19.08.2013

Ukraina, cześć 1

Minęło dosłownie kilka dni, a już trzeba było znów się pakować i wyruszać w kolejną trasę. Tym razem zupełnie inny kierunek, zupełnie inna grupa. Jedziemy na Ukrainę, wreszcie, kiedyś musiał nastąpić ten pierwszy raz. Ale, jedziemy z klientami biura, którzy za to płacą. A jeśli płacą, to wymagają. Nie ma, jak przy gimnazjalistach, że jadą w nagrodę, nie płacą za to ani grosza, tutaj klient wyłożył pieniądze, do tego jedzie spełnić marzenie, więc wszystko musi być perfect.

Parę dni wcześniej miałem okazję się przekonać, że może nie być za świetnie. A wszystko ze względu na zabójczy poziom angielskiego na wschodzie. Miałem okazję zadzwonić do jednego z kijowskich muzeów w celu potwierdzenia rezerwacji. Niestety, dla nich słowa "confirm" i "cancel" to synonimy (w sumie, oba na C), więc nie napawało mnie to zbytnim optymizmem. Tym bardziej, że ja po rosyjsku nie gadam, cyrylicy nie czaję. Zdecydowanie każda kolejna podróż uświadamia mi, że powinienem mieć w zanadrzu przynajmniej ze trzy języki więcej…

No i nadszedł ten dzień. Zbieramy ludzi. Oczywiście serce bije szybciej niż zwykle, co gorsza trzęsą się ręce. Głos też się trzęsie, pierwsze zdanie przez mikrofon było z mojej strony tak nieskładne, że miałem ochotę sobie pójść. No ale cóż, później będzie lepiej. Oczywiście, różnicę między klientem wymagającym a klientem który boi się ponarzekać (jak w przypadku gimnazjum), odczułem jeszcze przed odjazdem. Podchodzi do mnie facet i mówi "Autokar miał być biały". Mój sarkastyczny pierwiastek zaczął cisnąć w głowie ripostę "No, ale jest złoty jak sto hrywien.", jednak myśl "Klient – nasz pan" musiała w tym przypadku zwyciężyć.  Na szczęście z uwag to by było na tyle, zbieramy się, ruszamy w 1000 kilometrową trasę. Oczywiście zostałem uniżony do roli "stażysty". Dobrze, że to ostatni raz, bo siara.

Kierowców tym razem mieliśmy prześwietnych. Jeden, choć zabrzmi to pejoratywnie, otrzymał ode mnie miano tzw. „prostego chłopa”. Ale nic złego nie mam na myśli, to był człowiek z dystansem, człowiek obracający w żart wszystko co się dało, człowiek dowcip, jak dla mnie mistrz świata. Takich kierowców życzę każdemu. Kto słyszał jego teksty, płakał ze śmiechu. Czasem dobrze siedzieć w pierwszym rzędzie ;)

Dotarliśmy do granicy. Medyka jest miejscem, gdzie wymagana jest anielska cierpliwość do wszystkiego i wszystkich. Współczuję całej ekipie, że musiała przez godzinę kisić w autokarze bez włączonej klimatyzacji. Ja natomiast miałem okazję wspólnie z kierowcą i niesamowitą, wspaniałą (mogę chwalić i chwalić) pilotką główną pobiegać sobie po tym miejscu od pokoju do pokoju, od pieczątki do pieczątki. I powiem jedną rzecz. Nie widziałem piękniejszych pań niż ukraińskie celniczki. Polecam, w takim towarzystwie warto spędzić godzinę. Nawet jeden koleś w jednym pokoju na widok jednej z celniczek spojrzał na mnie, ruchem głowy i jednoznacznym ruchem brwi wskazując na nią. Takie gesty mówią same za siebie, ktoś podziela moje zdanie.

Jedziemy dalej, już po Ukrainie. Mijamy lasy, a jak lasy to i zwierzęta. Dużo zwierząt wpada pod koła. I to dużo dużych. Nawet sam wspomniany kierowca, Kiedy jechaliśmy po kolejnym rozjechanym jeleniu jak po koleinie, nie omieszkał skomentować tego faktu tekstem "O, śniadanko".

Nie wiem co jest fajnego w przejazdach nocą. Dla pilota właściwie nic, tym bardziej że musi czuwać. Okazałem się dość słabym czuwającym, nie dość, że przegapiłem stację benzynową, to ostatnie pół godziny mojego czuwania (między 2:30 a 3:00) polegało  już tylko na odbijaniu się górnych powiek od dolnych powiek. Dodam też, że kiepsko jest ominąć stację benzynową na postój. Pomyślałem sobie, eee, trudno, pewnie będzie jakaś za pół godziny. A tu co, na Ukrainie stacje zamykane są na noc… Najbliższa otwarta była za grubo ponad godzinę, do tego tylko z jedną toaletą. I tak, nie dość, że z 15 minut przerwy zrobiła się godzina, to jeszcze Polaczkowie pozostawili w tej toalecie srogi chlew. Współczułem Augiaszowi, który brał się za sprzątanie tej stajni.

Po postoju wylądowałem na fotelu pilota, który okazał się najwygodniejszym fotelem w całym autokarze. Zasnąłem na nim jak dziecko. Okazało się, że jestem lepszym pilnującym, kiedy śpię. Podobno twardo chrapałem, więc kierowca nie miał prawa zasnąć. Wstyd, ale jaki skuteczny! Z resztą, kierowcy obyło się tej nocy i tak bez kawy. Nad ranem autokar w pewnym momencie zaczął zwalniać, więc to zaskakujące zdarzenie obudziło nawet i mnie. Okazało się, że zatrzymała nas policja. Po co pić kawę, jak można dostać mandat? 200 hrywien w plecy bardzo skutecznie podnosi ciśnienie.

Kolejna pobudka była dla mnie jeszcze bardziej zaskakująca. Znów zwalniamy. Patrzę, a po dwupasmowej ukraińskiej autostradzie biega koń. Za koniem właściciel konia, próbujący zagonić go z powrotem. Jest 5 rano, zastanawiałem się, czy to sen, czy jawa, że przed nami od pobocza do pobocza biega koń a za nim człowiek. Ale nie widziałem tego tylko ja, więc raczej o zbiorową halucynację byśmy się nie posądzali.

Śniadanko o europejskim standardzie w knajpie na europejskim poziomie, nieco przed Kijowem. Co prawda nie przepadam za wersją śniadania angielskiego, więc połowę mieszanki wszystkiego, co na śniadanie podać można, pozostawiłem na talerzu. Ale ważne, że ludziom smakowało. No i standard tego miejsca zaskakująco pozytywny.

Końcówka trasy o poranku to czas na opowieści przez mikrofon. Przegotowywane na ostatnią chwilę, totalnie nieopanowane w głowie, więc znów perfekcyjnie nie było. Ale zawsze była wspaniała pilotka, która dodała coś od siebie, więc do porażki daleko. Wstęp o Ukrainie wypowiedziany, historia Kijowa w pigułce również. Z resztą, zaskakujących rzeczy dowiedziałem się, tworząc teksty do opowiadania. Nie spodziewałem się choćby, że Kijów założyli wikingowie. A tym bardziej zaskakujące, jak wielka na Ukrainie jest bieda. Wyobraźcie sobie, że zaledwie co setny mieszkaniec ukraińskiej wsi (i zapewne jest to jakiś lokalny wójt/burmistrz/skorumpowana szycha) ma dostęp do ciepłej wody. Nic dziwnego że co drugi mieszkaniec Ukrainy uważa swój poziom życia za poniżej przeciętnej.

Ciekawostki ciekawostkami, ale dotarliśmy do złotej jak sto hrywien ukraińskiej stolicy, więc ruszamy z oprowadzaniem. Ale to już w części kolejnej, bo po raz kolejny popłynąłem ;)

Pierwszy pozaautokarowy widok na Kijów.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz