16.08.2013

Staż - pilotaż, część 1.

Miało być o podróżach, to zaczynamy. Ale nie, nie jestem podróżnikiem. Za to moja praca marzeń zobligowała mnie w pewnym momencie, i to dość początkowym, do wybrania się na dwa wyjazdy jako pilot – stażysta (na dźwięk słowa stażysta idzie się zapaść pod ziemię, chyba już praktykant brzmi lepiej). I dziś o pierwszym z nich.

Dodam, że mój pierwszy pseudopilotaż odbył się parę miesięcy wcześniej, kiedy to organizowałem wyjazd dla moich znajomych z Koła Naukowego. O tym może kiedy indziej, w każdym razie przez ciężar odpowiedzialności, tworzenie czegoś po raz pierwszy i chęć dopilnowania, by znajomi byli zadowoleni, spowodowały, że nie byłem zbyt zadowolony z tego, jak taka robota wygląda. Powiedziałem sobie – never again. Aż tu nagle trzeba było zacisnąć zęby i dać sobie drugą szansę.

No i ruszyłem. Całe przedsięwzięcie zaczynało się, co ciekawe w Augustowie, co oznaczało prawie 600 kilometrową podróż z Krakowa z przesiadką w Białymstoku. Pocieszające było to, że na przesiadkę miałem jakieś 40 minut, a dzień wcześniej trakcja kolejowa w Warszawie Zachodniej postanowiła się zepsuć, generując 3-godzinne opóźnienia. I tak z wizją pieszej pielgrzymki z Białegostoku do Augustowa nocą, lub łapaniem nocnego stopa, w totalnym amoku (pewnie bym się wtedy nie kapnął, że wyrwali mi właśnie walizkę z ręki), wsiadłem, pożegnany przez dwójkę znajomych (pozdrawiam!) do Janusza Korczaka ku Podlasiu. I tutaj chapeaux-bas dla PKP. Fenomenem jest dla mnie, że trasę prawie 500 km polski pociąg potrafi pokonać w 6 godzin, opóźniając się zaledwie 15 minut, podczas gdy trasę Kraków – Tarnów (80km) pokonuje w 2 godziny i też potrafi złapać takie opóźnienie. Paradoks. Ale nic, zdążyłem, zwiedziłem białostocki dworzec, dotarłem do Augustowa gdzie musiałem w egipskich ciemnościach przy złowrogich poszczekiwaniach psów w pobliskich krzakach przeczekać (myśląc sobie Boguś, przyjedź już k'wa…) na transport do pensjonatu. Ujrzałem upragnione łóżko, zasnąłem jak kamień, nawet chrapanie pilota drugiego naszego wyjazdu z Augustowa nie zrobiło na mnie większego wrażenia.

Takie tam, stołeczne widoczki z pociągu. Pierwszy raz miałem okazję na własne oczy ujrzeć ukończony, tak zwany basen narodowy. ;)

I nadszedł ten dzień, ruszamy. Grupą, którą miałem okazję współpseudopilotować byli gimnazjaliści. Moja pierwsza myśl – "gimbaza = wygląd licealisty + tok myślenia dziecka z podstawówki", nie napawała mnie zbytnim optymizmem. Ale tak to jest, kiedy myśli się stereotypowo. Ale nim dojdę do morału, najpierw trzeba przejechać 4000 kilometrów, więc jazda. Na miejscu spotkania: 2 gimnazjalistki, patrzące na mnie wzrokiem, który trudno mi określić, czy bardziej – ten kolega jedzie z nami czy kto to jest czego tu chce i czy można zagadać, a do tego 7 opiekunów. I póki co zostaję z nimi sam. Do tego przesympatyczni kierowcy, jeden z nich od razu został rozszyfrowany jako burak, który wszystko wie lepiej i zawsze ma lepszy pomysł, a przy tym kulturą osobistą nie grzeszy. Cóż, pierwsze spostrzeżenie okazało się słuszne, ale że czeka nas wiele godzin współpracy, nawet pogłaskam go słownie gdy narzeka sobie na organizacje, bo musi. Oczywiście, nim ruszyliśmy, podszedł do mnie kierownik wyjazdu pytając „a ty dziecko, z kim jedziesz?” (tutaj zapadam się pod ziemię), po czym gdy uświadomił sobie, że jestem jednak całkiem dużym chłopcem nie omieszkał sprostować, mówiąc „aaa, faktycznie, widzę ten włos na klacie” (tu zagłębiam się w ziemi coraz bardziej). Ale cóż, dystans trzeba mieć, od razu wiedziałem, że poziom błaznowania będziemy mieć podobny, a to oznacza tylko jedno – będzie się nam dobrze współpracowało.

Dobra, ruszyliśmy. Gimbaza wyzbierana z różnych miejsc na Polskiej ziemi, śniadanie w Ełku  widoczkami na jezioro wyśmienite, po drodze lekcja jak trafić do młodzieży przez mikrofon – nic tak nie cieszy, jak postój na toaletę. Za takie udogodnienia dostaje się brawa. I tu przestroga – co się będziemy spieszyć, 10 minut = 30 minut. I tak opóźnienie rośnie!  W Warszawie przestaję pilotować samodzielnie, dołącza do nas pilotka nr 1, a to oznacza koniec luzu, trzeba się wykazać. Celem dnia pierwszego był Wrocław.
Dla mnie Wrocław oznaczał występ przez mikrofon w autokarze. Niech będzie, że pierwsze koty za płoty, ale że mistrzem w nauce na pamięć nie jestem, młodzież musiała posłuchać co nieco zająknięć i zdań zbudowanych bez sensu i bez składni. Oczywiście gimnazjaliści nie zawiedli, brawa po wystąpieniu były, ale z dumy nie pękałem. Dla mnie była to, na tamten moment jedna kartka mniej z dziesięciu, które przez cały tydzień miałem wymówić. A na następny dzień czekały kolejne cztery.

Wspomniane widoczki na śniadaniu w Ełku. Isn't it awesome? ;)


Wrocław (co by nie było, że gadam tylko o sobie), podobał mi się najbardziej właśnie wtedy. Ostrów Tumski od ostatniej mojej wizyty przestał być jednym wielkim rusztowaniem, co ciekawe spotkaliśmy wówczas latarnika – taki koleś, trochę Harry Potter bez okularów, a w kapeluszu, który zapala wszystkie lampy na wyspie. Podobno jest ich tam dwóch, jeden jest fajny i towarzyski, drugi pokrzywdzony przez los. Oczywiście spotkaliśmy tego drugiego, udawał że nie widzi obserwującej go grupy 40 osób. Po co. W pracy był. Ale co najbardziej urzekło mnie tego wieczoru, to młodzież. Przewodniczka, prześwietna zresztą, zadała im pytanie, z czym kojarzy im się włoskie miasto Piza? Ci zaś odpowiedzieli, że z PIZZĄ. I tak zrobili mi wieczór, dzięki nim miałem co opowiadać znajomym. A wszystko w związku z tym, że i Wrocław ma swoją krzywą wieżę. Wrocław ma też świetny hotel, w którym spaliśmy, wypas łóżko, wypas łazienka, wypas wi-fi, wypas wszystko. Idziemy spać, przed nami jutro 900 kilometrów do Strasbourga.

Jest i Wrocław ;)

Próbowałem zrobić sobie selfie telefonem, wyszło jak wyszło...

Wspomniany latarnik ;)



c.d.n…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz