15.08.2014

Bałkany, część 1. Sarajewo.

Sarajevo meeting of cultures - napis na jednej z głównych ulic Sarajewa.

Pewnie każdy z Was ma swoją listę miejsc, które chciałby odwiedzić. Ja też taką mam, a na niej przez bardzo długi czas, na bardzo wysokim miejscu plasowały się Bałkany. Miałem już kiedyś okazję zauroczyć się pięknem Chorwacji, jednak po tamtej wizycie pozostał we mnie niedosyt i chęć jeszcze lepszego poznania tego bałkańskiego kotła. Aż tu nagle pojawiła się okazja, by zweryfikować, czy naprawdę warto było marzyć o spacerze po dubrownickim Stradunie, czy podziwiać kotorską Bokę. I tak z towarzyszem wyprawy, Mateuszem, wyruszyliśmy na dziesięciodniowy tour po zachodniej części półwyspu bałkańskiego.

Lubicie selfie, no to macie - z bośniacką flagą :)
Jako miłośnik nocnych przejazdów, świadom pierwszej nocy na fotelu pasażera zastanawiałem się, jak długo wytrwam nie śpiąc… Było całkiem nieźle, zmogło mnie dopiero nieopodal słowacko węgierskiej granicy, kiedy powoli zaczynało się robić jasno. Nocny przejazd przez tereny naszych południowych sąsiadów przyniósł jednak kilka refleksji. Po pierwsze, w Orawskim Hradzie nocą idzie się zakochać. Po drugie, znalazłem świetne miejsce na narty i nie jest to Chopok, po trzecie, żal mi Słowaków. Nocą w tym kraju chyba nic się nie dzieje, skoro napotkaliśmy na swej drodze przez 4 godziny więcej dzikich zwierząt kopytnych, niż ludzi…

Jak się okazało, zasnąłem w najbardziej nieoczekiwanym momencie. Jednak za słabostki ludzkich potrzeb trzeba było zapłacić… ominął mnie widok wschodzącego słońca nad pięknym, modrym i tak dawno niewidzianym Dunajem… I z doświadczenia, nic tak nie budzi, jak moment, kiedy zostajesz o piątej rano na parkingu zamknięty w samochodzie, a twój ruch włącza alarm. I tym sposobem pobudka była na tyle skuteczna, bym mógł się wreszcie skupić na podziwianiu widoków węgierskiej puszty, północnej Chorwacji i wreszcie pierwszego punktu wyprawy – Bośni i Hercegowiny.

Bośnia na pierwszy rzut oka przypominała mi dolinę Dunajca. Zalesione wzniesienia porozcinane wszechobecną rzeką Bośnią, która na moje oko póki co nieco uprzykrza życie Bośniaków. I nawet nie chodzi o fakt, by dotrzeć do Sarajewa, przez rzekę trzeba przejechać 27 razy… Bośniacy mają jeden zasadniczy problem – przez ukształtowanie terenu nie mają za bardzo gdzie budować domów. Dlatego budują na obszarach najbardziej płaskich – w tym przypadku zalewowych. Nie dziwił mnie zatem dość przykry widok domów pozalewanych na wysokość pierwszego piętra, podmytych dróg czy osuwisk. Nie da się zatem ukryć, że ciężkie jest życie Bośniaka.


Zmieniłem zdanie gdy dotarliśmy do Zenicy, które prawdopodobnie jest najbardziej depresyjnym miastem na świecie. Tak szarej architektury jeszcze nie widziałem, żartowaliśmy nawet po drodze, że mieszkańcy Zenicy mają trzy drogi popełnienia samobójstwa: albo utopić się w Bośni, albo rzucić z okna jednego z tych brzydkich szarych bloków, albo rzucić się z okna i wpaść do Bośni. I tak stwierdziłem, że najgorzej w Bośni ma jednak mieszkaniec Zenicy…:)

Pierwsza na naszej trasie świątynia w stolicy Bośni -
stara cerkiew.
Dotarliśmy do Sarajewa. Na pierwszy rzut oka miasto zrobiło na mnie pozytywne wrażenie, podobało mi się to śródgórskie usytuowanie bośniackiej stolicy. Nie mogłem się już doczekać momentu, kiedy zacznę spacerować po tej kwintesencji bałkańskiego kotła, po mieście, w którym na przestrzeni kilometra kwadratowego znajdziemy świątynie czterech religii. Ruszyliśmy na zwiedzanie. Najpierw kościół prawosławny, potem synagoga, główny meczet aż na końcu katedra… Wszystko fajnie, nic dziwnego że na głównej ulicy Sarajewa znaleźć można napis "Sarajevo meeting of cultures". Ale… mimo tej wszechobecnej wielokulturowości, czegoś, co spowodowałoby u mnie wielkie WOW wciąż brakowało. Nie pomagało ani lokalne, choć bardzo dobre piwo, ani przygnębiające pozostałości i pamiątki  po stosunkowo niedawnej wojnie na Bałkanach, ani obiekty, które po tej wojnie odzyskały już dawny blask.
Widok na meczet Gazi Husrev-bega.

Tym bardziej nie pomogło nagłe załamanie pogody. W centrum miasta dorwała nas burza. Skryliśmy się w jednej z zadaszonych uliczek oczekując na koniec ulewy… Na próżno. Zgodnie z powiedzeniem „W czasie deszczu dzieci się nudzą”, godzinne stanie w miejscu doprowadzało nas do przeróżnych zabaw w ramach zabicia czasu. Na początek obserwowaliśmy sprzedawczynie w sklepie z naprzeciwka, pod którą podkładaliśmy głos… Deszcz lekko osłabł, więc ruszyliśmy w drogę powrotną do hotelu… Nie przeszliśmy jednak 500 metrów by dorwał nas kolejny frontalny atak z nieba. Skryliśmy się pod parasolami przy Bascsarsiji, gdzie już z totalnych nudów zacząłem nagrywać dla żartu i zabicia czasu filmiki o tym, jak strasznie cierpimy i by nas ktoś stąd odebrał… Mniejszym żartem jest jednak nawałnica w Sarajewie. Za względu na położenie na wzgórzach, oberwanie chmury powoduje, iż ulice prowadzące do ścisłego centrum zmieniają się w rwące potoki. Ba, sama Bascsarsija staje się jednym wielkim rwącym potokiem, a niezwykle zabawnym widokiem są ludzie ślizgający się po tym głównym placu Sarajewa, biegający w poszukiwaniu zadaszenia. Wracając do hotelu po ulewie mieliśmy problem, żeby przeskakiwać przez te potoki bez przemoczenia butów. I tak po widoku zalanych domów wzdłuż całej trasy przejazdu i stołecznych ulic zmieniających się w rwące potoki stwierdzam, że wyposażeniem każdego bośniackiego domu winien być ponton.

Mauzoleum Gazi Husrev-bega.
Wieczorem, kiedy z jednej strony można było obserwować zachodzące słońce, z drugiej zaś ustające na horyzoncie pioruny, wybraliśmy się poza bramy starego miasta na punkt widokowy. Roztaczał się z niego widok na całą stolicę i okoliczne góry za którymi powoli chowało się zachodzące słońce. Mnóstwo minaretów rozsianych po całym mieście, którym towarzyszyły wieże katedry i powstająca nowoczesna zabudowa nowego Sarajewa. To wszystko zaczęło rozświetlać się coraz bardziej wraz z nastającą ciemnością… I to właśnie ten widok spowodował, iż dotychczas rozczarowujące mnie Sarajewo dało się pokochać. Jak widać czasem warto wyczekać do tzw. Wisienki na torcie, by z uśmiechem na twarzy móc położyć się spać, a następnego dnia z czystym sumieniem wyruszyć w dalszą drogę.
 
Niesamowity widok na Sarajewo :)


1 komentarz:

  1. Mateuszku, zwiedzanie z Tobą to powrót do własnych wspaniałych wspomnień z podobnej podróży, w podobnym towarzystwie :)

    OdpowiedzUsuń