19.08.2013

Ukraina, część 2.

Kijów wielki jest w każdą stronę. Na długość, na szerokość, na wysokość również. I na pierwszy rzut oka przypominał mi Kair. Czemu? Nie wiem. Może przez wielką rzekę po środku, choć porównywać Nil a Dniepr to jak porównywać Śniardwy z Pacyfikiem. Ale główne chodzi o budownictwo, w Kairze ciągle coś rośnie, bo w Egipcie ponoć jak się coś buduje, to nie płaci się jakichś podatków, więc każdy hotel czy dom prywatny jest niedokończony i budowa trwa wiecznie. I kiedyś to wszystko urośnie takie duże, jak urosło w Kijowie. Od ilości wysokich budynków szło tam dostać oczopląsu.

Pierwszym punktem zwiedzania było Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, co dla mnie oznaczało pierwsze opowiadanie w terenie. Kazano mi stanąć na murku, wiec dla rozluźnienia strzeliłem autoironią, że pewnie mam tam stanąć, bo z reguły mnie nie widać. Opowiedziałem co nieco o muzeum jak i o wojnie, myśląc tylko o tym by wreszcie wylądować w hotelu i móc się choć chwilę zdrzemnąć.  Grupa dostała godzinę czasu na spacer. Połowę tego czasu spędziłem w banku z pilotką główną, drugą zaś ze znajomymi. No właśnie, pojechałem pilotować tą wycieczkę ze względu na dwójkę znajomych, która również jechała. Wiadomo, ze znajomymi raźniej i będzie z kim pobłaznować. Dlatego na paru zdjęciach pojawią się pewnie Bartek z Agatą. W sumie, to są ich zdjęcia. Stwierdziłem, że jak mają lepszy aparat, to nie będę robił swoim. Dlatego wzajemnie umilaliśmy sobie czas swym towarzystwem. Bardzo spodobały się nam "czołgi" w muzeum wielkiej wojny ojczyźnianej, tak bardzo, że Agatka została Czołgatką, Bartek Czołgiewodzicem zaś ja Czołgówką. Parafrazując znany klasyk: czołgów nie ma, ale i tak jest zajebiście.

Czołgi trzy ;)


Następnie ruszyliśmy zwiedzać Ławrę. Pewnie o tym dowiem się czegoś następnym razem, ponieważ przypadło mi zamykanie grupy, więc docierając jako ostatni dowiedziałem się tyle, że teraz przerwa na toaletę i spotykamy się tam i tam. Miejsce święte, złote kopuły w blasku słońca, jeden z siedmiu Ukraińskich cudów. Wszystko, co miało kopułę, robiło na mnie pozytywne wrażenie, dzięki temu czuło się tą odmienność religijną. Kolana zasłonięte, ramiona również, panie do środka wejdą tylko z chustą na głowie. No i wypada zakupić świecę. Miałem też okazję pogadać co nieco z ludźmi z wyjazdu. Bardzo miło wspominam Panów, którzy swego czasu zareagowali jako pierwsi na brak załącznika w mailu z informacjami o wyjeździe. Swoją drogą, polecam rozluźniającą i całkiem zabawną odpowiedź na takiego maila: "Przepraszam, wie Pan jak to jest na pół godziny przed weekendem". ;)

Podoba mi się to złoto. Pewnie gdybym był ptakiem, byłbym sroką. One podobno też lubią takie świecidełka :D


Po ławrze muzeum Czarnobylskie. Ludzie zainteresowani, choć totalne zmęczenie daje się powoli we znaki. Szacun dla pilotki, że była jeszcze w stanie tłumaczyć z rosyjskiego przez godzinę. Miejsce godne polecenia. Następnie obiad, a tam między innymi barszczyk ukraiński, i kolejna okazja by posiedzieć z uczestnikami wycieczki, którzy już planowali wieczorną libację ;)

I upragnione przejście do hostelu. Mieszkaliśmy praktycznie w centrum, blisko placu Kontraktowego. To też świetne miejsce, można tam kupić jakieś starocie, jak ktoś lubi zwierzęta, można tam też kupić stado psów. Coś jak w schronisku dla zwierząt, tylko schronisko na chodniku, otoczone biało-czerwoną taśmą.

Hostel pierwsza klasa. Nie spodziewałem się. Pokój dwuosobowy z łazienką przebijał standard trzech gwiazdek w Czechach z gimnazjum czy Ibisa w Strasburgu. Szczęka mi opadła. Oczywiście nie mogło być idealnie, okazało się, że pochrzanili nam rezerwacje i brakuje dwóch miejsc. I tu mam bezcenną wizję noclegu w autokarze w momencie kiedy jestem w stanie oddać wszystko za łóżko. Ale nie ma tego złego, dodatkowy pokój się znalazł, a para, która na niego czekała, w ramach wynagrodzenia dostała po browarze. Na koszt firmy. I wszyscy byli zadowoleni.

Niestety nawet przez 2 godziny przerwy nie zmrużyłem oka przez sekundę. Totalny brak sił, a tutaj kolejny spacer i opowiadanie o kolejnych miejscach. W pewnym momencie jest zaczynałem zapominać, jak te miejsca się nazywają, nie mówiąc już o tym, co mam o nich opowiedzieć.

Ale ruszyliśmy, zwiedzanie było dla chętnych, spora ekipa została w ogródku hostelowym siać melanż. Ci bardziej zaciekawieni nie powinni żałować. Pewnie każdy ma zdjęcie z Bułhakowem na ławeczce czy z przepiękną cerkwią św. Andrzeja. Też mam, z cerkwią i moimi towarzyszami. I bardzo lubię to zdjęcie ;)

Czołgi pod cerkwią św. Andrzeja, swoją drogą przepięknie oświetloną w nocy


Kijów, wśród potężnej ilości wieżowców, które niczym nie zachwycają, może się poszczycić spektakularnym budownictwem sakralnym. Choćby na uwagę zasługuje Sobór Sofijski, o którym też miałem okazję nieco opowiedzieć. Z resztą, nie tylko z zewnątrz jest on interesujący, w środku kryje mnóstwo skarbów, w tym średniowieczną mozaikę o powierzchni 260 m2, czy średniowieczne graffiti, czyli podpisy różnych osób, w tym m.in. fundatora soboru – Jarosława Mądrego. Jednak, by to zobaczyć, trzeba zapłacić podobno najdroższy bilet wstępu w całym kraju.

Opowieści pod Soborem ;)

A tutaj doskonale widać 100% sił witalnych!


W końcu, mijając złotą bramę, na której ponoć Bolesław Chrobry wyszczerbił swój miecz, zwany później szczerbcem dotarliśmy do Majdanu Niezależności. Tu znów krótka opowieść i ziściło się moje marzenie. Fajrant. Koniec gadania na wyjeździe, mogę wreszcie wyluzować. Poszliśmy z mymi towarzyszami na piwo na głównej ulicy miasta. Piwo + zmęczenie = wyjątkowo słaba głowa, jedno piwo kopnęło jak pól litra czegoś znacznie mocniejszego, pamiętam, że jak zjeżdżaliśmy schodami do metra, nagrywaliśmy filmik dla naszej wspólnej znajomej -  Najsy. Mówiłem, że jest kretynką, bo jest teraz na Krecie. Chciałbym zobaczyć ten filmik ;)

Upragniony fajrant!

Swoją drogą, kijowskie metro również niczego sobie. Nie ma czujników – przytną Cię drzwi, to trudno. Miło było Cię poznać ;)

Wieczorem drugie piwko w towarzystwie kilku osób z wyjazdu. Jedna z pań postanowiła, o czym możliwe, że nie pamięta, wyrazić zdanie na temat moich opowieści. "Dobrze zaczynasz, a potem się gubisz. Ale szacun." Trafiła na gościa, który nie potrafi przyjmować krytyki. Ale może gdybym się wyspał i przygotował tekst nieco wcześniej niż na wieczór przed wyjazdem, byłoby nieco lepiej ;)

Kijów Kijowem, ale wszyscy i tak przyjechali tutaj dla Czarnobyla. I to był cel kolejnego dnia. Niestety, dla mnie planowo w autokarze do Czarnobyla nie było miejsca. Szkoda, chciałem to zobaczyć, ale musiałem uzbroić się w plan B. Uzbroiłem się zatem w przewodnik po mieście, zaplanowałem wybrać się do Sofii Kijowskiej by wydać grubą kasę na zobaczenie średniowiecznej mozaiki i autografu samego Jarka Mądrego a potem wybrać się nad Dniepr w celach smażingu plażingu, a przede wszystkim spać do oporu.


Po sześciu godzinach upragnionego snu, i śniadaniu, o którym zapomniała hostelowa knajpa, na którym oczywiście miałem okazję być kelnerem (bo znów na stanie jedna osoba, więc nie wyrobią), pięć minut przed odjazdem grupy do Czarnobyla okazało się, że znajdzie się miejsce i dla mnie. I o wizycie w tym miejscu będzie następnym razem ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz