01.10.2013

Back to Germany, part 1.

Ostatnio było o Niemczech, o Niemczech będzie i tym razem. Pewnego dnia moje wspaniałe biuro oddało mi bowiem do zorganizowania czterodniowy wyjazd dla grupy gimnazjalistów do Niemiec. Tereny mi znane, jakieś doświadczenie na tym polu jest, więc działam. Aż w pewnym momencie stwierdziłem, wiecie co, pojadę sobie z nimi. I pojechałem.

Noc przed wyjazdem dotarły do mnie bardzo przygnębiające informacje, o których nie będę tutaj wspominał. W każdym razie, utrudniły mi one dobry sen przed pobudką o piątej nad ranem, misterny plan bycia wypoczętym nie po raz pierwszy poszedł się bujać. Z resztą, informacje które do mnie dotarły, utrudniały mi zdolność skupienia się na czymkolwiek przez pierwszy dzień wyjazdu. Ale funkcjonować jakoś trzeba było.

Na samym początku zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie zostanę sobie sam, wszyscy już dotarli, tylko pilota i zarazem opiekuna nie widać. Przyszedł. Ostatni, ale zjawił się. Nie miałem z nim zbyt wiele do czynienia wcześniej, zdążyłem zauważyć tylko, że jest cholernym gadułą. I owszem, był. Ale wrodzone wygadanie przydało mu się zdecydowanie w opowiadaniu. Po jego powitaniu z grupą byłem prawie oczarowany. Prawie, bo zapomniał przedstawić mnie. Ale upomniałem się o swoje, w końcu nie miałem ochoty być cichociemnym. Panowie kierowcy również wydali się bardzo przyzwoici na pierwszy rzut oka. Ruszyliśmy.

Kierowcy, mimo raczej młodego wieku, wykazali się wirtuozerią w swoim fachu. Czy to dobrze, czy nie, dotarliśmy do pierwszego punktu o godzinę za wcześnie. Pierwszy punkt tej wyprawy raczej nie powalał. Było to kameralne miasteczko Hohnstein, w którym znajduje się spora ilość architektury w stylu „mur pruski” oraz dawny zamek, w którym znajdował się obóz koncentracyjny. Nic specjalnego, więc nawet nie było za bardzo o czym opowiadać. Na szczęście, to nie był mój problem. Ja problem miałem nieco inny, zadzwonić do następnego punktu – zamku w Stolpen, czy możemy zwiedzać go nieco wcześniej, niż planowaliśmy. Stwierdziłem, skoro bez problemów odpisywali mi po angielsku, dogadam się. I, jak to w Niemczech, rozmowę telefoniczną zaczynając od "Do you speak English", usłyszałem NO. Parę dni przed wyjazdem dzwoniłem do noclegu, sytuacja była podobna, po czym w końcu dogadaliśmy się po angielsku, więc stwierdziłem, tak być nie może! Więc, nie dając się nabrać po raz drugi zacząłem rzucać tekstami typu "oh really, it’s impossible, I don’t believe you…" Trochę opadła mi szczęka, gdy usłyszałem "Polnisch?". Po Polsku również nie wyszło, dlatego oddałem telefon jednej z nauczycielek. Miałem to szczęście, a może raczej wstyd, że byłem jedynym uczestnikiem nie mówiącym po niemiecku. Nawet młodzież miała w miarę na bieżąco naukę tego języka. W takich sytuacjach pilot raczej nie ma czym szastać, tym bardziej jeśli młodzież dziesięć lat młodsza prędzej się na miejscu z kimkolwiek dogada. Ale, nauczycielka załatwiła, dotarliśmy wcześniej.

Das ist Hohnstein!

Das ist gimbaza mit piloten!

Zamek w Stolpen zachwycił mnie co najwyżej bazaltowym pomnikiem przyrody, na którym był usytuowany. Pewnie to kwestia niewyspania i myśli krążących raczej daleko od Niemiec, ale widziałem już w życiu ciekawsze zamki. Owszem, plus za ciekawą historię związaną z hrabiną Cosel, faworytą Augusta II Mocnego czy ulotki przygotowane w języku polskim. Ale poza tą historią, raczej wielkiego wrażenia miejsce to nie robi. No chyba, że przewodniczka po zamku bierze do ręki garnek i wlewa wodę do głębokiej na 85 metrów studni wydrążonej w bazalcie. Po 10 sekundach, kiedy woda w końcu robi "chlusss", a młodzież robi wow, wreszcie można odczuć, że przestali być aż tak bardzo obojętni na to, że w ogóle gdziekolwiek pojechali. To było dla nich prawie tak wow, jak dla mnie widok powiększających się ze zdziwienia oczu kasjerki, która właśnie usłyszała słowo "faktura".

Bazalt w Stolpen

By tradycji stało się zadość, selfie musi być

A tutaj szanowna młodzież przemierza połacie zamku

Po zwiedzaniu zameczku wyruszyliśmy w kierunku noclegu. Spaliśmy w Budziszynie, po niemiecku Bautzen, zwanym też potocznie "Yebautzen". Dlaczego? Od samego początku współpracy z tamtejszym schroniskiem młodzieżowym na łopatki rozkładał mnie fakt, jak wyglądały nasze kontakty. Otóż, na każdy mail po angielsku odpisywali oni po niemiecku, dlatego we wrzucaniu całych maili do translatora Google wychodziły różne bardzo interesujące rzeczy. Moim ulubionym mailem była odpowiedź na pytanie o menu obiadokolacji, na którą to mieliśmy zjeść, wierząc translatorowi, pisklęta.

Pojawiając się na miejscu, zrozumiałem ten fenomen. Oczywiście, na pytanie "Do you speak english" usłyszałem NO, dlatego w kwaterunku znów musiałem poprosić o pomoc nauczycielki. Niestety, nauczycielka nagle zniknęła, dlatego zostałem sam na placu boju. W pewnym momencie konsternacja osiągnęła już taki poziom, że recepcjonistka ustawiła Google translate na deutsch – english i zaczęła pisać, co chce mi przekazać, jednocześnie przekładając mi klawiaturę przez ladę, bym jej odpowiedział. Żeby tego było mało, nagle jeden z uczestników wycieczki podszedł do mnie by mnie dobić, pytając "Proszę Pana, jak jest pościel po niemiecku". Chwała Bogu, że za moimi plecami nagle znalazła się polka mieszkająca w Wiedniu, która przyszła mnie wesprzeć z moim niewidzialnym niemieckim. Co zabawne, nie dość, że spotykam ją gdzieś pośrodku drogi między Polską a Austrią, to jeszcze dziewczyna urodziła się w moim rodzinnym mieście w którym ma przyrodniego brata którego nigdy nie poznała, a brat ten ma tak samo na imię, jak ja. To się nazywa zbieg okoliczności!

Po ekscesach na recepcji udaliśmy się na zupę ketchupową zwaną solianką, po czym wreszcie dotarłem do swojego jednoosobowego pokoju. Pokój jednoosobowy miał jeden srogi mankament. Nie było w nim żadnego kontaktu. Dlatego zamiast walnąć się na łóżko, musiałem nieco posiedzieć na korytarzu, by podładować jakże istotny w mej pracy rekwizyt, a mianowicie telefon. 70% baterii, idziemy spać, następnego dnia pobudka wcześnie rano, i jedziemy do Berlina!

Poranek przywitał nas pogodą niezbyt napawającą optymizmem. Podczas trzygodzinnej drogi lało, lało i lało, więc perspektywa zwiedzania metodą "na nóżkach" raczej nikogo nie cieszyła. Mnie zaś nie cieszyło to, że byłem dość kiepskim pilotem. Źle pokierowałem naszych crazy driver’ów, dlatego zamiast jechać autostradą, jechaliśmy bocznymi drogami, tracąc cenny czas. Jednak, nasi szaleni kierowcy i w takich warunkach dali radę, cisnęli sprawnie i wrócili na odpowiednią drogę. Gdy już mknęli autostradą, postanowiłem nieco bardziej przyjrzeć się ich nawykom. Podziwiam ich za to, że prędkość 100 km/h i czterdziestka dzieciaków za plecami nie robi na nich żadnego wrażenia. W międzyczasie prowadząc nie trzymają kierownicy. Prowadzenie autokaru to w końcu idealny moment na szukanie telefonu, wyciąganie sobie jedzenia z torby za plecami czy przeglądanie mapy. Jak dla mnie – szacun za podzielność uwagi.

I'm a crazy driver! 


Tuż przed Berlinem dorwałem mikrofon. Dzieciaki dzień wcześniej traktowały mnie z dystansem, nic dziwnego, byłem im obcy, więc każda próba zagajenia raczej kończyła się fiaskiem. Sytuacja zmieniła się, gdy postanowiłem opowiedzieć im o Niemczech. Już przed wyjazdem zaplanowałem, jak wkupię się w ich łaski. Trzy paczki żelków z biedronki działają cuda. Wystarczy takiej młodzieży powiedzieć, że mam dla nich challenge. Jak popiszą się wiedzą o Niemczech, będzie nagroda. To, że udało im się wymienić wszystkie kraje sąsiadujące z Niemcami mnie nie zaskoczyło. Ale to, że wiedzieli, co oznacza polska nazwa Niemcy, spowodowała naprawdę pozytywne zaskoczenie. Żelki były jak najbardziej zasłużone, a ja stałem się kimś więcej, niż jakimś Panem z biura. Dzieciaki przestały trzymać mnie na dystans.

Zwiedzanie Berlina rozpoczęliśmy od Aqua Domu. Dla mnie największą radością było to, że po 24 godzinach w Niemczech wreszcie spotykam kogoś mówiącego po angielsku. Odniosłem jednak wrażenie, że dla Niemców Polacy to tacy bliżsi Rosjanie, najpierw ta solianka, a teraz zamiast thank you usłyszałem spasiba. Aqua Dom właściwie mnie nie powalił. Jest dobrą alternatywą na zapchanie programu podczas niepogody, jednak nie zobaczycie tam niczego większego niż płaszcza. Spodziewałem się rekinów, ale niestety, to chyba nie ten adres. Fajną rzeczą jest winda usytuowana pośrodku akwarium, którą wyjeżdża się w górę i podziwia pływające morskie stworzenia. Wyniosłem za to stamtąd ciekawą wiedzę. Dowiedziałem się bowiem, że ryby pamiętają jedynie ostatnie 40 sekund swojego życia. Chyba nic więc dziwnego, że pływanie w kółko nie jest dla nich nadzwyczajne.

Rybki w Aqua Domie

Po Aqua Domie chwila czasu wolnego na McDonalda z fajnym widoczkiem na Alexanderplatz i szybkie poszukiwanie pamiątek. Poza pamiątką znalazłem martwego szczura, szkoda że na chodniku głównej arterii miasta. W międzyczasie wyszło słońce, można więc było przypuszczać, że zwiedzanie z przewodnikiem jednak będzie udane.

I tak było. Przewodniczka po Berlinie zrobiła świetną, niewyczerpującą trasę po najważniejszych atrakcjach centrum niemieckiej stolicy. Miejsca dla mnie w większości znane, jednak tym razem opatrzone o komentarz. W międzyczasie mieliśmy okazję nieco porozmawiać, przejść na „ty”. I szczerze mówiąc, poza wiedzą o Berlinie, dowiedziałem się też, gdzie można kupić książkę jej autorstwa, że koreański alfabet składa się z 24 znaków i wpisany jest na UNESCO, oraz jak zagrać w tak i nie. To się nazywają kontakty

Wspomniany szczur na Unter den Linden

Selfie na Alexanderplatz

Doskonale uchwycona katedra z wieżą telewizyjną w tle 

Uniwersytet Humboldta

.
Ostatnim punktem było Muzeum Pergamońskie. Po ostatniej wizycie wiedziałem, na co mogę się przygotować, dlatego ze stoickim spokojem załatwiłem wszystkie sprawy. Wreszcie miałem okazję nadrobić to, co nerwy odebrały mi pół roku temu. Jednak co najlepiej zapamiętam z Pergamonu, to dialog z jednym z przedstawicieli gimbazy, który po zwiedzaniu podszedł do mnie z następującym pytaniem:

- Proszę Pana, w jakim muzeum byliśmy?
- Serio?
- No serio…
- W Pergamonie.
- No właśnie! Wiedziałem, że nie w Panteonie, tylko w Pergamonie!

W Pergamonie też selfie, a co!

Zapisałem to sobie od razu, żeby tylko o tym nie zapomnieć. Mistrz!
Po szybkich zakupach wyruszyliśmy w drogę powrotną do Yebautzen, gdzie spaliśmy po raz kolejny. Tym razem telefon wylądował u chłopaków w pokoju obok. Wspomniany wcześniej ekspert od Panteonu spotkał mnie na korytarzu, sugerując, że dość słabo ich pilnuje, bo wczoraj spał u swojej dziewczyny. Tutaj moje obawy co do znajomości w tym wieku terminu „Słoneczko” zaczęły się nieco powiększać, jednak właściwie byłem tam pilotem, a nie opiekunem, nie moja sprawa, co dzieci robią w nocy. Chłopak doigrał się następnego dnia, ale o tym już w kolejnej części.


Zauważyłem, że w Yebautzen bardzo popularne jest wydawnictwo "Duden" :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz