16.08.2014

Pamiętniki z Finlandii, część 2.


Z fińską flagą na tle zabudowy Raumy

W Raumie pod względem pilockim mieliśmy spokój, zajęcia odbywały się w elektrowni, do której wysłaliśmy grupę pod opieką naszego tłumacza. Mogliśmy zatem nieco rozkoszować się lokalnymi widokami. Miasto to słynie co prawda z festiwalu koronek i drewnianej zabudowy, która jako jeden z najlepiej zachowanych układów urbanistycznych całej Skandynawii wpisana została na Listę UNESCO, my jednak zauważyliśmy, że Rauma prawdopodobnie jest największym zagłębiem fryzjerów na świecie. Rzadko zdarza się, by w 40 tysięcznym miasteczku wzdłuż jednej ulicy znajdowało się 20 zakładów fryzjerskich.

Ponadto mieliśmy okazję poczuć się jak Finowie i wykorzystać  z narodowego przywileju, który lepiej znany jest pod nazwą „Prawo każdego człowieka”. Polega on na tym, by jak na fina przystało, czyli w zgodzie i jak najbliższym kontakcie z natura, spacerować, korzystać ze świeżego powietrza, czy biwakować na terenach należących do ogółu społeczeństwa a nawet terenów prywatnych za zgodą właściciela. Biwakować co prawda woleliśmy w hotelu, skorzystaliśmy natomiast z uroków fińskiego brzegu Bałtyku. Spokojna toń morza, czerwonawy piasek, i charakterystyczny dla tego obszaru typ wybrzeża riasowego dało nam coś, czego nie napotkaliśmy na swojej drodze od bardzo dawna. Ciszę. Od tamtej pory marzę o tym by móc do Finlandii wrócić po to, by znów to "usłyszeć".
Z cyklu selfie, tym razem na nadmorskim
pomoście ze współpilotem w tle :)
Poza prawem każdego człowieka miałem też szansę pierwszy raz w życiu skorzystać z sauny, i to nie byle gdzie, bo w ojczyźnie tego wynalazku. A teraz wyjaśnię anegdotkę, dlaczego sauna jest jak bułka z bananem dla Adama Małysza. Wyobraźcie sobie, iż światową sławę sauna zawdzięcza podobno niejakiemu Paavo Nurmi’emu – fińskiemu biegaczowi, który był multimedalistą igrzysk w Paryżu 90 lat temu. Cały świat poszukiwał przyczyn jego wielkich sukcesów do momentu, kiedy odkryli, iż fińska reprezentacja sprowadziła sobie na miasteczko olimpijskie saunę. I tak podobno sauna zyskała światową sławę. Dla finów jest tak ważna, że mają ją nawet w parlamencie. Ba, mój znajomy Risto ze STUK wspominał, że sami w STUK mają aż trzy sauny.

Grupa zasłuchana w opowieściach przewodniczki.
W ostatni dzień wizyty zwiedziliśmy pierwszą stolicę kraju – Turku. Przewodniczka po tym mieście była ciekawą osobistością. Polka, mieszkająca tam od 15 lat, miała na początku lekki problem by starą dobrą polszczyznę sobie odświeżyć, ale dawała radę. Po fińsku tym bardziej dawała radę dogadując się z kierowcą wymianą - „Yooo” – „Yooo”, która z punktu widzenia osoby trzeciej wyglądała co najmniej przezabawnie.

Profesjonalne zdjęcie geologiczne belemnita
w posadzce katedry w Turku.
Do dziś pamiętam jej nawiązania do ciekawostek geologicznych, za które zdecydowanie otrzymała u mnie plusa. I tak z katedry w Turku najbardziej zapamiętałem fakt, iż w posadzce znajdziemy skamieniałości (pominę tu fakt, że powiedziałem grupie, że są to trylobity, a były to belemnity), a zamek w Turku dawniej leżał na wyspie a obecnie jest na lądzie – wszystko dzięki ruchom izostatycznym. Na koniec zjedliśmy fiński obiad w stylizowanej na wikingów restauracji. Choć wikingów w Finlandii nigdy nie było, tak skosztowanie doskonale przyrządzonego jaka było bardzo ciekawym zderzeniem z wyśmienitą fińską kuchnią.

Pożegnaliśmy grupę i wysłaliśmy ją z naszym tłumaczem do Polski, my natomiast przez brak miejsc w samolocie zmuszeni byliśmy zostać dzień dłużej w Helsinkach. Zaistniałą możliwość nie omieszkaliśmy wykorzystać maksymalnie.

W czasie powrotów piloci się nudzą :)
Wieczorem mieliśmy okazję poznać nieco kuchni i fińskiego życia codziennego. A wszystko dlatego, że spotkaliśmy się z kuzynką mego współpilota i jej partnerem, z pochodzenia finem. Zderzenie z salami z renifera oraz stekiem z łosia było dla mnie kolejnym dowodem na to, że fińska kuchnia to prawdziwe niebo w gębie. Kolacja ta była też idealną okazją do zweryfikowania historii znanych z przewodnika oraz przekonania się, jak wygląda piątkowy wieczór w fińskim wykonaniu.

Sobór Uspieński w całej okazałości.
Ostatni dzień wykorzystaliśmy na spacer po Helsinkach, tym razem w świetle dnia. Wyruszyliśmy z hotelu w stronę największej pamiątki po Rosjanach na terenie miasta, którą bez wątpienia jest Sobór Uspieński. We wnętrzu czekała nas niespodzianka. Nie dość, że wystrój jest niesamowity, to jeszcze mieliśmy okazję uczestniczyć w chrzcinach w wersji prawosławnej. Bogatsi w nowe doświadczenia pokierowaliśmy się dalej przez słynny helsiński targ Kuappatori ku domowi handlowemu Stockmann, który jest głównym miejscem spotkań mieszkańców stolicy. Pod Stockmanem otwierali właśnie pierwszego w centrum helsinek Starbucksa, dlatego jako miłośnicy tej marki nie omieszkaliśmy skorzystać z darmowej kawy. Pognaliśmy dalej w kierunku kościoła wykutego w skale, który jest jak dla mnie ewenementem na skalę światową. Kościół o doskonałej akustyce wykuty w skale pośrodku miasta, a wszystko dlatego, że mieszkańcy nie zgodzili się na wysadzenie w powietrze znajdującej się tam skały i zabudowania tego miejsca. Mijając po drodze łosia przed muzeum historii naturalnej powróciliśmy pod Stockmanna, gdzie mogliśmy podziwiać ulicznego grajka, który w zaskakującym tempie zarabiał na swej twórczości… gdybym miał stworzyć przelicznik jego zarobków, mógłbym śmiało strzelać, że było to 1 euro/sekundę i pewnie nie byłbym daleki od błędu. Finowie jak widać nie szczędzą drobnych, albo tak bardzo lubią szeroko pojętą sztukę ulicy.
Wnętrze kościoła wykutego w skale

Na koniec podeszliśmy na Plac Senacki, gdzie poza 200 letnią zabudową pamiętającą rosyjskie rządy, znajduje się budynek tak wielki, że w czasie jego budowy mieszkańcy zakładali się między sobą, na którą stronę się zawali. Budynek stoi nadal, a chodzi oczywiście o monumentalną katedrę luterańską. Z resztą, nic dziwnego, że katedra przerasta wyobraźnię mieszkańców, zabudowa stolicy jest tak niska, że sami mieszkańcy śmieją się, że najwyższymi budynkami Helsinek są promy przybijające do portów. O tym też się przekonałem, i w sumie coś w tym jest.

Tak podają w fińskich restauracjach. Aż ślinka cieknie :)
I tak po sześciu dniach powróciliśmy do Polski. Tym sposobem mój pierwszy wygrany przetarg stał się moim całkiem sporym sukcesem organizacyjnym. Jednak to nie wszystko. Wyjazd pozwolił mi odkryć to, co nieodkryte i dojść do wniosku, że czasem najlepiej nie wyobrażać sobie podróży. Nie planowałem odwiedzać tego kraju, jednak po pierwszej wizycie zakochałem się w nim bez pamięci. Kilka historii pozostawiłem dla siebie, jednak nie omieszkam ich opowiedzieć każdej grupie, którą będę mógł tam zabrać. Bo w tamte rejony wrócić chcę na pewno J


Pożegnalna selfie z katedrą na Placu Senackim :)


1 komentarz:

  1. przerzuciłam się z wieczornej lektury na Twoje opisy i sny mam fajne ( po Erice Spindler - czasami koszmarne :) )

    OdpowiedzUsuń