25.08.2014

Bałkany, część 2. Z Sarajewa do Grecji.


Jeden z górskich widoków między Sarajewem a Mostarem.
Z samego rana wyruszyliśmy w dalszą drogę. Kolejnym celem był Mostar, miasto słynące przede wszystkim, jak nie trudno się domyślić, z mostu. Zanim jednak Mostar, dwugodzinna trasa przez coraz wyższe i coraz piękniejsze góry. Widoki z każdym zakrętem coraz bardziej zapierały dech w piersiach, i mimo dopadającego nas deszczu robiłem na ten widok coraz większe WOW.

Dotarliśmy do celu i już na dzień dobry dało się tutaj zauważyć pewien kontrast. Jadąc główną drogą, z jednej strony widzisz zdewastowany po wojnie budynek, z drugiej, pięknie odnowiony gmach. Z resztą, ostrzelane budynki w Mostarze raczej nie umkną naszemu oku, wprowadzając nas w dość refleksyjny nastrój.
Mostarskie kontrasty.
Ruszyliśmy na zwiedzanie. Widok wąskich, kamiennych uliczek przepełnionych sklepikami z pamiątkami, oraz most na Neretwie, na którym, poza tabunem turystów, przepiękne pejzaże wysokich zabudowań nad rzeką i wystających gdzieniegdzie minaretów, a wszystko to zlokalizowane w górskiej scenerii, zdecydowanie robi wrażenie.

Selfie ze współtowarzyszem na szczycie minaretu.
Jak nie trudno się domyślić, most jest główną atrakcją miasta, nie tylko dla turystów, ale i dla mieszkańców. Byliśmy nawet świadkami pewnej lokalnej tradycji. Wyobraźcie sobie że młodzi mężczyźni przechodzą tutaj próbę męstwa i odwagi, którą podziwia całe miasto. A wszystko to polega na dość szalonym obyczaju skoku z mostu do wody. Całemu przedsięwzięciu towarzyszy muzyka i owacje zebranej publiczności, nic dziwnego, wysokość mostu jest dość okazała, sam lot trwa dobrych kilka sekund, które wprowadzają w zebranej publice nastrój niepewności. Szkoda tylko, że ta tradycja stała się już dość komercyjna. Choć dopóki nie masz tej świadomości, wygląda to bardzo realistycznie i zdecydowanie zapada w pamięć.

Mój ulubiony widok w Mostarze.
Miałem również okazję po raz pierwszy w swoim życiu zobaczyć wnętrze meczetu a także przekonać się, jaki widok roztacza się ze szczytu minaretu. Wejście na minaret nie należy do wielkich przyjemności, zwłaszcza, jeśli poza Tobą wieżę zdobywają inni turyści, przy okazji cierpiący na klaustrofobię. Powoduje to spore korki, schody są bardzo wąskie a wymijanie się jest dość problematyczne, dlatego zdecydowanie odradzam to tym, którzy nie do końca lubią bliskość obcych ludzi i ciasne pomieszczenia. Jednak trud zdobycia minaretu wynagradzany jest widokiem na starówkę Mostaru w całej okazałości, który wart jest zdecydowanie więcej, niż bilet wstępu na wieżę.

Takie tam, z Dubrownikiem.
Po wizycie w urzekającym Mostarze nadszedł czas opuścić Bośnię i pokierować się dalej. Pogoda przestała nas załamywać, dzięki czemu podziwianie wybrzeża Adriatyku było niezwykłą przyjemnością. Zwłaszcza, kiedy na horyzoncie pojawiło się moje największe bałkańskie marzenie – Dubrownik. Zwariowałem, widząc z drogi monumentalne dubrownickie mury otaczające tą niezwykłą starówkę. Świadomość tego, że w drodze powrotnej będę miał okazję zwiedzać to miasto wyzwoliła we mnie eksplozję radości, której kulminacja nastąpiła, gdy zatrzymaliśmy się na punkcie widokowym, w celu zrobienia zdjęcia z widoczną z daleka dawną Raguzą.

Naszym planem na popołudnie nie była jednak Chorwacja, a Czarnogóra. Tutaj miało się spełnić moje bałkańskie marzenie numer dwa, a mianowicie Kotor. Pogoda jednak delikatnie mówiąc nas nie rozpieszczała, przeprawiając się promem u wylotu Boki Kotorskiej deszcz lał jak z cebra i nie zanosiło się na to, by sytuacja miała ulec szybkiej poprawie. Nie pozostało nam nic innego, jak zmiana planów. I tak, zostawiając marzenia na drogę powrotną, wylądowaliśmy nie w Kotorze, a w Budvie.
Selfie z Budvą w tle.
Jako człowiek o dość specyficznych priorytetach moją uwagę bardziej skupiał fakt darmowego wi-fi pod murami miasta i wrzucanie zdjęcia Budvy na Instagrama, niż fakt, że właśnie wkraczam na stare miasto. Gdy jednak podniosłem głowę znad telefonu, z wrażenia ugięły się pode mną kolana. Przede mną przepiękna, wąska uliczka zwieńczona wieżą tutejszego kościoła, otoczona kamienicami pamiętającymi czasy starych dobrych wenecjan, niegdysiejszych włodarzy tego miasta. Zauroczyłem się tą, ba, każdą z tych wąskich ścieżek, w których tak trudno wyminąć się z kimś innym, a których klimat jest wręcz niepowtarzalny. A do tego przepiękne widoki z tutejszej cytadeli. Po raz kolejny przekonałem się, że najlepsze są jednak spontany :)

Jednak Budva to nie sama starówka. W tym mieście poczułem jeszcze coś, co właściwie przez ostatnie miesiące stało mi się obce. Uwierzcie lub nie, ale przechadzając się lokalnym deptakiem około godziny 22:00 nawet największy anty fan imprezowania będzie miał tu ochotę szaleć do białego rana. To miasto wieczorem chyba tak naprawdę dopiero zaczyna się budzić, uruchamiając machinę nocnego życia. Gdyby nie to, że czekał nas nocny przejazd, pewnie oddalibyśmy się całonocnemu szaleństwu tych wszystkich klubów pod gołym niebem… a następnego dnia wracalibyśmy do Polski z wypłukanymi portfelami.

Selfie z widokami z budvańskiej cytadeli.
Dlatego to by było na tyle spontaniczności, ruszyliśmy w dalszą drogę. Ciemność narastała wraz ze zbliżaniem się do albańskiej granicy. Ciemność przecinana była jednak oświetlającymi nam drogę piorunami. Szczerze mówiąc nie wiem, czy widziałem kiedykolwiek równie intensywną burzę, co oczywiście w żaden sposób nie utrudniło mojej potrzebie snu na przypomnienie o sobie w sposób dosadny. Ledwo dotarliśmy do Szkodry, padłem. Sen nie trwał jednak zbyt długo, obudziłem się nagle prawdopodobnie na moście lub na prostej drodze, na której przy sporej prędkości wpadliśmy w coś w rodzaju poślizgu. Nie do końca był to jednak poślizg, nasz samochód przez chwilę dosłownie surfował po zalanej przez ulewę drodze. Pomyślałem sobie wtedy – Albania niekoniecznie jest krajem, w którym chciałbym zginąć. Ale to oczywiście nie koniec fantastycznych niespodzianek. Nasz niezawodny GPS pokierował nas albańską główną drogą krajową, nie widząc niedalekiej autostrady. Standard głównej drogi krajowej w Albanii jest do przeżycia dopóki nie skończy się na niej asfalt. Kiedy jednak gwałtownie hamujesz na czymś w rodzaju żwirowej muldy na drodze znaczonej na mapie kolorem czerwonym,  zastanawiasz się nad tym, jak daleko zaszła tutejsza cywilizacja. Już nie mówiąc o złości, kiedy w końcu dobijasz do autostrady po 1,5 godzinnej trasie przez góry, którą autostradą pokonałbyś przez 20 minut. Ciężką noc wynagrodziły poranne widoki albańskich gór, autostrada wzdłuż kraju wiedzie wzdłuż rzecznej doliny, pomiędzy wysokimi nawet na 1700 metrów, prawie bezleśnymi górami. Krajobraz ten przy wschodzącym słońcu wygląda niesamowicie. I tak, po ciężkiej nocy dotarliśmy do albańsko-greckiej granicy, gdzie zapytani, czy przewozimy marihuanę wjechaliśmy do kraju, który był celem kolejnych trzech dni naszej eskapady.

Budva powoli budzi się do życia

1 komentarz: