmy się promem na stały ląd. Tam zbliżającą się Albanię zapowiadały osunięte kamienie na drodze zmuszające do jechania przeciwległym pasem, a widząc konie pasące się na środku ronda tuż za albańską granicą dosadnie uświadamiały że właśnie wjeżdżamy do miejsca, które można nazwać krajem, ale nie wiem czy nie lepszym określeniem będzie tutaj „stan umysłu”.
Zanim jednak przykłady stanu umysłu, pojechaliśmy do Butrinti. Słynna rzymska osada, albańskie must see wpisane na listę UNESCO. Ale zanim tam dotrzesz, musisz pokonać lokalną drogę z myślą, że łatwiej wyjeżdżałoby się autem na Giewont, a następnie przepłynąć promem. Promem złożonym z kilku desek. Pytanie, czy my naprawdę jesteśmy w Europie? Powiem Wam, mimo tej nieuniknionej ucieczki od zaawansowanej cywilizacji miało to swój urok. Na szczęście i auto i my przepłynęliśmy przez ten niepewny trakt i dotarliśmy do Butrinti.

Typowy albański most na typowej albańskiej drodze
Oraz widoki z typowego albańskiego promu...
Wysiadając na tamtejszym parkingu czujesz się, jakbyś właśnie teleportował się pod piramidy w Gizie. Wszystko przez wszechobecnych sprzedawców tzw. handmade’ów, którzy za żadne skarby nie odpuszczą, dopóki czegoś od nich nie kupisz. Nie do końca gustuję w tego typu nachalności w celu pozyskania klienta, ale powoli uświadamiając sobie tutejsze realia nie trudno dojść do wniosku, że w tym kraju raczej nie żyje się łatwo.
Butrinti spodoba się tym, którzy lubią rzymskie fortyfikacje i ładne widoki, jest niesamowicie usytuowane, co widać szczególnie, gdy jedzie się drogą w kierunku północnym. Przepiękne jezioro Butrinti robi naprawdę wspaniałe wrażenie. Z resztą, jak cała południowa Albania, której góry naprawdę zachwycają. Dla widoków na pewno warto tu przyjechać. Jednak lepiej się w nich nie zatracić, zwłaszcza za kierownicą, w Albanii przeważnie trzeba zgadywać, w którą stronę trzeba jechać dalej.
Nie tylko na znaki należy uważać. Wspomniałem już, że Albania to stan umysłu. Podróżując tutejszymi autostradami masz wrażenie, że powstały one wczoraj, a tutejszą społeczność właśnie dogoniła cywilizacja i jakoś nie mogą się przyzwyczaić. Główna droga Albanii to bowiem idealne miejsce, by przeprowadzić stado owiec, przejść się na rodzinny spacer, albo przeskakiwać przez betonowe barierki pośrodku jezdni. To też idealne miejsce na handel, stanowiska z arbuzami można znaleźć co jakieś 100 metrów. Z głodu i pragnienia raczej nie umrzemy, z braku atrakcji na trasie, również. I mimo pewnego wrażenia, że znaleźliśmy się w innym świecie, ma to w sobie coś intrygującego. Choć nie jest to kraj, w którym czułbym się najpewniej na świecie, przejechałbym się jeszcze raz. Mam wrażenie, że za każdym razem będzie co opowiadać. 

Taki cudne widoki można podziwiać w Butrinti :)

I na zakończenie krótka fotorelacja p.t.: "Typical albanian road" Enjoy!

Droga jest dla wszystkich :)

Oto jeden z przykładów piękna albańskich gór

Główna droga krajowa to idealne miejsce na spacer

Wypas!

I tak jak mówiłem, z głodu nie umrzemy.

2 komentarze:

  1. Świetna relacja! Takiej właśnie szukałam przed wypadem do Albanii :) Z tego co widzę (po zdjęciach) drogi w świetnym stanie. Polecam objazdówkę po Mołdawii (szczególnie rejony Gagauzji) Ilość dziur, ubytków, żwiru, krów, kóz, gęsi, małych dzieci, indyków, osiołków, wozów, pseudowozów - na drogach - oszałamia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i bardzo się cieszę, że relacja okazała się przydatna. Powiem tyle, jeśli będziecie trzymać się głównych dróg, nic Wam nie grozi. Jednak bardzo zabłądzić. ja w środku nocy obudziłem się grzęznąc w żwirze podczas burzy, a była to rzekomo główna droga krajowa. GPS nie czytał nowej "autostrady" :) Także bądźcie czujni :)

      Usuń