17.08.2013

Staż - pilotaż, część 4

Mam nadzieję, że część czwarta będzie częścią ostatnią. W końcu, ileż można opisywać jeden tydzień z życia, i to spędzony praktycznie w autokarze?

No właśnie. Kolejny dzień to trasa z granicy Francusko-szwajcarskiej do Czeskich Budziejowic. I dzisiejszy dzień ten w opowieściach można praktycznie ominąć, gdyż był prawdziwym deja vu jednego z poprzednich dni. Znów cały dzień kiszenia w autokarze, znów korki w Niemczech, znów English In Germany, który skończył się trzykrotnym rozpoczynaniem rozmowy od „hello, do you speak English?”, a chciałem im tylko powiedzieć, że będziemy za pół godziny… Co gorsza, mimo wszystko mnie nie zrozumieli, przez co na miejscu zamiast przygotowanego dla 40 osób posiłku czekała na nas niemiła, mająca nas dosłownie w dupie obsługa nie mówiąca po angielsku i nie rozumiejąca sformułowania „Menu of the Day”. Complicated. Jak do tamtej pory wszystko mi zwisało, tak nieco się zagotowałem, poleciało parę słów na k i ch dla rozluźnienia, ale w końcu obiad był.

Przejazd przez Niemcy to też kolejna gadka w autokarze, tym razem zrobiłem konkurs, a do wygrania były żelki. Próbowałem wkręcić, że wydałem na nagrodę 10 franków, niestety, kapnęli się że żelki miałem z hotelu. Bo oni też mieli. Konkurs był na bystrość, związany pewną wybitną postacią lecznictwa uzdrowiskowego. Bystrzaki, rozszyfrowali zagadkę w 0,1 sekundy, byłem pod wrażeniem.

Po bardzo interesujących perturbacjach z kierowcami – Cebulakami o mentalności typowego kierowcy PKS-u, dotarliśmy do Czeskich Budziejowic. Po ponad 3000 kilometrów spędzonych na dupie, autokar jest najlepszym dowcipem świata. Nawet można wpleść, że założyciel Czeskich Budziejowic to Przemysł Ottokar – prawie jak autokar, każdy się zaśmiał, choć to kiepski suchar.

Trzygwiazdkowy czeski hotel miał warunki doskonałe. Tak doskonałe, że nawet ja mam lepszą i większą łazienkę w mieszkaniu budowanym jakieś 30 lat temu. Recepcja też niczego sobie. Przypadł mi kwaterunek. Do dziś dzień wspominam kwaterowanie w języku polsko-czeskim. Mogę też podziękować pani recepcjonistce, że na prośbę o klucze do twinów dała mi twiny i triple. A potem trzeba było latać i zamieniać pokoje między młodzieżą. W pytę.

Następnego dnia zwiedzanie Czeskich Budziejowic z przewodnikiem – polonistą. Rynek za to mają całkiem spory, ratusz całkiem ładny. Podobno największy rynek w Czechach. Ale podobno też trzeba na to wziąć poprawkę. Miasteczko przyjemne, ale do Pragi się nie umywa. Z resztą, chyba w Czechach do stolicy nic się nie umywa.

Selfie na czeskobudziejowickim rynku ;)

Ratusz po lewo.

Następnym punktem był Temelin i wizyta w tamtejszej elektrowni jądrowej. Tutaj nasz kierowca burak obraził się śmiertelnie, bo zahaczył podwoziem o górkę przy wjeździe do parkingu. Mały punkt zapalny do wydarzeń późniejszych. Ale, w elektrowni oczywiście pierwsza godzina – spanie, kolejna godzina, zwiedzanie elektrowni, dla części po polsku, dla części po angielsku. Jako, że pseudopilotuję, przypadło mi ewentualne tłumaczenie technical english młodzieży. Na szczęście twierdzili, że nie trzeba, bo wszystko rozumieją. Szacun, ja nie rozumiałem połowy. Pewnie nie chcieli robić klopotu. Ale za dobre chęci pani tłumacz, z resztą przemiła, o głosie i intonacji Krystyny Czubówny opowiadającej o ptactwie w Dolinie Narwi, stwierdziła „you’re an Angel!”. Moja odpowiedź „no, I’m just a tour-leader” uświadomiła jej, że jednak nie jestem, jak wszyscy wokół – gimnazjalistą. Ale, na końcu słyszałem, że mój English is perfect and I will be a great tour-leader (pożal się, Boże).

155-metrowe kominy Temelina


Ruszyliśmy do ojczyzny, mijając w międzyczasie Brno. A że pod Brnem jest dawne Austerlitz, warto by było opowiedzieć o tym jakże ważnym miejscu. Gdy zobaczyłem stronę A4 pełną dat i nazwisk stwierdziłem, NO WAY! Nie zanudzę ich tym. I udałem się do pewnej polonistki z bojowym zadaniem. Polonistka była moim światełkiem wyjazdu. Siedziała siedzenie za mną, wiec mogłem się nasłuchać jej rozmów z koleżanką. Jej głos i intonacja powodowały, że najzwyklejsze „dzień dobry” powodowało u mnie atak śmiechu. Kobieta była w dechę, ryła mi mózg na każdym kroku.

Więc wykorzystując jej niepowtarzalne walory krasomówcze oraz nie lada kreatywność, poprosiłem ją o wymyślenie bajki na temat bitwy o Austerlitz. Siedziała, myślała, bazgrała, aż dostała mikrofon i wymyśliła wspólne kręcenie filmu o bitwie. I kto został Napoleonem? Oczywiście ja, nie omieszkałem skomentować, że zapewne przez wzrost. I tak w autokarze, mijając dawne pole bitwy, przeżyliśmy ekranizację wydarzeń. A na koniec trzeba było wymyślić tytuł filmu. Po paru propozycjach palnąłem z głupa „A może „Mały, ale wariat”. I tak z Napoleona stałem się małym wariatem.

Z tym wiąże się kolejna rzecz. Młodzież, jako znak rozpoznawczy, dostała chusty, co by można było się łatwiej zlokalizować, tyle tego zwiedzania. A że wyjazd powoli chylił się ku końcowi, chusty zaczęły krążyć po autokarze w celu zebrania podpisów. Trafiały i do mnie, więc podpisywałem się, jak to przystało na ten moment, jako Napoleon. Po dłuższej chwili nagle przyszła do mnie jedna z dziewcząt, przynosząc mi chustę z podpisami wszystkich dla „Małego wariata”. Tak skrzętnie ukryli przede mną niespodziankę, że nawet nieświadomie podpisałem się sam sobie, i tak Małemu Wariatowi autograf złożył sam Napoleon.

The best gift I've ever recieved!


Dojazd do ojczyzny i sam pobyt na jej terenie do najprzyjemniejszych nie należał. Nasi kierowcy, jadący już 4000 kilometr ruchem jednostajnym (80 km/h na trzypasmówce w Niemczech i jednopasmówce w Czechach) pokazali klasę samą w sobie. W recepcji hotelu pewnie nadal słychać echo kłótni kierowców z pilotką, szefem i kierownikiem. Kłótnia była taka, że nie byłem w stanie wcisnąć się nigdzie ani słowem sarkazmu. Kierowcy przecież zawsze wiedzą lepiej i zawsze mają rację, największą rację mają wtedy, gdy następnego dnia wyjeżdżając z parkingu uderzają bokiem pojazdu w drzewo. Tak, wtedy są kimś między Kubicą a Hołowczycem, czysta wirtuozeria kierownicy. Ale najgorsze było to, że z dwójką rozjuszonych mężczyzn, którzy dowieźć nas mają do domu, zostawałem na ostatni dzień sam. Zasnąć nie mogłem długo, i w życiu bym nie pomyślał, że kiedykolwiek powiem „byle do Warszawy”, gdzie miałem wysiąść.

Że po punkcie kulminacyjnym następuje rozwiązanie akcji, i kierowcy odpuścili sobie na pół dnia swój hiszpański temperament. Widok PKiN-u w Warszawce przyprawił mnie o uśmiech. Ostatni dzień minął na spokojnie. Żal było mi ich żegnać, najchętniej jechałbym z nimi jeszcze raz. Najgrzeczniejsza młodzież gimnazjalna na świecie, nie słyszałem ani jednego wulgaryzmu, nic nie zepsuli, nikt się nie pobił, słuchali, reagowali, wow. Chcę takie grupy zawsze! A gdybym miał iść znów do szkoły, szedłbym do Augustowa, by spotkać takich nauczycieli!


No i okazało się, że ani młodzież, ani pilotaż, wcale nie jest taki straszny. I trzeba było wrócić do domu, bo za parę dni kolejny wyjazd. Ale o tym już następnym razem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz