16.08.2013

Staż - pilotaż, część 2.

Sześć godzin snu to raczej niezbyt imponujący wynik, a na pewno nie imponujący, jeśli przez cały najbliższy dzień jedziesz autokarem i musisz wiedzieć gdzie jesteś, bo jeszcze 20 km i mijasz miasto, o którym mówisz. A to oznacza jedno – nie zdrzemniesz się.

Okazało się, że zapomniałem o jednej zasadniczej rzeczy, jeśli wjeżdżasz do kraju, to fajnie byłoby opowiedzieć też coś o nim. Dlatego spontaniczne 5 zdań o tym, że Niemcy są najbardziej niedocenianym przez polaków krajem pod względem turystycznym i wydają sporo kasy bo są najbardziej ruchliwi turystycznie na Świecie oraz to, że przejedziemy przez trzy landy z szesnastu musiało młodzieży wystarczyć. Przecież po co wpaść na to, że stolicą Niemiec jest Berlin.

Atutem przy takim gadaniu staje się wcześniejszy pobyt w określonych miejscach. Zdecydowanie uzbraja to opowieść w ciekawostki i anegdoty. Dlatego po wystąpieniu na temat Drezna popłynąłem przy okazji wzdłuż Łaby na północ i południe, i wreszcie mogłem być z siebie dumny. Dodam też, że krzesło pilota to najlepsze miejsce do takich gadek. Nikt Cię nie widzi, więc możesz bezwstydnie zerkać na kartkę. Ale tylko po to, by o niczym nie zapomnieć.

Człowiek z mikrofonem, za szybą niemiecki korek :)


Z resztą ten dzień podróży to nie tylko gadanie o wszystkim, co po drodze od granicy Polsko-niemieckiej do granicy niemiecko-francuskiej, to także dzień challenge’u, który śmiało można nazwać „English In Germany”. Pilotka postanowiła nieco mnie wyeksploatować, zaskakując okazjonalnymi wystawkami na pogadanie sobie po angielsku.

Dotarliśmy na obiad. Grupa 40 osób obsługiwana jest przez aż! jedną kelnerkę. Dostałem misję pogonienia tej pani, ponieważ byliśmy, dla odmiany, godzinę w plecy z czasem. Okej, skoro trzeba, to trzeba, poszedłem. Nie chciałem być dla niej niemiły, ale po moim powrocie usłyszałem tylko „nie wiem co jej powiedziałeś, ale Twoja mina nie wróżyła nic dobrego”. Za chwilę obsługiwały nas 4 kelnerki, a my nażarci jak świnie sznyclem – czyli najzwyklejszym kotletem (tylko w porcji dla starego, grubego Niemca), wtoczyliśmy się do autokaru.

Niedziela w kraju najbardziej ruchliwych obywateli pod względem turystycznym oznaczać mogła jedno – korki. Tak, na naszej drodze spotkaliśmy ich aż cztery. Kolejny z nich odebrał nam jakąkolwiek realną szansę na dotarcie na kolacje we Francji, co oznaczało kolejny challenge In english, still In Germany. Tym razem trzeba było zadzwonić do knajpy, czy są w stanie zorganizować dla nas kolację. Musiałem pół godziny ochłonąć (naprawdę mam alergię na rozmowy telefoniczne, zwłaszcza po angielsku, aż dziw, że moja pierwsza rozmowa kwalifikacyjna w życiu była rozmową kwalifikacyjną na słuchawkę i chwała Bogu mnie nie przyjęli), nim otrzymałem telefon do jakiejś knajpy po drodze.

Jak wyglądała rozmowa? Rozpoczynała się trzykrotnie od „hello, do you speak english”, po którym to przeważnie ktoś walczył ze swoim ‘little english’, po czym przełączał kolegę/koleżankę. Nie wiedzieli co to tosty, nie wiedzieli co to naleśniki. A ja nie wiedziałem, że u Niemców z angielskim tak cienko. Ale nic, teoretycznie przyjęli zamówienie. Praktycznie, nawet tam nie dotarliśmy, bo utknęliśmy w kolejnym korku. Miałem dzwonić, gdybyśmy zmienili plany, ale pewnie i tak by mnie nie zrozumieli.

I tak na kolacji wylądowaliśmy w McDonaldzie. Młodzież się cieszyła, obsługa schrzaniła zamówienie, a ja od tamtej pory mogę wpisać w CV pełnienie przez 30 minut funkcji kelnera, żeby całe zamówienie szanownej młodzieży oddać. Kelnerzenie w tej zacnej miejscówce okazało się przestrogą do tego, by baczniej zapamiętywać twarze osób z grupy, którą prowadzi się od trzech dni. Warto, bo kiedy podchodzisz w pewnym momencie do gimbazy lokalnej, niemieckiej, która akurat siedzi przy stoliku obok twojej gimbazy z zapytaniem, czy zamawiały frytki, ich mina i zapytanie ENGLISH? W reklamie Master Card uszłoby za bezcenne. Ale ma to też inny pozytywny wniosek – młodzież w niemieckich szkołach uczy się angielskiego. Jest przyszłość w narodzie!

Wyjeżdżając z Maka utknęliśmy w kolejnym korku. Ten korek różnił się od pozostałych jedną rzeczą. Ten korek stał, nie ruszał się z prędkością 5km na godzinę, on naprawdę stał. Autokar posłużył wówczas jako toaleta dla przestępującej z nogi na nogę, prawdopodobnie Brytyjki, która potrzebowała zrobić siku. Wychodziła z niego co najmniej z taką samą ulgą, jak młodzież po kolejnych czterech godzinach na tyłku.
Ale korki mają też swoje pozytywne aspekty. Zwłaszcza, kiedy obok w tym korku stoi drugi autobus. Z wi-fi. Tyle radości! Młodzież może wreszcie wejść na fejsa, pododawać się nawzajem do znajomych. Jesteśmy tacy podobni! Aż zaczynałem ich lubić! A jak się przykro robiło, gdy korek ruszył i Internet odjechał…
Dotarliśmy do Strasbourga o 1 w nocy. Ku przestrodze, nie starajcie się być wtedy zabawni. Żartowanie o tej porze, że to jednak nie tutaj grozi solidnym łomotem.

Kolejny dzień był dla mnie dniem stosunkowo wolnym. Na początek pozwiedzaliśmy nieco Strasburga. Całkiem sympatycznie wyglądały instytucje europejskie, a jeszcze sympatyczniej namiot rozbity nad kanałem, z porannym widoczkiem na wyżej wymienione obiekty. Katedra w tym mieście wygląda, jakby ktoś jej urwał wieżę, za to architektura tzw ‘mur pruski’, ze względu na obecność drewna, jak zawsze dla mnie urzekająca. Jednak czasu za mało, wszystko w biegu. Ten program miał jeden spory mankament – za dużo w autokarze, za mało poza nim. Nawet wśród młodzieży dało się słyszeć głosy, że jest to wycieczka po Europejskich restauracjach.

Tym razem lepsza jakość selfie, we Francji na byle co pozwolić sobie nie można :)

W tle tej selfie katedra w Strasbourgu :)

Skoro o restauracjach, i we Francji miałem sposobność bycia kelnerem. Jak tak dalej pójdzie, będę miał plan B na życie, gdyby mnie zwolnili. Przestaną mi się trząść ręce, a ja zacznę żyć z napiwków.

Wieczorem wpadliśmy jeszcze do Genewy. Jedyne co z niej wiem, to to, że leży nad Jeziorem Genewskim, z którego wypływa łabędź (jak to ujęła, rozbawiając mnie, jedna z gimnazjalistek), no bo przecież nie chodziło o Rodan. O, w Genewie jest też zegar, jak w Ciechocinku, tylko że działa. I nie mówię tego dlatego, że mam sklerozę, albo mnie to nie interesowało. Po prostu, znów za krótko.

A tu nad Jeziorem Genewskim, w towarzystwie przesympatycznej Pani opiekun :)


Bez challenge’u dnia obyć się nie mogło, padło mi podzielić pokoje. I tutaj problem, jak zrobić z dwójek trójki? Tyle krzyku, tyle płaczu, jedna się obrazi bo chce być z tą, druga jak się rozdzieli to się do końca wyjazdu odzywać nie będzie. I jak tu wszystkim dogodzić? Trzeba było brutalnie rozdzielić dwie panie, przez pół dnia otrzymując z ich strony spojrzenia p.t. „Jakby Pan nie był pilotem, to bym Pana zabiła!” No tak, zapomniałem, mówili mi per PAN! Nie powiem, schlebiało mi to. Tylko jeden młodzieniec mawiał mi po imieniu. Robił to tak ostentacyjnie, aż jeden z jego kolegów zapytał go „Czemu mówisz do Pana po imieniu? Pan jest Twoim kolegą?”. A na zakończenie dnia okazało się, że mamy trzy twiny. I tak z tego złego, nagle dla dziewcząt rozdzielonych stałem się kimś. Mogłem sobie śpiewać „Jestem Bogiem…”


A następną razą o dniu, który trzymał mnie przy życiu, gdy miał mnie złapać kryzys. I mam nadzieję, że dotrę już powrotem do Polski. Bo zdecydowanie mam póki co, za dużo do opowiedzenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz