03.09.2013

Germany Project, part 1

Trzeba było trochę poczekać na kolejną podróżniczą opowieść, bo nie dość, że nie płacącym w terminie studentom odcinają prąd, to jeszcze tym samym studentom wybuchają zasilacze od laptopów w rękach, robiąc z nich niggasów. Ale wszystko wróciło do normy, więc można przenieść się w kolejną retrospekcję. Tym razem cofamy się do marca 2013, kiedy to odbył się długo wyczekiwany i jeszcze dłużej organizowany, wyjazd do Niemiec.

Ale zanim wsiądziemy do autokaru, warto wspomnieć o tym, skąd ten mój pierwszy własny prawie samodzielnie zorganizowany wyjazd się wziął. Otóż, w pewnym najlepszym na świecie Kole Naukowym na pewnej krakowskiej uczelni pojawił się pomysł, by zorganizować wyjazd na Targi Turystyczne do Berlina. Będzie fajnie, pojedziemy zagranicę, będziemy na poważnych turystycznych targach, uczelnia na pewno sfinansuje nam wyjazd i pojedziemy za pół darmo, jak nie ćwierć darmo! No to okej. Tylko kto wymyśli trasę? No to stwierdziłem, dobra, wymyślę.

I wymyśliłem. Tysiąc modyfikacji po drodze, mieliśmy być w jakichś górach pośrodku Niemiec, mieliśmy przy okazji wyskoczyć do Czech. Plan jest, kosztorys jest, wszystko zależy od ilości osób. Oczywiście założenie 40 osób jest tańsze niż 20 osób (wiadomo, biorąc autokar lepiej go zapchać). No ale przecież ludzie się znajdą! W ogóle sami przyjdą się zapisać i jeszcze lista rezerwowa będzie! Nie było.

W międzyczasie podziały się również inne bardzo ciekawe rzeczy, które przyprawiły o kilka kiepsko przespanych nocy. Nad głową wisiała rezygnacja z wyjazdu, a rezygnacja po wpłacie zaliczki oznacza stratę pieniędzy. A to oznacza, że każdy uczestnik (czyli grupa 20 znajomych) ma zaliczkę w plecy. I pół biedy z tym że marnuje od pół roku czas na coś, co może się nie udać, słabo wywalić pieniądze dobrych znajomych w błoto, a do tego pokryć pozostałe koszty rezygnacji z własnej kieszeni. Nie powiem, było hard. Ale, część ulgi jest wtedy, kiedy wpływają pierwsze zaliczki i ten pomysł zaczyna się dziać, a druga część ulgi jest wtedy, kiedy dociera się na miejsce.

Oczywiście, przy kosztach wyjazdu każdy z nadzieją spoglądał na uczelnię. Generalnie, z kasą szło jak po grudzie. I tak naprawdę, na tydzień przed nie wiedzieliśmy, czy jedziemy, czy cały pomysł wraz z całą zaliczką ląduje w koszu, a ja ląduje w głębokim dołku. Po czym stwierdziliśmy "Kto bogatemu zabroni?"

Aż tu nagle, Dzień Kobiet, pierwsza w nocy, dzwoni budzik. Oczywiście, kto jak kto, ale ja nie byłem w stanie zasnąć, ciśnienie takie że cieszę się, że żyje, 4 dni nerwów właśnie się zaczyna. Zbiórka pod stadionem Wisły. Nikt nie zaspał, nikt się nie spóźnił, ruszamy w ośmiogodzinną drogę do niemieckiej stolicy. Wszyscy w wyśmienitych nastrojach, dwie gitary na pokładzie, zapowiada się świetny wyjazd. No to w drogę! Oczywiście, nie byłem w stanie przez mikrofon wydukać słowa. Oddałem mikrofon niejakiej Pani Prezes, dziękuję, dobranoc, przytłoczyła mnie presja. I było tak, w sumie do końca. Ale niech będzie pozytywnie, po 8 godzinach docieramy do Berlina.

Berlin wita nas chłodem i szybką kawą w Mcdonaldzie. Godzinka na pierwsze zdjęcia przy Alexanderplatz, po czym zbiórka pod Wieżą Telewizyjną. Wszystko zgodnie z planem, windą do nieba przez 40 sekund i spoglądamy z ponad 200 metrów na panoramę Berlina. Widoczność co prawda nie zachwyca, jednak to, co jeszcze tego dnia zobaczymy, jest w zasięgu naszego wzroku. Uwagę skupiają proste jak od linijki berlińskie ulice, podobno w czasie II Wojny służące jako lądowiska dla samolotów. Wrażenia z Wieży pozytywne, zwłaszcza zdjęcie grupowe w towarzystwie napotkanych Irańczyków.

Trzeba sobie zrobić zdjęcie z czymś, czego u nas nie ma. Z metrem. WOW!

Z Czerwonym ratuszem też trzeba było sobie zrobić zdjęcie

I z kawą w maku, bo w Polsce też nie ma kawy!

A już nie mówiąc o tym, że nie ma takich pytongów!

I Pinokiem też tak na ulicy zostać nie można!


Przemieszczamy się potem pod berlińską Katedrę, a następnie do Muzeum Pergamońskiego. Wejście mieliśmy za darmo, za to niezwykle ucieszyłem się, gdy okazało się, że nie wiedzą co to jest faktura. Musieliśmy zbierać faktury by rozliczyć dofinansowanie, ale oni pierwszy raz spotykają się z kimś, kto chce od nich fakturę, i w sumie to nie wiedzą jak mają to zrobić. I tak z dwugodzinnego zwiedzania Pergamonu nie pamiętam nic poza bramą Isztar i Niemcem, który wybuchł śmiechem z pozowania do zdjęcia. Tak zdecydowanie zostałem wytrącony z równowagi, a Pergamon otrzymał przydomek "Moje ulubione muzeum".
O, z niejaką EnglandEdą w "moim ulubionym muzeum" :)

Potem pognaliśmy przez Unter den Linden ku Bramie Brandenburskiej, gdzie pojawiła się kolejna okazja na porobienie zdjęć. Towarzyszyli nam Niemcy, w ogóle w Berlinie jeżdżą po mieście takie wozy – bary, na których się siedzi wzdłuż lady po obu stornach i pije piwo. I właśnie taki to wóz podjechał, a koledzy przy nim siedzący postanowili pokazać nam swoje tyłki. Widok ekscytujący, z radością podzielę się zdjęciem.

Nach Brandenburger tor napierdahlen!
Heeeeeeeeey!

Dat ass! :D


Dotarliśmy do schroniska młodzieżowego, w którym spędzaliśmy dwie noce. Wszystko poszło sprawnie, choć cały czas wisiała mi nad głową dopłata za rezygnację z połowy miejsc. Oczywiście, przemiła Helga w recepcji nie omieszkała skomentować, że "you’ve sent plenty of e-mails". Ale przynajmniej kwaterowanie poszło sprawnie i można było wreszcie siąść, napić się i pośpiewać. Okazało się, że nasz nocleg jest… chrześcijański. Zabawnym widokiem była więc Biblia na stoliku otoczona żołądkową gorzką i puszkami żubra. Parę zryp za zbyt głośne zachowanie, aż w końcu poszliśmy spać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz