02.10.2013

Back to Germany, part 2.

Schodzę na śniadanie o dziwo na tyle wyspany, że nawet przebija się gdzieś przeze mnie miłość  w stosunku do rasy nauczycielskiej, która przy porannym posiłku miała okazję mi towarzyszyć. Zapytałem więc, jak noc minęła. I tu ciekawostka, nauczyciele nocą zrobili obchód. Efektem tego obchodu było brutalne rozdzielenie jednej zakochanej pary o drugiej w nocy. I tak chłopak, który jeszcze kilka godzin temu chwalił się, że kiepsko pilnujemy, przekonał się, że wisi nad nim kilku cerberów, przed którymi nie ukryje się nawet pod kołdrą swej czternastoletniej miłości życia. Nie omieszkałem z niego później zaszydzić. Kiedy narzekał, że jest mu zimno, ripostowałem słowami "za to słyszałem, że do drugiej w nocy było Ci ciepło". W ogóle jakieś jurna ta współczesna młodzież, co drugi uczestnik miał już swoją własną girlfriend. I to w tym samym autokarze.

Ruszyliśmy w Yebautzen najpierw ku skałom Bastei. Atrakcja dobrze mi znana, więc i opowieść była przyjemnością. Geologiczna, delikatna bajka o tym skąd wzięły się tutaj piaskowce i dlaczego tak wyglądają, nie zrobiła jednak na dzieciach aż takiego wrażenia, jak zapierająca w dech piersiach historia o paziu, który zasnął w stanie wskazującym na murze twierdzy Konigstein tuż nad 40-metrową przepaścią. Niemniej jednak młodzieży moje geologiczne ciekawostki raczej nie przeraziły, dzieci, już na miejscu zaczęły zadawać pytania. A moim ulubionym było: "Proszę Pana, ja mam takie orientacyjne pytanie, czy ktoś tu kiedyś przyszedł popełnić samobójstwo?".

Z miłości do Bastei

Widok na Łabę

Fragment szlaku

Kamienny most

Stylizacja na Sokolicę

Z Bastei wyruszyliśmy na mój ulubiony punkt programu. Było nim Drezno, stolica Saksonii. Oprowadzała nas po nim najbardziej rozgadana przewodniczka jaką do tej pory poznałem, już dzień wcześniej zareklamowana przez swoją berlińską poprzedniczkę jako najlepszy wybór w Dreźnie. I tak było. Oczywiście przeszliśmy na „ty”, nawet umówiliśmy się na kolejne spotkanie, za dwa tygodnie na targach w Poznaniu. Drezno, tym razem przy lepszej pogodzie niż ostatnio, z wejściem też do mojego ulubionego Frauenkirche z organami nad ołtarzem. Przy okazji chwila czasu wolnego na jednym z placów i posmakowanie niemieckiego wursta. Na koniec zwiedzania dotarliśmy do Zwingera, gdzie odwiedziliśmy Salon Matematyczno-Fizyczny. Jakby to powiedzieć, w Zwingerze nie spodziewałem się nic innego niż eksponatów tysiąc razy starszych ode mnie, wiec postanowiłem uratować tą, zdecydowanie nieciekawą dla grupy atrakcję. Pochodziłem nieco z młodzieżą, tłumacząc im że widzą właśnie 13-wieczny blender ze złota i inne rzeczy codziennego użytku. Takie pobudzanie wyobraźni bardzo im się podobało, mi również, dopóki nie usłyszałem pytania "Proszę Pana, ma Pan facebooka?". I tu, niechętny nowych znajomości, albo co gorsza kolejnego fame’u na spotted, byłem zmuszony powiedzieć to, co typowy Niemiec na pytanie "do you speak English?".

Się dzieje, tu jadłem super wursta

Fraunekirche

A ten budynek uzyskał pseudonim "wyciskacz do cytryn". Chyba wiadomo dlaczego :)

Gimnazjaliści w pełnej krasie... A ile było cyrków, żeby zdjęcie grupowe zrobić!

Chyba ładnie to uchwyciłem 



Na koniec spacer ze starówki do Manufaktury Volkswagena. Z grupą, która nigdzie się nie spieszy, 10 minut oznacza 40 minut, więc wręcz doskonale zredukowaliśmy nadmiar czasu przed zwiedzaniem. Manufakturę polecam każdemu zainteresowanemu motoryzacją, polecam też odwiedzanie ją w momencie, kiedy przy każdym tworzonym na specjalne zamówienie modelu samochodu działają pracownicy. To musi być widok, my niestety nie mieliśmy tego szczęścia. Za to każdy miał okazję wsiąść do najnowszych modeli Volkswagena. Tak bardzo chcieli, że siedzieli w piątkę przy kierownicy i w trojkę w bagażniku. Kompaktowi są, nie ma co.

Żegnając Drezno zachodem słońca wyruszyliśmy w drogę do Polski. Wszystko do tej pory szło zgodnie z planem, aż w pewnym momencie zacząłem myśleć sobie, że zrobiłem dobrą robotę. Ale, z takimi wnioskami wolałem jednak poczekać do powrotu do domu. I słusznie.

Kierując się potężnymi objazdami, bo wyjazd z Drezna zamknięty a połowę drogi do Zgorzelca pokonywaliśmy jakimiś bocznymi drogami. I tak rosło nam opóźnienie, które pociągnęło za sobą szereg nieprzyjemnych następstw.

Do Wrocławia dotarliśmy o północy z piątku na sobotę. Kto zna Wrocław, wie, czym jest Pasaż Niepolda. Ja miałem okazję tej nocy przekonać się na własne oczy i uszy. Przejeżdżając tuż obok najpierw miałem okazję dostrzec grupę pijanych ludzi. Grupę, jakiej w życiu nie widziałem, nie wiem czy trybuny przeciętnego polskiego stadionu byłyby w stanie ich pomieścić. Wjeżdżając na naszą ulicę, wjechaliśmy na bójkę dziesięciu facetów. Po drodze mijaliśmy masę zataczającego się bydła domowego, która poczuła wolność z okazji piąteczku. Pod hostelem największa wrocławska imprezownia, więc można było doskonale słyszeć, co o której godzinie w piątkowy wieczór zapodaje deejay.

Tak dantejskich scen nie wdziałem w Krakowie, pewnie dlatego że kluby rozproszone są po całej starówce, a nie upchane w jedną ulicę. Sam zaczynałem odczuwać lekki dreszcz emocji, nie mówiąc o młodzieży. W drodze do hostelu podobno niektórzy mieli okazję podziwiać pokaz puszczania pawia do kubka z McDonalda połączony z wylewaniem zawartości na chodnik. Jedna dziewczyna została rzekomo szturchnięta przez pijanego faceta, przez co roztrzęsła się niemiłosiernie. Przerażenie młodzieży pogłębiły jeszcze trzy pijane hiszpanki na terenie hostelu, które właściwie poza tym, że siedziały i chichotały, nie zrobiły nikomu nic. Ba, nawet wychodząc pożegnały się, życząc dobrej nocy.

Recepcjonistka w hostelu wyglądała jak wyrwana z imprezy za ścianą, dumnie mówiąc o tym że "to jest centrum imprezowe Wrocławia". Tak, centrum imprezowe Wrocławia w piątek wieczór po całym dniu drałowania, siedzenia w autokarze z perspektywa kolejnego dnia na nogach to idealne miejsce na nocleg. Ale który nocleg, widząc na swoim koncie trzy tysiaki w średnim sezonie poinformuje Cię, że w nocy będzie głośno?

Pół biedy, że nikt się nie wyspał. Tyle, ile musiałem się nasłuchać od Pań nauczycielek, to moje. Zaczęło się nagle narzekanie na organizacje i przerzucanie odpowiedzialności z siebie na biuro. Bo przecież to wina biura, że ludzie imprezują w piątkowy wieczór, biuro nasłało kolesia który zapewne przypadkiem kopnął walizkę dziewczyny, i to przecież biuro zorganizowało objazd przez połowę drogi, dzięki czemu dotarliśmy 2 godziny później. A najlepsze jest to, że gdybyśmy dotarli planowo, około 22, pewnie wszyscy przespaliby sceny, które działy się tuż pod naszym miejscem noclegowym. Ale tak, współczułem im, było mi przykro i czułem się odpowiedzialny za niefortunny dobór miejsca noclegowego. Tyle że między pierwszą a drugą w nocy zmęczenie wzięło górę nad wyrazami współczucia, i z totalnym "I don't care" na twarzy udałem się do swego pokoju w celu czterogodzinnego snu w niewypranej pościeli w towarzystwie leżących na prześcieradle kilku blond włosów.

Poranny widok z okna. Jeśli nie wiesz o co chodzi, spójrz na maskę samochodu.


Z samego rana po śniadaniu wspólnie z drugim pilotem wybraliśmy się do recepcji. Sporo postanowiłem przemilczeć, ale w pewnym momencie miałem dość tłumaczeń mimo wszystko miłej i współczującej kierowniczce recepcji, więc uruchomiłem swoją tajną broń, zwaną sarkazmem. Wtrącając się w rozmowę, zadałem pytanie: "Przepraszam bardzo, chciałbym zapytać jak często zmieniacie pościel?" Owszem, nieelegancko, ale po wytłumaczeniu, że mam teraz na głowie 46 niezadowolonych osób, i jeśli biuro będzie mieć do nas problem, to my będziemy mieć też problem do hostelu, wreszcie kobieta zaczęła rozumieć sytuację. Oczywiście, nic nie wskóraliśmy, wydaliśmy tylko bardzo negatywną opinię temu miejscu, obsługa sporo się nasłuchała. Ja zaś mogę wszystkim stanowczo odradzić to miejsce. Nie tylko w piątkowy wieczór.

Młodzież, ledwo żywa po jakichś trzech godzinach snu wyruszyła na zwiedzanie Wrocławia. Miałem już do czynienia z przewodniczką przy okazji poprzedniego wyjazdu z gimnazjalistami, więc wiedziałem kogo szukać. Bez problemu zgodziła się na lekki i szybki program zwiedzania, ja jednak czekałem z niecierpliwością na jej sztampowe pytanie "Z czym się Wam kojarzy włoskie miasto Piza?". I tutaj młodzież zaskoczyła chyba nawet ją samą, wszyscy, zgodnie, chórem powiedzieli, że z krzywą wieżą. Znów byłem pod wrażeniem! Bystrzaki!

Na Placu Solnym jak zawsze ładnie

Nawet krasnale uprawiają tam srogi chillout

Młodzieży spodobały się zwierzątka

I quick look na Ostrów Tumski

Nauczycielek unikałem wówczas jak ognia, jednak ciągle znajdowały się w niebezpiecznie bliskiej odległości. Pogadałem w końcu z jedną i drugą, nawet przeprosiłem za niefortunne miejsce noclegowe. Szkoda tylko, że dopiero teraz dowiadywałem się, że typowym standardem dla tej młodzieży są pokoje z łazienkami, w ogóle jest to młodzież z dobrych, bogatych domów. I tutaj paradoks, czemu miałem zatem zrobić ten wyjazd jak najtaniej? Mogliśmy spać w sprawdzonym, trzygwiazdkowym hotelu za pięć razy więcej i wszystko byłoby cacy.

Po zwiedzaniu z przewodnikiem dotarliśmy do Hali Stulecia, gdzie odwiedziliśmy centrum poznawcze. Niestety, jako człowiek dość humorzasty w warunkach krótkiego snu, miałem totalnie gdzieś to, co tam oglądam. Z resztą, to było dla młodzieży, ja na takie interaktywne puzzle jestem już chyba za stary. Chociaż, nie powiem, całkiem innowacyjny pomysł, i za to propsy dla tego miejsca.

Po Hali Ludowej ruszamy na obiad. I tutaj kolejny z moich Wrocławskich zawałów. Otóż, płacąc za obiad nagle zabrakło mi złotówek. Zacząłem szperać, grzebać, szukać, myśleć i zatajając swoją niepewność pieniędzmi z własnego portfela wyszedłem z restauracji z myślą "chyba mnie okradli". Przegrzebałem jeszcze raz, na spokojnie, po czym wziąłem rozpiskę wydatków i kalkulator i odetchnąłem z ulgą. Po prostu dostałem za mało pieniędzy.

Trochę gorzej, że potrzebowałem jeszcze 200 złotych na wstęp na wystawę malarstwa Brueghlów, która była ostatnim punktem programu. I tak prowadząc grupę musiałem w pewnym momencie obiec rynek dookoła by znaleźć kantor. Kasa na bilety była, dotarliśmy na miejsce.

Kolejka na wystawę ponad godzinna, dzieciaki wymęczone, ludzie w kolejce poirytowani. Dotarliśmy w końcu do wejścia. Musieliśmy podzielić się na dwie grupy. Przy wejściu drugiej tury nagle zrobił się problem. W międzyczasie niektórzy postanowili wbić sobie między naszą grupę, co rzekomo upoważniało ich do wejścia przed nami. Zaczęli narzekać na organizacje i mieć pretensje, czemu ta grupa wchodzi i żeby ich puścili bo więcej skorzystają z tej wystawy niż te dzieci, które już chcą jechać do domu. Stanąłem w obronie swoich, mówiąc ludziom, że jesteśmy jedną grupą, więc wchodzimy razem, ze to państwo bezczelnie wryli się między naszą grupę i takie tam. Na co usłyszałem po chwili od jednego, ewidentnie chcącego się odchamić faceta "takie teksty to możesz sobie do Pani w szkole mówić, za mało w życiu przeżyłeś". Dziwne, że zamilkł, gdy powiedziałem mu „Tak się składa, że jestem pilotem tej grupy proszę pana”. Mimo wszystko, poczułem się jak pól roku temu w Pergamonie. Totalnie wytrącony z równowagi, przeszedłem wystawę w 15 minut, nie zwracając uwagi na żaden obraz. I tym sposobem Wrocław stał się miastem, do którego póki co, nie bardzo mi się spieszy.

Wyruszyliśmy w drogę powrotną. Postanowiłem po pierwsze, pozbyć się zbędnych żelków, a po drugie nieco rozładować atmosferę wśród młodzieży, żeby jednak zakończyć ten wyjazd lepiej, niż się zanosiło. Udało się, żelki, zabawy i gierki słowne spowodowały uśmiech na ich twarzach. Na pożegnanie, gdy podpowiadałem gadającemu przez mikrofon, że młodzież była „spoko” odpowiedzieli chórem „Pan też”. Usłyszałem od kilku z nich bardzo pozytywne opinię, bez względu na to czy ratowałem ich chusteczkami do nosa, kiedy się rozchorowali, czy po prostu mogli sobie ze mną pożartować i jeszcze dałem im żelki. Skończyło się lepiej, niż jeszcze rano się spodziewałem.

I jaki morał z tej bajki? Chyba taki, że wszystko w tej pracy trzeba przeżyć i że są rzeczy, na które nie ma się wpływu. Szczerze mówiąc, pojechałbym z nimi na jeszcze jeden wyjazd. Bo mimo Wrocławskiej masakry, czuje się bogatszy w doświadczenie, a nie zniechęcony do tego, co robię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz