24.08.2013

Ukraina, część 3.

7:55, piękny kijowski hostel. Latając z kawką i herbatką dla połowy swej grupy dowiaduję się, że moje spanie do jedenastej, plażowanie nad Dnieprem i podziwianie mozaiki muszę przełożyć na czas bliżej nieokreślony. Za to jadę zobaczyć to, co jest wręcz wizytówką biura, to, na co czekają Ci, którzy tu przyjechali.  Za 5 minut jedziemy do Czarnobylskiej Zony.

Przywdziawszy odzież z okresu, kiedy byłem równie niski jak teraz i kiedy panowała tzw. moda "krótkie na długie" (o dziwo był to początek XXI wieku), dołączyłem do grupy. Dlaczego w takim prehistorycznym odzieniu? Otóż, ze względu na promieniowanie, które tam gdzieś jeszcze jest i działa, należy ubiór po wizycie najlepiej wyrzucić. Dlatego wybrałem ciuchy, za którymi raczej tęskno by mi nie było.  I dlatego na zdjęciach stąd będę wyglądał, jakbym był z innej epoki.

Ruszamy. Mój udział miał pewien haczyk. Jadę, ale siedzę jako szósta osoba na piątce z tyłu. Trudno, i tak fajnie że tam jadę. To nic że z tyłu idzie się udusić, zgnieść i jeszcze szyba jakaś nie za świetna i nie można przez nią zdjęć robić (co zostało skomentowane niejednym wyrzutem), to jednak udział w tej części wyprawy był wart poświęcenia.

Takie tam na postoju, w odzieży prehistorycznej, z "bratem". Bo jeden z uczestników zapytał mnie, czy "ten z dredami to mój brat?"

Docieramy do punktu kontrolnego. Każdy z paszportem, w kolejności według listy ustawia się. Nie można być pod wpływem niczego co ma więcej niż 0% lub luzuje człowieka trochę za bardzo. Panom na bramce podpaść nie warto, bo nie jedzie się dalej. Obyło się bez incydentów (choć ostatnimi czasy słyszałem, że jeden z naszych Polaczków pojawił się tam w stanie bardzo wskazującym. Nie został wpuszczony, co najlepsze, wśród tamtejszych panów znalazł kompanów do ciągnięcia melanżu).

Docieramy do Prypeci, miasta, które zamieszkiwane było przez kilkadziesiąt tysięcy osób. Średnia wieku 31 lat, poziom życia w całym ZSRR najwyższy po Moskwie. Eldorado. Aż tu nagle wszystko szlag trafił. Miasto opuszczone, zwiedzane w grupach na zasadzie "wizyta koła naukowego", nie "wycieczka turystyczna". Opuszczone miasto robi piorunujące wrażenie. Pewnie każdy kojarzy diabelski młyn w wesołym miasteczku. To miejsce w mieście miało zostać otwarte 1 maja 1986 roku, kilka dni wcześniej nastąpiła katastrofa w Czarnobylu i plan legł w gruzach. To miejsce robi wrażenie. Podobnie jak budynki przedszkola czy szkoły, które odwiedza się również w środku. Maski gazowe, książki na podłodze, porozrzucane zabawki, lalki z pourywanymi kończynami. To wszystko, choć odczuwa się nieco, że niektóre rzeczy zostały tam położone, by te "ekspedycje z kół naukowych" mogły temu zrobić zdjęcie, powoduje opad szczęki. Zrozumiałem, dlaczego ludzie chcą to zobaczyć.

Miały mi wyrosnąć dodatkowe ręce i głowy, ale jakoś nie wyszło ;)

Po co być poważnym?

To kto chętny na ostatni skok?

Taka tam lalka w przedszkolu.

Przemierzając ulice martwej Prypeci warto patrzeć pod nogi. Licznik Geigera szaleje zbliżony do piasku, mchu i studzienek kanalizacyjnych, które są dość solidnie napromieniowane. Ciekawe są również takie miejsca jak basen, w którym była nawet trampolina. Obecnie odcięto schody, po których można było wejść na górę (ludzie byli wstanie dać spore pieniądze, by móc sobie z niej skoczyć podczas wycieczki). Sprawne oko dojrzy też ślady polskości na stadionie w Prypeci, na jednej z trybun pojawił się swego czasu kibic Legii Warszawa, który na murze spełnił sprayem swój kibolski obowiązek. Polacy są wszędzie.

Licznik przy mechu. Przy studzienkach pokazywał nawet 10,5.

Legia!


Podsumowując, mogę powiedzieć, że trudno słowami opisać to niesamowite miejsce. To po prostu trzeba zobaczyć. Choćby raz w życiu. Podobnie z sarkofagiem, pod którym też się znaleźliśmy . Każdy musiał mieć tam zdjęcie, to w końcu symbol katastrofy. Tuż obok budowa nowego sarkofagu. Ciekawe, czy będzie to nadal tak atrakcyjne, gdy go wybudują. W lokalnych kanałach żyją też potężne sumy. Ale nie, to nie tak jak to we wszystkich tych memach związanych z Czarnobylem z trójgłowymi zwierzętami i kurami wielkości koni. Po prostu, co wycieczka, to dokarmianie. A brzuch rośnie.

Z Sarkofagiem.

Wspomniane sumy ;)


Napromieniowani szczęściem powróciliśmy do hostelu. Kolejki pod prysznicami, zakupy na drogę i jedziemy. Ostatnie pożegnanie z recepcjonistkami w hostelu, moją jedyną ostoją angielszyzny w tym kraju, choć i tak mieliśmy mega problemy żeby się dogadać. Ale obietnica padła, jeszcze zobaczymy się w Kijowie. Czyli muszę tam wrócić! Przy okazji, jak masz dość pytań klientów typu "czy nie widziałeś mojej siostry?", zawsze można po chwili opowiedzieć "sorry, I don’t speak polish". Nie dość, że działa, to jeszcze ktoś się pośmieje.

Żegnamy Kijów, wracamy do domu. Musiałem przekazać rozentuzjazmowanej grupie przykrą wiadomość, że niestety nie mogą pić w autokarze. Nie byli zbyt szczęśliwi i zarzucali mi, że mówię tak bo sam bym się z nimi chciał napić, a nie mogę. Ich marzenie się ziściło, zafundowali mi solidną banię tuż przed dotarciem do Krakowa. I tak pojąłem różnicę między grupą młodzieży a grupą dorosłych. Młodzież żegna Cię chustą, dorośli żegnają Cię wódką. Grupa wiedziała jak zapunktować, przypadła mi dzięki temu do gustu. Z resztą, jednostkowe opinie pozwalają mi stwierdzić, że ja, przynajmniej niektórym, też. Podpadłem pewnie jednemu panu, który bał się Ukraińców. Przez przypadek wlazłem mu bowiem do toalety. Pewnie od dziś boi się też pilotów… Ale, jeśli dzień później do biura przychodzi mail od uczestników wyjazdu, że są pod wrażeniem przygotowania wyjazdu i profesjonalizmu pilotów, to na sercu robi się cieplej. W końcu klient nasz Pan, więc ważne, by był zadowolony.

All together ;)

I tak naprawdę w tym wyjeździe najpiękniejsze są nie złote kopuły Kijowa czy tajemnicza Czarnobylska Zona, a to, że widzisz czterdzieści kilka osób, które właśnie spełnia swoje marzenie. Dzięki temu wiesz, że swoją pracą jesteś w stanie uszczęśliwiać ludzi, a to daje nie lada satysfakcję.


Tak, pointa miała być sweet ;)

2 komentarze:

  1. Zazdroszczę przygody, Biru!!! Mam nadzieję, że nacykałeś milJon fotek i mi opowiesz więcej jak przyjadę z Inglandu. Super blog, tak 3maj :*!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czy jest cokolwiek więcej do opowiedzenia :) Ale zdjęcia pokażę :)

      Usuń