13.11.2013

Pamiętniki z Finlandii, część 1.

Pewnego wakacyjnego dnia do biura zadzwoniła pewna kobieta, która poprosiła nas, o wycenę wyjazdu studyjnego do Finlandii, kraju, który do tamtej pory był nam dość odległy. Tym sposobem otrzymałem do ręki swój pierwszy przetarg, którego celem była organizacja wykładów związanych z ochroną środowiska przy elektrowniach atomowych. Tematyka tych wykładów dotyczyła każdego możliwego elementu środowiska, który tylko można chronić, a tłumaczenie całej listy wymagań na język angielski spędzało mi sen z powiek, budząc coraz bardziej negatywne myśli.

Sen z powiek spędzała mi również sama współpraca z finami, choć jak każda, miała swoje plusy i minusy. Z jednej strony ich zawrotne tempo życia w żaden sposób nie ułatwiało ogarnięcie sprawy w terminie, z drugiej zaś, i tu ogromny plus dla mieszkańców tego kraju, ich poziom języka angielskiego jest zaskakująco dobry. Wierzcie, lub nie, przy naprawdę wielu rozmowach telefonicznych z różnymi osobami w tym kraju nie napotkałem nikogo, kto miałby problem z językiem. Mogę wręcz stwierdzić, że ich english jest fluent.

Dumny organizator turystyki
po podpisaniu umowy
w samym Ministerstwie Środowiska
Oferta przygotowana, i choć w pewnym momencie straciliśmy już nadzieję, udało się nam ten przetarg wygrać. I tak pewnego listopadowego dnia rozpoczyna się moja fińska przygoda, która z dnia na dzień zaskakiwała mnie coraz bardziej.

Wylądowaliśmy. Na lotnisku miał czekać na nas kierowca, przywdziany w niebieską kurtkę. Wychodzimy, nie ma gościa. Dzwonię raz, drugi, trzeci. Nie odbiera. Myślę sobie – zaczęło się… Klienci stoją, patrzą na Ciebie, a Ty robisz się coraz bardziej czerwony. Ku naszej radości facet odnalazł się na drugim końcu hali. Z ulgą ruszyliśmy do hotelu.

Po drodze przyszło mi wziąć do ręki mikrofon i grupie 16 urzędników państwowych opowiedzieć co nieco o Helsinkach. Każde branie mikrofonu przy nowej grupie wywołuje u mnie zawsze jedną i tą samą myśl – jeszcze 5 minut, jeszcze nie, jeszcze mam czas, za chwilę zacznę… Aż w końcu zacząłem. Bez wątpienia w moim głosie było słychać stres. Totalnie zdekoncentrowany, podobno powiedziałem "jeśli chodzi o.." jakieś dziesięć razy. Ale wieczorem usłyszałem, że mimo stresu i "jeśli chodzi o…", zrobiłem to, cytuję, "zajebiście". A usłyszeć taką pochwałę od szefa to zaszczyt. 

Nim jednak nastał wieczór, grupę trzeba było nakarmić, zakwaterować i oprowadzić po mieście. I tak, po dotarciu do hotelu, udaliśmy się do restauracji na doskonałą zupę szparagową i najlepszego łososia, jakiego w życiu jadłem. O kuchni kiedy indziej, jednak warto tu wspomnieć o fascynującym narodzie, jakim są Finowie. Do wyjazdu przygotowywałem się bardzo intensywnie, pierwszy raz czytałem taką ilość informacji w różnych źródłach, chciałem się dobrze przygotować dla tej grupy. I właśnie w przewodniku wyczytałem o finach, iż są niesamowicie powściągliwi i nie warto w pierwszych kontaktach być zbyt wylewnym. Wystarczyło, bym pobył przez pół godziny w hotelu, by się o tym przekonać...

Wychodząc po obiedzie z hotelowej restauracji, uśmiechnąłem się do jednej z kelnerek mówiąc "see you later". Ona, prawie ze łzami w oczach, jakbym co najmniej zaproponował jej wieczorną przelotną przygodę, w bardzo wycofanej pozie zaczęła mówić, że ma nadzieję, że jednak nie. Myślę sobie, okej, nie zrozumieliśmy się, następnym razem nie będę aż tak rozentuzjazmowany. Pech chciał, że zostawiłem w restauracji kurtkę, więc moje wejście skwitowałem słowami "As I promised". Ku mojemu zdziwieniu, wychodząc po raz drugi usłyszałem pytanie "to co, teraz już do widzenia?". Chciałbym umieć opisać minę tamtej dziewczyny, gdy usłyszała, że mamy tu jeszcze kolację i śniadanie :)

Po obiedzie postanowiliśmy zadzwonić do przewodniczki, czy przypadkiem o nas nie zapomniała. To ewidentnie nie był dobry dzień w kwestii wykonywania połączeń, okazało się, że podany nam numer w ogóle nie istnieje. Przyszła, chwaląc się, że to jej pierwsze w długiej karierze przewodnickiej oprowadzanie po mieście „by night”. Dodam też, iż co najmniej urzekającym jest mówienie po polsku przez mikrofon i przerywanie by pogadać z kierowcą po fińsku. A kiedy jeszcze usłyszy się "ołki dołki" z ust charyzmatycznej kobiety po pięćdziesiątce, wtedy ze śmiechu leży się już pod fotelem. 

Jeden z naszych kierowców mknący fińską autostradą.
Wieczorem Finowie zdumieli mnie po raz drugi. Po zwiedzaniu postanowiliśmy zrobić trochę czasu wolnego i odprowadzić grupę do hotelu pieszo. Dlatego postanowiłem zwolnić kierowcę na dziś ze służby. Powiedziałem mu, że może wracać do hotelu – miał własny pokój, wszystko opłacone, dostał klucz. Po czym oznajmił mi, że chyba nie będzie spał w naszym hotelu, bo nie ma w pokoju prysznica. Więc zrobiłem wszystko, by ten pokój mu zamienić, zadzwoniłem na recepcję, recepcja zgodziła się dać mu inny pokój, za chwilę zamiast do niego zadzwoniłem do jego szefa że może spokojnie jechać do hotelu bo dostanie nowy klucz do nowego pokoju z łazienką, po czym zadzwoniłem do niego. On mi podziękował, powiedział że już wie i pożegnał mnie życząc dobrej nocy. Po czym w hotelu pojawił się dopiero na śniadaniu, śpiąc w zupełnie innym miejscu. Tym sposobem Finowie zdumiewali mnie coraz bardziej, i już nie mogłem się doczekać kolejnych zaskoczeń ze strony tego nietuzinkowego narodu...

Mój pierwszy fiński poranek rozpoczął się w hotelowej restauracji od spotkania z kierowcą, który nagle ni stąd, ni zowąd postanowił zaszczycić nas swoją obecnością na śniadaniu. Po krótkiej rozmowie udało mi się wybadać gdzie spał, dlaczego nie wrócił mimo zmiany pokoju, i czy przypadkiem się na nas nie gniewa. Żegnając się z kelnerkami, tym razem pozbawionym jakichkolwiek emocji,  chłodnym niczym listopad w Helsinkach "Goodbye", ruszyliśmy z grupą na zajęcia.

Pierwszym punktem wizyty studyjnej były odwiedziny w STUK. Miałem tam pewnego współpracownika imieniem Risto, który przy organizacji tej wizyty właściwie przychylił mi nieba. Jednak dla pilota kilka godzin wykładów z energii nuklearnej w Finlandii to czas na przemyślenia egzystencjalne, przeglądanie konspektu przed kolejnymi opowieściami, czy dalsze obserwowanie fińskiego narodu. Zabawnym był fakt, iż pracownicy STUK mijali nas totalnie nie zwracając na nas uwagi. Musiało minąć kilka godzin, abyśmy w końcu zaczęli być obiektem ich zainteresowania.

Po wizycie w stolicy ruszyliśmy do Raumy, nieopodal której znajduje się odwiedzana przez naszą grupę elektrownia jądrowa Olkiluoto. Trasa oznaczała kolejne opowieści. Wziąłem w dłoń mikrofon w celu opowieści o tym, jak to lądolód skandynawski przeorał terytorium tego kraju. Opowiadanie to było dla mnie jednak jednym z najtrudniejszych w karierze… A wszystko przez to, że do naszego kierowcy zadzwonił telefon. I tak, próbując słyszeć tylko i wyłącznie swoje słowa zacząłem do mikrofonu mówić głośniej. Kierowca ewidentnie miał podobny problem, ponieważ również zaczął podnosić głos. I tak raz on, raz ja, przez jakieś 5 minut próbowaliśmy przekrzyczeć własne myśli, ja po polsku, on po fińsku. Na szczęście późniejsza opowieść o finach, fińskich symbolach, ciekawostkach i kuchni była na tyle płynna, że sam generalny dyrektor złapał ze mną mind connection, że sauna dla finów jest czymś takim, jak bułka z bananem w przypadku Adama Małysza.

Dotarliśmy do Raumy, gdzie czekały na mnie kolejne niespodzianki. Największą z nich była pewna finka, która po pierwsze, sama do mnie podeszła, po drugie wiedziała kim jestem, a po trzecie po moich dotychczasowych doświadczeniach z finami przytłoczyła mnie ilością energii i otwartości do ludzi. Była szefową restauracji, w której jedliśmy posiłki. Jednak nasz pierwszy kontakt bardzo szybko uległ ochłodzeniu. Moje zdziwienie było tak wielkie, że wychodząc z restauracji zapytałem jej wprost, czy aby na pewno jest ona finką. Była naprawdę bliska obrazy, dlatego będąc kiedykolwiek w tym kraju przyjmijcie, że nawet od fińskiej powściągliwości mogą zdarzyć się wyjątki J

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz