17.08.2013

Staż - pilotaż, część 3

Miało być o dniu, który trzymał mnie przy życiu, więc od tego zacznę. Ale pewnie znów się rozpiszę, i nie zakończę tego wyjazdu w jednej notce. Życie.

Tak, każdego dnia przed wyjazdem powtarzałem sobie, nienawidząc pilotażu, jedno. Na tym wyjeździe będziesz wyżej niż kiedykolwiek. Miesiąc wcześniej pobiłem rekord wysokościowy, osiągając 2500 metrów na Austriackiej Hochalpenstrasse, a tutaj tak szybko przychodzi mi wylądować jeszcze wyżej. I to motywowało mnie przede wszystkim, by tam jednak pojechać. Ale o tym za chwilę.

Dzień rozpoczął się wizytą w Instytucie CERN, który był głównym celem tej wycieczki. Wszystko sponio, tylko czy młodzież gimnazjalna naprawdę jest zainteresowana zderzaczem hadronów, fizyką, którą nie można dostrzec gołym okiem i bombardowaniem ich jakże oczywistymi dla fizyków pytaniami, na które nikt nie był w stanie odpowiedzieć? Niektórzy strzelali, głównie byłem to ja, ale to tylko powodowało za każdym razem pogrążanie się coraz niżej, niżej nawet niż poziom, na którym ten cały wielki zderzacz jest. Jakby  tego było mało, sam początek o 9:00 rano na Sali wykładowej i do tego godzinna prezentacja autorstwa niejakiego Golonki… Nie ma to jak pozytywnie zacząć dzień. Dlaczego lubię to nazwisko, może kiedy indziej ;)

Cern Cernem, mają tam świetną pizzę w pracowniczej knajpie. To tam najbardziej polecam. Bo jako taka fizyka, mnie osobiście nie kręci. Atrakcja zdecydowanie nie dla każdego.

A potem wyruszyliśmy spełniać marzenia. By spełnić marzenie, należało pokierować się do Chamonix. I tutaj wracamy do challenge’u z mikrofonem, przyszło mi tym razem opowiadać bez kartki. Z własnej woli. Ale pewnie dlatego, że temat bardzo mi leżał, były nim Alpy. Nie ma co, poszło wyśmienicie. Postanowiłem wcielić się w rolę nauczyciela geologii dla gimnazjalistów. Byłem pod wrażeniem, młodzież w wieku 16 lat wie, że skały dzieli się na magmowe, osadowe i metamorficzne i jest w stanie podać przykłady. Szczęka mi opadła. Jeśli cokolwiek zostało im w głowie, to możliwe że wiedzą jak wygląda fałd, pokazywałem im to w terenie. Jeśli nie, to jęzor lodowcowy, który też im pokazałem, na pewno byliby w stanie rozpoznać. Byłem też pod wrażeniem, że wymienili wszystkie 7 krajów, na terenie których Alpy leżą. Nie pozostało mi nic innego, jak młodzież nagrodzić. Niestety nie miałem zbyt wiele w zanadrzu, najaktywniejsze musiały zadowolić się saszetkami cukru do autokarowej kary. Ale jak to działa na psychikę uzdolnionej młodzieży, nie każdy dostał cukier, coś wiem, jestem kimś. I jeszcze PAN mnie lubi! Wtedy naprawdę przestałem myśleć o nich jak o gimbazie. Wtedy byli już dla mnie naprawdę mądrymi gimnazjalistami.

Przykładowy widoczek z autokaru. 

No i dotarliśmy do Chamonix, naszym celem był szczyt Aiguille du Midi z fantastyczną panoramą Mont Blanc. Wyjeżdżaliśmy na wysokość 3842 m.n.p.m. Marzenie. Na takiej wysokości z pogodą jest loteria, są tacy, którzy wyjeżdżali na ten szczyt 15 razy, a Mont Blanc widzieli ledwo dwukrotnie. Pogoda była świetna, jednak, jak na złość, przyszła chmura. I tak, owszem, mam zdjęcie z czterotysięcznikiem, ale nie z najwyższym szczytem Europy. Ale naciągając, zdjęcie z Masywem Mont Blanc – jest.

Fragment Masywu Mont Blanc ;)


Sam wyjazd kolejką to wielka frajda. Przejawia się tutaj psychologia tłumu, czy coś w tym stylu. Wystarczy że jedno stworzenie spanikuje w kolejce a za chwile krzyczą wszyscy. A ty masz wrażenie, że za sekundę skończysz żywot. I mam to na taśmie. Ale podaruję sobie udostępnianie, bo mówię tam brzydkie słowo na Z. Jeszcze jedna uwaga, na takiej wysokości robi się dość marnie z tlenem. Po wyjściu 20 schodków w górę musiałem się zatrzymać, żeby w spokoju pooddychać. I gdzie tu ta kondycja sportowca?

Widok z Aiguille du Midi. Lovely!


Dodatkowo, miałem na szczycie okazję zaistnieć. Dorwałem tablicę, która udowadniała, na jakiej jestem wysokości, ale niestety jakieś obywatelki krajów, gdzie cerę ma się żółtą (trudno mi powiedzieć, skąd dokładnie) nie mogły przestać się fotografować. Ustąpiły, to i ja nie mogłem przestać. Obserwując moje błaznowanie, najpierw same zaczęły mi robić zdjęcia, po czym jedna z nich dołączyła. I tak zaistniałem na dalekim wschodzie, ona zaś zaistnieje tutaj. I tak powstał chocapic.

Kitajskie pozdro! :)

Wróciliśmy do hotelu. Była to druga, ostatnia z nocy, kiedy to musiałem współdzielić pokój z kierownikiem wyjazdu. Jak wspomniałem, gość był w pytkę, chciałbym mieć samych takich nauczycieli. Ale że kierownik, to doczekaliśmy się pukania do drzwi. Otwieramy, a tam dwie niewiasty, w tym jedna bliska płaczu.

Okazało się, że dziewczyna nie wzięła portfela na cały dzień, będąc przekonana, że zostawiła go w hotelu. Jednak i w hotelu portfela nie było. Dziewczyna zaczęła ryczeć, to my, ja i kierownik, niczym dwaj herosi polecieliśmy do autokaru na poszukiwania. Biegnąc uświadomiliśmy sobie że nie będziemy mieli jak wrócić, bo klucz został w pokoju. Nawet dziewczyna przestała płakać i zaczęła się z nas śmiać – to się nazywa mistrzostwo w rozładowywaniu atmosfery. I co, bohaterowie wbiegli do autokaru, jeden z nich (ten wyglądający na gimnazjalistę, ale z włosami na klacie) zanurkował pod siedzenia – jest! I znów mogłem zostać bohaterem polskiej młodzieży.

Tak, miałem dotrzeć do Polski. Ale spełnianie marzeń jest godne dłuższego wywodu. ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz