04.09.2013

Germany Project, part 2

Dzień drugi, targi berlińskie. To wydarzenie warto zobrazować zdjęciami a nie słowami. Pokrótce, Ameryka Południowa jest jednym wielkim wow i robi wszystko, by zwrócić na siebie uwagę bogatych europejczyków, by wydali tam swoje pieniądze. Pokazy, tańce, piękne południowoamerykańskie hostessy, zdecydowanie wiedzieli jak się sprzedać. A że mam słabość do "America Latina", spędziłem tam mnóstwo czasu, nawet wylądowałem na scenie tańcząc z Brazylijką. Oczywiście postanowiłem powalczyć nieco swoim kulawym hiszpańskim, co prawda Kolumbijska kawiarka zagięła mnie po krótkiej wymianie zdań, ale nie omieszkała pochwalić moje zaawansowanie językowe. Oni chyba wszyscy tak mają, powiedzą Ci "muy amable, hablas muy bien espanol" jeśli umiesz powiedzieć tylko "Buenos Dias". Ale za to ich kocham.

Panie peruwianki

Pani Panamka <3

Brazyliskie baunsiki :D

Co było jeszcze fajnego? Ukraina! Oczywiście przy mym wymarzonym Lwowie musiałem spędzić nieco czasu. Ale tak naprawdę każdy odwiedził Ukrainę, by napić się lokalnej wódeczki. Niestety pani nie mogła pić w pracy, za to chętnie zapozowała. Wszyscy chętnie pozowali w swoich strojach narodowych, choć po paru godzinach zdecydowanie odnosiło się wrażenie, że chcieli wszystkim powiedzieć brzydkie słowa na S, tyle że w swoim języku ojczystym. Szczerze, nie dziwię im się.

Na zdrawie!

Punktem obowiązkowym była dla mnie Hiszpania, tym razem postanowiłem darować sobie popisy mizerną hiszpańszczyzną, za to miałem okazje spotkać bardzo miłe panie z Aragonii które bardzo zachęcały do przyjazdu. Ja jednak, zakochany w Andaluzji, wyzbierałem wszystko co się dało. Z resztą, wszyscy zbierali, niektórzy po pierwszej hali musieli zacząć robić selekcję, inni wynosili kilogramy różnych ulotek, map, pamiątek, obładowani jak Rumuni.

I need Spain!

Pod skrzydłami niewiasty :)

Nigdy nie dłubaliśmy w egipskim nosie

Zdjęcie z sułtanem!

Po ośmiu godzinach szału na ITB wróciliśmy do schroniska. Zapowiadał się taki spokojny dzień, aż tu nagle okazało się, że kierowcy dostali mandat za parkowanie. Zachowałem zimną krew do momentu kiedy usłyszałem, że trzeba iść z tym na policję. I tutaj zacząłem wyobrażać sobie siebie walczącego z glinami po angielsku nie mając pojęcia o słownictwie związanym z motoryzacją nawet w języku polskim. Ale telefon do organizatora, i nie trzeba było się nigdzie fatygować. Można było sobie posiedzieć, napić się i pośpiewać jak noc wcześniej. Pewnie dalej w Berlinie od ścian odbija się dźwięk naszych Morskich Opowieści. Ja zaś w pamięci mam pukanie do drzwi w nocy, odwiedziny jednej z uczestniczek która przyszła spać, bo w jej pokoju banda prostaków ją obudziła oraz to, jak schodząc z piętrowego łóżka dorwał mnie lęk wysokości.

Kolejny dzień, czas się wykwaterować. Trochę zeszło z pakowaniem, schodzę praktycznie jako ostatni. A tu w recepcji zamieszanie, bo rzekomo brakuje 160 euro. Oczywiście każdy bardzo chce mi pomóc w załatwieniu sprawy i oczywiście każdy wie doskonale co ma zrobić! Okazało się, że po prostu brakowało im potwierdzenia przelewu. Okazało się również, że najlepiej nie mieszać się, jeśli wie się mniej. Po kolejnych wyjazdach i przygodach z recepcją zauważyłem, że w przypadku hejtowania ludzi stojących w recepcji nad głową w ilości między 20 a 50 nie jestem odosobniony w chęci użycia karabinu maszynowego przeciwko swoim „klientom”.

Ruszyliśmy do Poczdamu. Przewodniczka mówiąca po polsku "Moi dhrodzy" z niemieckim akcentem doprowadzała mnie do orgazmu aparatu słuchu, nie omieszkałem jej parodiować w autokarze (tak, zacząłem mówić przez mikrofon). Hitem była też parodia śmiechu wspomnianej już ostatnio Najsy, a mianowicie „HA!”, które nadal pozostaje w pamięci.

HA!


Po Poczdamie udaliśmy się do prawdopodobnie najpiękniejszego miasta Niemiec, czyli Drezna. Poza świetnymi, choć zrekonstruowanymi zabytkami, oczywiście bez historii się nie obyło. Siedliśmy sobie w knajpie w celu strzelenia sobie po piwie. Nagle podszedł do nas starszy wiekiem Niemiec z pytaniem czy jesteśmy z Polski. Gdy usłyszał, że tak, dał nam 20 euro. I tak wreszcie dostaliśmy porządne dofinansowanie w szczytnym celu.

Najważniejsza pamiątka z wycieczki!

Szczęśliwe, dofinansowane dzieci :)

Takie tam, w Dreźnie

Po zwiedzeniu Drezna udaliśmy się w egipskich ciemnościach bocznymi drogami na nocleg do dziury zwanej Strehlą. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy nasz ośrodek w ogóle istnieje, w końcu odpisywali mi pod dwóch tygodniach i jeszcze mogliśmy sobie przyjechać bez zaliczki. Ale jakimś cudem w ciemnościach dotarliśmy do czegoś, co przypominało latarnię morską albo chatkę muminków. A na miejscu podstarzały pan mówiący tylko po niemiecku. Tutaj niezwykle przydały się umiejętności językowe uczestników, nawet i mnie udało się umówić z nim na śniadanie mówiąc "Sieben uhr". Po czym okazało się, że jesteśmy sami w ośrodku, pan sobie wychodzi, zostawia nam klucze i jadalnię do dyspozycji, hulaj dusza, piekła nie ma. Szkoda tylko, że zmógł mnie sen i przegapiłem jak pół wycieczki umiera po śliwowicy. Ale w końcu kiedyś musiałem odespać te kilogramy stresu. I padło niestety na ostatnią noc.

Następnego dnia ruszyliśmy do Miśni. Szanowni państwo, jeśli będziecie kiedykolwiek chcieli założyć muzeum, najpierw odwiedźcie tamtejsze muzeum porcelany. Zobaczycie, jak powinno wyglądać muzeum doskonałe. Naprawdę świetne miejsce. Pokazy wyrobu porcelany krok po kroku, wystawy, kolekcje, wszystko fajnie pokazane, oświetlone, doskonale przygotowane. Szacun!

Jeden z kilku pokazów wyrobu miśnieńskiej porcelany

Taką zastawę będę miał w domu. Jak zarobię pierwszy pierdyliard.


Następnie odwiedziliśmy twierdzę Konigstein, kolejne miejsce gdzie obsługa nie wie co to faktura. Nauczony doświadczeniem i świadomy bliskiego końca wyjazdu stwierdziłem, I don’t care! Pojechaliśmy na górę, niestety było przeraźliwie zimno i wiało, więc większość czasu wolnego wszyscy spędzili sobie w knajpie na górze. W tejże knajpie dostałem zaćmienia umysłowego, chcąc zamówić herbatę owocową zapomniałem jak są owoce. Ale wybrnąłem naokoło, prosząc by kobieta pokazała mi wszystkie herbaty jakie ma, a ja sobie wybiorę. Trzeba być sprytnym!

Na koniec wizyta w skałkach Bastei, wyjazd miał mieć nieco więcej geologii ,ale przez cięcie kosztów zrezygnowaliśmy praktycznie ze wszystkiego, oszczędzając i tak niewiele. Ale i tak wizyta w skałkach była przynajmniej namiastką tego, co w Szwajcarii Saksońskiej można zobaczyć. Być może będzie to pretekst do powrotu w te miejsca i zobaczenia je w innych okolicznościach przyrody niż śnieg i mróz. Ja do większości tych miejsc wrócę już całkiem niedługo, pilotując kolejną grupę gimnazjalistów.

SKAŁY!!!

Powróciliśmy do Polski. Jakie przemyślenia? Powiedziałem sobie wtedy, nigdy więcej nie pilotuję wycieczki. Zdecydowanie był to dla mnie spory stres i odpowiedzialność. Ale w gruncie rzeczy, jakoś o wyszło, wszystko zgodnie z planem, co tam faktury i mandaty, wszystko się udało. Musiałem długo ochłonąć by stwierdzić, że w sumie mogę to uznać za swój duży sukces. Oczywiście, sukces ten ma nieco więcej niż jednego ojca, przewinęło się parę matek, w końcu czy chciałem czy nie chciałem, miałem na kogo liczyć. I tak powstał niemiecki chocapic, który jak widać okazał się tylko startem do dalszych przebojów.


Podobno każdy pilot musi sobie powiedzieć, że ma dość i nigdy więcej nigdzie nie pojedzie. Szczerze mówiąc mam nadzieję, że ta tradycja w moim przypadku wyczerpała się w pierwszym starciu i kolejne wyjazdy będą owszem, męczące, ale nie zniechęcające. Z resztą, co wyjazd to doświadczenie i przygoda. A przede wszystkim – trening czyni mistrza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz